Premier przekonuje, że odnawialne źródła energii to bezpieczny fundament przyszłej energetyki Polski. Jednym z istotnych jej źródeł mają być wiatraki. Panie Profesorze, to realna strategia?
– Energetyka to nie jest dziedzina, w której wystarczą ładne zdania i ogólne kierunki. Tu wszystko rozbija się o liczby, stabilność systemu i twarde możliwości technologiczne. Oczywiście, odnawialne źródła mają swoje miejsce i nikt rozsądny nie będzie ich z góry odrzucał, ale opowiadanie o nich jako o bezpiecznym fundamencie całego systemu to już spore uproszczenie. Rzeczywistość jest taka, że polska energetyka wciąż opiera się na węglu i – niezależnie od politycznych deklaracji – szybko się od niego nie oderwie. To jest baza, która dziś zapewnia stabilność dostaw, czy nam się to podoba, czy nie. Równolegle powinniśmy konsekwentnie budować energetykę jądrową, bo to jedyne źródło, które może dać nam przewidywalność i skalę bez uzależnienia od pogody.
A odnawialne źródła?
– Tak, ale jako uzupełnienie, a nie rdzeń systemu. Ich udział już dziś jest znaczący i pewnie będzie rósł, tylko że to wciąż energia niestabilna, zależna od warunków atmosferycznych, wymagająca ogromnych inwestycji w sieci i magazynowanie. Bez tego cała opowieść o „bezpieczeństwie” zaczyna się chwiać. Dlatego odbieram te zapowiedzi z dużą rezerwą. Bo między tym, co słyszymy na konferencjach, a tym, co da się realnie wdrożyć, jest spora różnica. Energetyki nie da się zbudować na hasłach – trzeba ją oprzeć na miksie źródeł, które się wzajemnie uzupełniają. A jeśli ktoś próbuje przekonać, że jedno rozwiązanie załatwi wszystko, to znaczy, że bardziej myśli o narracji niż o systemie.
Skąd bierze się tak wyraźny podział opinii wokół OZE – jedni widzą w nich najbezpieczniejsze źródło energii, inni ostrzegają przed ryzykiem dla całego systemu?
– Ten rozdźwięk nie wziął się znikąd. To efekt lat narracji, w której energetyka została wciągnięta w spór polityczny i ideologiczny, zamiast pozostać domeną chłodnej analizy. Przez długi czas społeczeństwo było przekonywane, że odnawialne źródła to rozwiązanie niemal idealne – czyste, nowoczesne i, co najważniejsze, bezpieczne. I trzeba uczciwie powiedzieć: w pewnym sensie to prawda. Same w sobie są technologiami bezpiecznymi, nie generują zagrożeń porównywalnych z klasycznymi źródłami konwencjonalnymi. Problem zaczyna się w momencie, gdy próbujemy z tej częściowej prawdy zrobić całość. Bo bezpieczeństwo pojedynczej instalacji to jedno, a bezpieczeństwo całego systemu energetycznego – to coś zupełnie innego. A tutaj wchodzą twarde ograniczenia: niestabilność produkcji, zależność od pogody, konieczność utrzymywania rezerw mocy i rozbudowy infrastruktury przesyłowej. Tego nie da się zakrzyczeć kampanią informacyjną.
Do tego dochodzi rola mediów, które – świadomie lub nie – wzmacniają skrajne interpretacje. Jedni pokazują wyłącznie zalety, drudzy koncentrują się na ryzykach, a gdzieś pośrodku ginie rzeczowa rozmowa o proporcjach i ograniczeniach. Efekt jest taki, że zamiast debaty o miksie energetycznym mamy spór o to, czy jedno rozwiązanie ma zastąpić wszystkie pozostałe. A prawda jest mniej efektowna, ale znacznie bardziej wymagająca: OZE są potrzebne, tylko że w obecnej skali i przy obecnej technologii nie są w stanie unieść całego systemu. Próba oparcia na nich wszystkiego byłaby ryzykownym eksperymentem, który w skrajnym scenariuszu mógłby skończyć się poważnymi problemami z bezpieczeństwem energetycznym. I to jest sedno sporu, którego często nie chce się jasno nazwać.
