Po wtorkowym spotkaniu w Pałacu Prezydenckim, podczas którego prezydent Karol Nawrocki rozmawiał z premierem Donaldem Tuskiem o unijnym instrumencie SAFE i własnej propozycji SAFE 0 proc., podtrzymuje Pan opinię, że prezydencki projekt to rozwiązanie warte poważnego potraktowania?
– Zdecydowanie tak – i mówię to z pełnym przekonaniem. Ten projekt od początku miał kilka bardzo mocnych atutów i one wciąż pozostają aktualne. Przede wszystkim w jego przygotowanie zaangażowano poważne zaplecze eksperckie: specjalistów z Narodowego Banku Polskiego oraz doradców współpracujących z Prezydentem.
Co więcej, całość została opracowana w tempie,
które w polskiej legislacji naprawdę zdarza się rzadko. Przygotowanie projektu ustawy z dokładnym opisem mechanizmów finansowych, procedur i zabezpieczeń w tak krótkim czasie pokazuje jedno: że za tym pomysłem stoją ludzie, którzy wiedzą, co robią, i potrafią sprawnie przełożyć koncepcję ekonomiczną na konkretny projekt legislacyjny. Zresztą to nie jest wyłącznie opinia środowiska prezydenckiego.
Warto zwrócić uwagę na głosy z zupełnie innych politycznych stron.
– Dokładnie tak. Profesor Grzegorz Kołodko, były wicepremier i minister finansów w rządach Sojuszu Lewicy Demokratycznej, otwarcie przyznał, że rozwiązanie zaproponowane przez Prezydenta może być po prostu korzystniejsze od unijnego programu SAFE. Jego argument jest bardzo prosty i jednocześnie bardzo konkretny: prezydencka propozycja pozwala wygenerować dodatkowe środki na obronność, które uzupełniają finansowanie
z budżetu państwa, a jednocześnie robi to taniej niż mechanizm proponowany na poziomie Unii Europejskiej. Jeśli więc ktoś patrzy na tę sprawę chłodnym, ekonomicznym okiem, trudno nie zauważyć, że mówimy
o rozwiązaniu potencjalnie bardzo racjonalnym. Z tego punktu widzenia byłoby zwyczajną nierozsądnością z góry odrzucać możliwość wykorzystania środków, które mogłyby zostać uruchomione poprzez Narodowy Bank Polski. Oczywiście można prowadzić spór o szczegóły, można dyskutować o technicznych aspektach mechanizmu, ale zasadnicza kwestia jest prosta: jeśli istnieje narzędzie pozwalające taniej wzmocnić finansowanie bezpieczeństwa państwa, to rozsądna polityka powinna przynajmniej poważnie je rozważyć, zamiast odruchowo odkładać
na półkę.
Projekt przewiduje powołanie aż dwóch organów zarządzających funduszem – Rady Funduszu i Komitetu Sterującego. Czy to nie jest mnożenie struktur ponad potrzebę?
– Wręcz przeciwnie. W mojej ocenie to jeden
z najmocniejszych elementów całej konstrukcji. Widać, że projekt był przygotowywany przez ludzi, którzy naprawdę rozumieją, jak powinno wyglądać odpowiedzialne zarządzanie dużymi pieniędzmi publicznymi. Już na etapie tworzenia ustawy zaprojektowano mechanizmy kontroli
i podejmowania decyzji, które mają pilnować, by środki były wydawane sprawnie, transparentnie i przede wszystkim w interesie państwa. Stąd właśnie pomysł
na dwa uzupełniające się ciała – Radę Funduszu i Komitet Sterujący. To świadomie zbudowany system równowagi.
W praktyce chodzi o to, by przy jednym stole – mówiąc obrazowo – spotykały się różne ośrodki odpowiedzialności państwa. Z jednej strony Prezydent, który jest zwierzchnikiem sił zbrojnych, z drugiej rząd z premierem
i Ministerstwem Obrony Narodowej, a z trzeciej instytucje finansowe państwa, w tym Narodowy Bank Polski. Taki układ pozwala stworzyć coś w rodzaju strategicznego „okrągłego stołu”, gdzie decyzje zapadają na podstawie realnej analizy potrzeb obronnych i możliwości finansowych, a nie w wyniku politycznej improwizacji.
To zresztą zasadnicza różnica w porównaniu z mechanizmami proponowanymi na poziomie Unii Europejskiej?
