Minister rolnictwa i rozwoju wsi Stefan Krajewski przekazał, że podpisał rozporządzenie zakazujące wprowadzania do Polski produktów z państw bloku Mercosur, które mogą zawierać ślady pestycydów niedozwolonych w Unii Europejskiej. Czy to coś realnie zmieni?
– To rozporządzenie wygląda jak ruch w stylu francuskim – i to nie jest przypadek. Francja od dawna gra twardo na tym polu, broniąc własnego rolnictwa pod hasłem bezpieczeństwa żywnościowego i ochrony konsumenta. Tam nie ma sentymentów: jeśli produkt nie spełnia norm, nie wchodzi na rynek. Proste. Polska próbuje dziś iść podobnym tropem, tylko pytanie, czy ma narzędzia i determinację, żeby to egzekwować z równą konsekwencją. Sama idea jest słuszna. Jeśli rzeczywiście każda partia żywności byłaby rzetelnie kontrolowana, jeśli system kontroli działałby szczelnie, a nie wybiórczo, to efekt mógłby być odczuwalny – zarówno dla konsumentów, jak i dla krajowych producentów. Problem zaczyna się w momencie, gdy schodzimy z poziomu deklaracji do praktyki.
Tu wchodzi cała architektura wspólnego rynku Unia Europejska?
– Polska nie jest wyspą. Towary z Mercosur nie muszą trafiać do naszych portów, żeby znaleźć się na naszych półkach. Wystarczy, że przejdą przez Rotterdam, Hamburg czy Antwerpię, zostaną dopuszczone do obrotu i… są już „wewnątrz systemu”. A wtedy nasze rozporządzenie, choćby było nawet najbardziej restrykcyjne na papierze, zaczyna przypominać parasol w czasie burzy – daje pewne poczucie ochrony, ale nie zatrzymuje wszystkiego. I tu pojawia się zasadniczy problem: kontrola graniczna w Unii jest w dużej mierze zdecentralizowana. To znaczy, że realną barierę dla produktów stanowią nie przepisy jednego kraju, tylko skuteczność kontroli w całym łańcuchu dostaw. Jeśli inne państwa podejdą do tematu mniej rygorystycznie, to cała konstrukcja zaczyna przeciekać. Dlatego to rozporządzenie ma znaczenie bardziej polityczne i sygnałowe niż systemowe. Pokazuje kierunek, buduje presję, daje argument w negocjacjach. Ale samo w sobie nie rozwiązuje problemu konkurencji z importem produkowanym według innych standardów. Krótko mówiąc: to krok potrzebny, ale niewystarczający. Jeśli za nim nie pójdzie realna egzekucja i – co ważniejsze – wspólne, unijne podejście do kontroli jakości importu, to efekt będzie ograniczony. A rynek, jak to rynek, bardzo szybko znajdzie drogę, żeby ominąć nawet najlepiej brzmiące przepisy.
Obawia się Pani o jakość żywności przetworzonej?
– I to bardzo, bo tu właśnie zaczyna się prawdziwy problem, o którym mówi się zdecydowanie za cicho. W przypadku surowców sprawa jest jeszcze w miarę przejrzysta – mamy punkt wejścia, kontrolę, dokumentację. Natomiast żywność przetworzona to zupełnie inna historia. To już nie jest jeden produkt, tylko mieszanka składników, często z różnych kontynentów, przetwarzana w kilku etapach i w różnych miejscach. W praktyce wygląda to tak, że towary z Mercosur rzadko trafiają do Polski bezpośrednio. One najpierw „lądują” w dużych hubach logistyczno-przetwórczych na Zachodzie Europy – w Hiszpanii, w Holandii, czasem w Belgii. Tam są rozdzielane, przetwarzane, mieszane z surowcami wyprodukowanymi w Unia Europejska, a potem wracają na rynek jako gotowy produkt, który formalnie spełnia unijne normy. I w tym momencie zaczyna się szara strefa odpowiedzialności.
Proszę powiedzieć uczciwie: jak przeciętny konsument ma dziś rozpoznać, czy kupowany produkt nie zawiera komponentów pochodzących spoza Unii Europejskiej, wyprodukowanych według zupełnie innych standardów? Etykieta powie tylko tyle, ile musi. A musi niewiele.