Skoro Bruksela zapowiada jedynie korektę systemu ETS, bez jego zawieszenia, czy to oznacza, że rachunki za energię będą nadal rosły, a realnej ulgi po prostu nie będzie?
– Niestety wszystko na to wskazuje. Obecnie mówimy jeszcze głównie o ETS 1, który już mocno odciska się na kosztach energii, ale za chwilę do gry wchodzi ETS 2 i wtedy skala obciążeń może być dla wielu gospodarstw domowych po prostu przytłaczająca. To nie jest już abstrakcyjna polityka klimatyczna, tylko bardzo konkretne pieniądze, które co miesiąc znikają z domowych budżetów. I nie ma co się łudzić – te koszty będą rosnąć. Powiem więcej: jeszcze można by próbować to racjonalizować, gdyby te środki w większym stopniu zostawały w kraju i pracowały na rzecz naszej gospodarki. Tymczasem mamy do czynienia z mechanizmem, w którym ogromna część tych pieniędzy jest transferowana na poziom unijny. W praktyce oznacza to, że płacimy coraz więcej, a jednocześnie nie budujemy w takim tempie własnej przewagi energetycznej ani konkurencyjności gospodarki. Efekty już widać. Wysokie ceny energii odstraszają inwestorów, kapitał zaczyna szukać tańszych lokalizacji, a przedsiębiorcy działający w Polsce coraz częściej liczą każdy megawatogodzinowy koszt z rosnącym niepokojem. Jeżeli ten trend się utrzyma, to przestaniemy konkurować nie tylko ceną pracy, ale przede wszystkim kosztem produkcji jako całości. Dlatego trudno mówić o jakiejkolwiek realnej zmianie, jeśli na stole leżą jedynie „korekty”. Bez decyzji o głębszej przebudowie systemu albo przynajmniej czasowym zahamowaniu jego najbardziej kosztownych mechanizmów będziemy dalej dryfować w kierunku coraz droższej energii. A w dłuższej perspektywie to oznacza jedno: presję na całe społeczeństwo i gospodarkę, której nie da się już tłumaczyć wyłącznie transformacją klimatyczną.
Dyskusja w Unii Europejskiej o ulgach energetycznych to realna próba odciążenia obywateli czy raczej polityczna gra pozorów, która niewiele zmieni?
– Patrząc na dotychczasowe doświadczenia, trudno mi uwierzyć w nagłe przebudzenie dobrej woli. Tu nie chodzi o pojedyncze deklaracje, tylko o kierunek, który od lat pozostaje konsekwentny. Dlatego zamiast spektakularnych decyzji spodziewałbym się raczej działań zakulisowych, korekt ubranych w atrakcyjne komunikaty, które w praktyce niewiele zmieniają dla zwykłego odbiorcy. Jeśli ten kurs zostanie utrzymany, to rachunek jest dość prosty: koszty energii będą rosły, a wraz z nimi całe koszty życia. Bo energia to nie jest jedna z wielu pozycji w budżecie – to fundament, od którego zależy cena praktycznie wszystkiego: produkcji, transportu, usług. Wystarczy delikatnie podnieść ten element, a efekt domina rozchodzi się po całej gospodarce. Za tymi opowieściami o ulgach widzę scenariusz, w którym obciążenia będą systematycznie przerzucane na obywateli, tylko w bardziej rozproszony, mniej oczywisty sposób. I to jest właśnie największy problem tej debaty – mówi się o odciążaniu, a mechanizmy pozostają takie same. A skoro zasady gry się nie zmieniają, to trudno oczekiwać, że wynik nagle będzie inny.