– Tam ostateczne decyzje często zapadają w strukturach, które z punktu widzenia polskich interesów są bardzo odległe – w praktyce w Brukseli, przy silnym wpływie największych państw, przede wszystkim Niemiec. Nietrudno się domyślić, że w takim systemie ogromna część środków wraca później do przemysłu zbrojeniowego krajów dominujących w unijnym układzie. W propozycji prezydenckiej akcent jest rozłożony zupełnie inaczej. Tutaj wyraźnie zapisano, że pieniądze mają w pierwszej kolejności wzmacniać polski potencjał obronny, w tym rodzimy przemysł zbrojeniowy, ale też – w razie potrzeby – pozwala sięgać po sprzęt z każdego miejsca na świecie.
My potrzebujemy najlepszego uzbrojenia. Dlatego właśnie potrzebny jest solidny mechanizm decyzyjny, który będzie tego pilnował. Jeśli ktoś patrzy na to w ten sposób, to dwa organy zarządzające przestają wyglądać jak przerost formy nad treścią, a zaczynają przypominać po prostu dobrze zaprojektowany system odpowiedzialności.
Dlaczego akcentuje się tak duże znaczenie polskiego przemysłu zbrojeniowego? Nie jesteśmy krajem pierwszego wyboru na świecie, gdzie nasi partnerzy chcą kupować sprzęt.
– To bardzo istotny element całej koncepcji, bo wbrew temu, co czasem się sugeruje, polski przemysł zbrojeniowy naprawdę ma dziś sporo do zaoferowania. Oczywiście nie produkujemy wszystkiego i nikt rozsądny tego nie twierdzi, ale w wielu obszarach dysponujemy realnymi kompetencjami, technologią i zapleczem produkcyjnym. Dlatego właśnie tak ważne jest, by przy wydawaniu ogromnych pieniędzy na modernizację armii część tych środków wracała do krajowej gospodarki i wzmacniała nasze własne zdolności przemysłowe.
Ale w proponowanym rozwiązaniu Prezydenta pozostawiono dużą elastyczność, jeśli chodzi o zakupy zagraniczne. Otwarta pozostaje choćby współpraca ze Stanami Zjednoczonymi,
z przemysłem koreańskim, a także brytyjskim czy francuskim.
– I to jest podejście znacznie bardziej racjonalne niż mechanizm, który pojawia się w unijnym programie SAFE. Tam bowiem pojawia się dość osobliwa logika: skoro bierzesz kredyt z określonego źródła, to w praktyce powinieneś kupować sprzęt tam, gdzie życzy sobie kredytodawca. W świecie finansów takie rozwiązania są rzadkością, a z punktu widzenia zasad wolnego rynku brzmi to wręcz kuriozalnie. Propozycja zawarta w projekcie ustawy Prezydenta idzie w zupełnie innym kierunku. Zakłada, że jeśli Polska decyduje się na zakup uzbrojenia za granicą, to równolegle powinna zabiegać o realny wkład technologiczny i przemysłowy po naszej stronie. Mówimy tu o transferze technologii, uruchamianiu w kraju części produkcji, budowaniu zaplecza serwisowego czy wytwarzaniu wybranych komponentów. Innymi słowy:
nie chodzi wyłącznie o prosty schemat „kup – zapłać – odbierz”, ale o tworzenie trwałych zdolności przemysłowych w Polsce. To zresztą kwestia nie tylko gospodarcza, lecz także strategiczna. Budowanie bezpieczeństwa państwa
nie może polegać na całkowitym uzależnieniu się od zagranicznych dostaw. Jeśli w czasie kryzysu czy konfliktu coś się zepsuje, zużyje albo zostanie zniszczone na polu walki, państwo musi mieć możliwość szybkiej naprawy, produkcji części czy uzupełnienia zapasów na miejscu. Czekanie miesiącami na serwis czy dostawy z drugiego końca świata byłoby zwyczajnie nierozsądne. Dlatego właśnie ten mechanizm, który wzmacnia udział krajowego przemysłu i wymusza element technologicznego partnerstwa przy zakupach zagranicznych, uważam
za jedno z najlepiej pomyślanych rozwiązań.
Premier Donald Tusk patrzy na tę propozycję zupełnie inaczej i określił ją jako projekt upolityczniony. Czy w tej ocenie nie ma choć odrobiny racji?
– Szczerze mówiąc, trudno mi się z tym zgodzić, a już na pewno nie z formą, w jakiej zostało to przedstawione.
Po spotkaniu w Pałacu Prezydenckim premier wrócił do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i niemal natychmiast nazwał cały projekt określeniem „SAFE zero złotych”.
Tego typu komentarz z punktu widzenia poważnej debaty
o finansach państwa jest po prostu nieprofesjonalny.