– To oznacza jedno: nawet najbardziej restrykcyjne przepisy krajowe mają ograniczony zasięg. Bo jeśli produkt został dopuszczony do obrotu gdzieś na Zachodzie, to w ramach wspólnego rynku trafia do Polski już jako „produkt unijny”. I nasze służby w wielu przypadkach nie mają ani narzędzi, ani podstaw, żeby to skutecznie podważyć. Dlatego to rozporządzenie, o którym mówiliśmy wcześniej, jest potrzebne – ale nie należy się łudzić, że stworzy szczelną barierę. Ono działa głównie na poziomie sygnału politycznego i pewnej ochrony wprost, przy imporcie bezpośrednim. Natomiast cały segment żywności przetworzonej pozostaje w dużej mierze poza jego realnym zasięgiem. A to właśnie tam rozgrywa się największa część rynku. I to tam najłatwiej „rozmyć” pochodzenie surowca. Dlatego tak, obawy są uzasadnione – nie dlatego, że ktoś chce straszyć, tylko dlatego, że system po prostu ma swoje luki. I dopóki nie zostaną one zamknięte na poziomie całej Unii, dopóty będziemy funkcjonować w rzeczywistości, w której formalnie wszystko się zgadza, a faktycznie niewiele jesteśmy w stanie zweryfikować.
Ale nawet jeśli taka żywność trafia na polską granicę – nie do Belgii, Hiszpanii czy Holandii – to czy te kontrole w ogóle są w stanie działać skutecznie? Przecież wielokrotnie wracał temat, że produkty rolne z Ukrainy przechodziły przez system mimo poważnych wątpliwości jakościowych. Pojawiło się nawet pojęcie „zboża technicznego”, które wielu ekspertów uznaje za klasyczny sposób obchodzenia przepisów. Jak to wygląda z perspektywy praktyki kontrolnej?
– Trzeba zacząć od rzeczy podstawowej: kontrole na granicy są potrzebne i dają realne narzędzia. Inspekcje zyskują możliwość zatrzymania transportu, pobrania próbek, weryfikacji dokumentów. To nie jest fikcja – to działa i w wielu przypadkach faktycznie podnosi poziom bezpieczeństwa. Ale równie ważne jest to, czego się nie da przeskoczyć. Nawet najlepiej zorganizowany system nie jest w stanie fizycznie sprawdzić każdej partii towaru, która wjeżdża do kraju. Skala przepływu jest po prostu zbyt duża, a procedury – siłą rzeczy – czasochłonne i kosztowne. Każda dodatkowa kontrola oznacza kolejki, opóźnienia i realne koszty logistyczne, które ktoś musi ponieść. I tu dochodzimy do sedna problemu: system kontroli zawsze działa w trybie selektywnym. Oznacza to, że część transportów jest sprawdzana dokładnie, część wyrywkowo, a część przechodzi na podstawie dokumentacji i ryzyka ocenianego „na papierze”. To nie jest wada jednego kraju, tylko cecha całego systemu handlu międzynarodowego. Dlatego tak, dobrze, że narzędzia kontrolne są wzmacniane. To krok w stronę większego bezpieczeństwa. Ale trzeba jednocześnie uczciwie powiedzieć: nie istnieje model, w którym każda partia żywności byłaby w 100 procentach fizycznie badana przy granicy. To po prostu niewykonalne przy obecnym wolumenie handlu. W efekcie mamy system, który działa w oparciu o równowagę między kontrolą a przepływem towarów. I ta równowaga zawsze będzie pewnym kompromisem – między bezpieczeństwem a logistyką, między rygorem a możliwością funkcjonowania rynku. I to jest coś, czego nie da się zadekretować jednym rozporządzeniem, nawet najlepszym w intencji.
Branża mleczna alarmuje, że Brazylia opóźnia wydawanie świadectw weterynaryjnych. W tle pojawiają się oskarżenia o blokowanie eksportu i chaos informacyjny, bo Ministerstwo Rolnictwa uspokaja, że procedury działają prawidłowo. Skąd więc ten rozdźwięk?