Trwa wojna w Iranie. To odbija się na sytuacji wielu krajów Bliskiego Wschodu, liderów produkcji ropy i gazu. Rosnące ceny energii mogą realnie uderzyć w rolników i hodowców?
– To nie jest żaden abstrakcyjny scenariusz, tylko bardzo konkretne zagrożenie, które już dziś zaczyna być odczuwalne. Rolnictwo jest znacznie bardziej energochłonne, niż wielu osobom się wydaje. To nie tylko paliwo do maszyn w czasie prac polowych, ale też prąd zasilający całe zaplecze produkcyjne – od budynków hodowlanych po systemy przechowywania i przetwórstwa. Wystarczy, że ceny energii rosną, a cały łańcuch kosztów zaczyna się rozjeżdżać. Do tego dochodzi moment szczególnie wymagający, jakim jest okres przednówka, kiedy nakłady rosną, a przychody jeszcze nie nadążają. Wtedy każdy wzrost kosztów boli podwójnie, bo uderza w płynność finansową gospodarstw. Droższe paliwo oznacza wyższe koszty uprawy, droższa energia elektryczna podnosi wydatki na utrzymanie produkcji zwierzęcej – i to nie w teorii, tylko w codziennym rachunku, który trzeba zapłacić tu i teraz. Efekt jest nieunikniony: ceny końcowych produktów będą rosły, bo ktoś te koszty musi pokryć. Rynek nie działa w próżni – jeżeli produkcja drożeje, to drożeje również żywność. A jeśli jednocześnie dokładamy do tego presję wynikającą z polityki handlowej, choćby w kontekście umów międzynarodowych, to sytuacja robi się jeszcze trudniejsza. Mercosur to tylko wstęp, są jeszcze umowy o wolnym handlu z innymi częściami świata. Rolnicy znajdują się wówczas pod presją z kilku stron naraz: energetycznej, kosztowej i konkurencyjnej.
I to jest właśnie najpoważniejszy problem – nie pojedynczy czynnik, ale kumulacja zjawisk, które razem zaczynają podcinać fundamenty opłacalności produkcji. Jeśli ten trend się utrzyma, to nie mówimy już o chwilowych trudnościach, tylko o systemowym osłabieniu całego sektora.
Który segment produkcji zwierzęcej jako pierwszy najmocniej odczuje skutki rosnących kosztów i zmian regulacyjnych?
– Nie ma tu jednego oczywistego „przegranego”, bo mówimy o trzech kluczowych filarach produkcji – drobiu, trzodzie chlewnej i bydle – które w praktyce będą pod presją jednocześnie. Różnica polega raczej na tempie i skali uderzenia, a nie na tym, czy ktoś go uniknie. Najszybciej odczuwalne zmiany widać dziś w drobiu, bo to sektor wyjątkowo wrażliwy na koszty pasz, energii i logistyki, a jednocześnie działający na stosunkowo niskich marżach. Tam każdy wzrost kosztów natychmiast przekłada się na cenę końcową. Ale nie łudźmy się – trzoda chlewna i bydło wcale nie są w lepszej sytuacji. W ich przypadku cykl produkcyjny jest dłuższy, więc reakcja rynku bywa opóźniona, ale kiedy już przychodzi, to jest równie dotkliwa. Wspólny mianownik jest jeden: rosnące koszty, których nie da się w nieskończoność absorbować. W pewnym momencie muszą zostać przeniesione na konsumenta. I to już się dzieje. Wystarczy spojrzeć na ceny mięsa – choćby drobiowego – które wyraźnie wzrosły w porównaniu z tym, co pamiętamy sprzed kilku lat. To nie jest chwilowe wahnięcie, tylko trend, który ma swoje źródło w całym łańcuchu kosztów: od energii, przez pasze, po transport i handel. Efekt końcowy jest niestety przewidywalny. Rolnicy podnoszą ceny, handel dokłada swoją marżę, a rachunek trafia do konsumenta. I to rachunek coraz wyższy. Widać to nie tylko na paragonach, ale też w zachowaniach kupujących – ruch w halach targowych i sklepach nie jest już taki jak kiedyś, obroty wyhamowują, część ludzi zaczyna zwyczajnie ograniczać zakupy. To nie są dobre sygnały. Bo jeśli sektor żywnościowy zaczyna tracić dynamikę, to znaczy, że presja kosztowa przestaje być tylko problemem producentów, a zaczyna uderzać w całą gospodarkę. I w portfele nas wszystkich.