W gruncie rzeczy oznacza bowiem zlekceważenie pracy całego zespołu ekspertów, którzy nad tym rozwiązaniem pracowali – ludzi z Narodowego Banku Polskiego, ekonomistów i bankowców, którzy mają za sobą wieloletnie doświadczenie w zarządzaniu systemem finansowym. Warto przypomnieć, że w NBP pracują specjaliści o bardzo różnych biografiach i poglądach. To nie jest środowisko jednorodne politycznie. Są tam osoby, które pracowały zarówno za czasów prof. Adama Glapińskiego, jak i przy innych prezesach banku centralnego. Łączy ich jedno: profesjonalizm i kompetencje. Polska bankowość – co potwierdzają międzynarodowe rankingi i analizy – należy dziś do najlepiej funkcjonujących systemów w Europie. Dlatego tak łatwe odrzucanie ich pracy jednym zdaniem budzi zwyczajny niesmak.
Liczy Pan na refleksję po stronie rządzących?
– Mam nadzieję, że w tej sprawie pojawi się jeszcze chwila refleksji. Być może premier nie do końca zrozumiał mechanizm, który stoi za tym projektem, choć przecież brał udział w spotkaniu, podczas którego był on szczegółowo omawiany. Dlatego właśnie trudno zrozumieć tak kategoryczne odrzucanie tej propozycji już na starcie – bez odwołania się do jego złej woli. Tym bardziej że w tle pojawia się jeszcze jeden wątek: unijny mechanizm finansowania w naturalny sposób kieruje ogromną część zamówień do największych graczy europejskiego przemysłu zbrojeniowego, przede wszystkim niemieckiego. A przecież w interesie Polski powinno być coś zupełnie innego – budowanie własnych zdolności obronnych
i wzmacnianie krajowego przemysłu. I o to w całej tej dyskusji tak naprawdę chodzi.
A Pan analizował warunki unijnego kredytu SAFE i koszty, jakie on generuje dla Polski?
– Tak, robiłem swoje wyliczenia i muszę powiedzieć wprost – to wygląda bardzo poważnie. Uwzględniłem zarówno oprocentowanie, jak i ryzyko kursowe, bo przecież mówimy o kredycie w euro. Gdy bierze się pod uwagę trend wzrostu kursu, zmiany walutowe i wszystkie dodatkowe koszty, moje szacunki wskazują, że Polska nie spłaci jedynie nominalnych 185 miliardów złotych. Do tego dojdą odsetki, które same w sobie mogą wynieść około 230 miliardów złotych – w długim horyzoncie spłaty. To jest dokładnie ten sam mechanizm, który znamy z kredytów frankowych: kurs waluty zmienia się, a wtedy raty rosną dramatycznie. Mówiąc krótko, unijny SAFE to nie jest tylko kredyt, to zobowiązanie, które może przygniatać budżet polski przez dziesięciolecia, a ryzyko walutowe praktycznie przerzuca część ciężaru na naszą kieszeń. To jest poważny argument, który trudno lekceważyć.
Jeśli zabraknie środków z zysku NBP,
mówi się o finansowaniu nowego funduszu obronnego pożyczką BGK lub emisji obligacji. Jak to właściwie ma wyglądać?
– Nie, wcale nie chodzi o to, że zysków zabraknie. Wręcz przeciwnie – dzięki wzrostowi wartości rezerw w złocie te środki są, były i będą. Trzeba to jasno podkreślić, bo Czytelnicy mogą odnieść błędne wrażenie, że fundusz będzie funkcjonował bez źródeł dochodu. Te mechanizmy emisji obligacji czy ewentualnych kredytów to tylko dodatkowe narzędzia uzupełniające, a nie główne źródło finansowania. Aktualne zyski wynikają ze wzrostu ceny złota, które NBP gromadził przez lata. Od 2023 roku cena uncji złota skoczyła z około 8 tysięcy złotych do niemal
20 tysięcy. To daje gigantyczny potencjał – szacuję,
że wartość wzrosła nawet do 250 miliardów złotych. Mechanizm jest prosty: sprzedaje się partie złota, realizując zysk zgodnie z zasadami rachunkowości –
w momencie sprzedaży wzrost wartości przenosi się do wyniku finansowego. Następnie złoto jest odkupowane, aby utrzymać rezerwy i móc w przyszłości znów generować zyski, gdy jego cena pójdzie w górę. Nie będzie tak,
że cała kwota zostanie od razu przelana do ministerstwa. Zakupy i sprzedaże będą robione stopniowo, co pozwala na stabilne finansowanie funduszu, a jednocześnie zachowanie i pomnażanie rezerw. Działa to jak rotacyjny mechanizm – sprzedajesz po cenie wyższej niż zakupowa, realizujesz zysk, odkupujesz, a następnie znowu korzystasz ze wzrostu wartości złota. To system przemyślany, bezpieczny i zgodny z profesjonalnymi zasadami bankowości centralnej, który pozwala finansować polskie wydatki obronne, nie obciążając przy tym budżetu państwa.