W związku z wojną w Iranie należy już przygotować tarczę ochronną dla polskiego rolnictwa?
– Oczywiście. To powinien być ruch, który wykonano dużo wcześniej. Ta wojna jest tylko kropką nad „i”, sygnałem, że czas działać. Nasze rolnictwo nie może czekać na kryzysy, trzeba je chronić teraz, zanim koszty i presja zewnętrzna osiągną niebezpieczny poziom. Popieram w pełni działania organizacji rolniczych, które walczą o swoje interesy – ale prawda jest taka, że te interesy to nie tylko sprawa hodowców czy producentów, to jest sprawa nas wszystkich. Jeśli nie zadbamy o tarczę ochronną, to konsekwencje odczujemy w portfelach i na stołach każdego Polaka. Rolnictwo nie może być zakładnikiem polityki ani globalnych kryzysów energetycznych – tu i teraz trzeba działać zdecydowanie i strategicznie.
Jaka jest kondycja finansowa polskiego środowiska rolniczego i ile jeszcze wytrzyma na rosnących cenach paliwa i nawozów?
– Szczerze mówiąc, już niedługo osiągniemy granicę wytrzymałości. Problem nie polega tylko na samym wzroście kosztów – paliwa, nawozów czy energii – ale na tym, że jednocześnie spada obrót wytwarzanych produktów. Przypomnijmy sobie, co działo się pod koniec zeszłego roku: wiele upraw zostało na polu, część kupowano po skandalicznie niskich cenach bezpośrednio od rolników. To hamuje płynność finansową gospodarstw, a sytuacja jest jeszcze trudniejsza, bo działamy na wspólnym rynku i stale docierają do nas importy taniej żywności, nie tylko z państw UE, ale też z Ukrainy. Niestety, kontrola jakości pozostawia wiele do życzenia – inspekcje sanitarne wielokrotnie zatrzymują transporty, a badania wykazują, że nie zawsze trafia do nas żywność zgodna z normami. Nasze rolnictwo jest więc w wyjątkowo trudnej sytuacji – i to polscy producenci odczuwają ją najbardziej, bo muszą walczyć zarówno z presją kosztową, jak i napływem produktów, które de facto podważają stabilność rynku krajowego.
Panie Profesorze, czy wyobraża Pan sobie, że polskie rolnictwo przekształci się w typowo przemysłowe, pozbawione małych gospodarstw?
– Nie, nie wyobrażam sobie tego, i to z bardzo prostego powodu. Fundamentem naszego rolnictwa od zawsze były gospodarstwa rodzinne – to one zapewniały niezależność gospodarczą i elastyczność w reagowaniu na potrzeby rynku. Gdyby te małe gospodarstwa zniknęły, skala bezrobocia mogłaby być dramatyczna. Co więcej, gospodarstwa rodzinne pełnią funkcję swego rodzaju wentyla bezpieczeństwa: potrafią szybko zmienić profil produkcji, dostosować się do nowych wymagań i w krótkim czasie reagować na zmiany popytu, czego nie potrafią wielkopowierzchniowe farmy przemysłowe. Jeśli pójdziemy w stronę eliminacji rodzinnych gospodarstw, zostanie nam wyłącznie produkcja masowa – brak elastyczności, ograniczona dywersyfikacja produktów i coraz większa zależność od mechanizmów przemysłowych, które nie odpowiadają wymaganiom polskiego rynku. To kierunek, który zdecydowanie nam nie służy.