– Tu mamy klasyczny przykład sytuacji, w której dwie strony opowiadają o tym samym systemie, ale jakby z dwóch różnych światów. Z jednej strony branża mleczarska, reprezentowana choćby przez Agnieszkę Maliszewską, prezes Polskiej Izby Mleka, mówi wprost o problemach proceduralnych i opóźnieniach po stronie brazylijskiej. Wskazuje na brak płynności w wydawaniu świadectw weterynaryjnych i sygnalizuje, że to realnie blokuje handel. Z drugiej strony mamy oficjalny przekaz administracji, który utrzymuje, że wszystko przebiega zgodnie z procedurami i nie ma podstaw do niepokoju. I właśnie w tym miejscu zaczyna się problem, bo rzeczywistość rynkowa rzadko bywa tak uporządkowana jak komunikaty urzędowe. W relacjach handlowych z krajami Mercosur napięcia wokół standardów sanitarnych i weterynaryjnych nie są niczym nowym. Każda strona interpretuje procedury w sposób, który w praktyce może wpływać na tempo lub skalę eksportu. Jeśli pojawia się brak spójności w dokumentacji albo dodatkowe wymagania, handel zaczyna się spowalniać – i to niezależnie od deklaracji politycznych. Jednocześnie trzeba powiedzieć wprost: to nie jest tylko kwestia techniczna. W takich sporach zawsze chodzi również o ochronę rynku. Każdy kraj broni swoich producentów, nawet jeśli oficjalnie mówi o „procedurach administracyjnych”. I tu dochodzimy do szerszego obrazu. Umowy handlowe Unia Europejska z krajami Ameryki Południowej od lat budzą emocje, bo dotykają wrażliwego punktu – konkurencji w rolnictwie. Stąd też pojawiają się zapisy takie jak tzw. „kwota Hilton”, czyli kontyngent preferencyjnego importu wysokiej jakości wołowiny z państw Mercosur. W praktyce oznacza to dostęp do rynku UE dla ok. 50–60 tys. ton mięsa rocznie na preferencyjnych warunkach celnych. Dla europejskich, w tym polskich hodowców, to temat wyjątkowo drażliwy. Bo każda taka decyzja wpływa na równowagę cenową i opłacalność produkcji. I właśnie dlatego mówi się, że tego typu umowy mogą rozregulować rynek wołowiny – nie w teorii, tylko w praktyce. W efekcie mamy kilka równoległych narracji: oficjalne zapewnienia o stabilności, sygnały z branży o realnych blokadach i szerszy spór o kierunek polityki handlowej. I dopóki te trzy poziomy nie zaczną mówić jednym głosem, dopóty będziemy obserwować właśnie taki stan – pozorny spokój na papierze i narastające napięcie w praktyce.
Warto też spojrzeć na mniej widoczny, ale kluczowy element całej układanki, czyli kto tak naprawdę kontroluje dostęp do rynku i kto w tym łańcuchu zarabia. Bo na papierze wszystko wygląda prosto: liberalizacja handlu, swobodny przepływ towarów, równe zasady. Tyle że rzeczywistość szybko te założenia weryfikuje.
– W praktyce okazuje się, że to strona brazylijska, a szerzej cały blok Mercosur, w dużej mierze decyduje o tym, które podmioty pośredniczą w eksporcie produktów rolno-spożywczych do Unia Europejska. I tu zaczyna się problem, bo wielu europejskich importerów, którzy liczyli na wejście w ten segment i zbudowanie na nim biznesu, w praktyce zostaje poza grą. Rynek nie rozkłada się więc równomiernie. Jedni zyskują uprzywilejowaną pozycję, inni – często mniejsi operatorzy z Europy – zostają wypchnięci z łańcucha dostaw. To nie jest teoria, tylko efekt realnych mechanizmów negocjacyjnych i certyfikacyjnych, które w takich umowach zawsze odgrywają pierwszoplanową rolę. Do tego dochodzi kolejny wątek, równie istotny, choć rzadziej eksponowany: kontrola jakości i uznawanie świadectw weterynaryjnych. Formalnie system ma być przejrzysty i oparty na wzajemnym uznawaniu standardów. W teorii więc procedury powinny działać automatycznie. W praktyce jednak pojawiają się opóźnienia, dodatkowe wymogi i różnice interpretacyjne, które skutecznie spowalniają przepływ towarów. I tu warto postawić sprawę jasno: standardy kontroli żywności w Unii Europejskiej są obiektywnie bardziej restrykcyjne i rozwinięte niż w wielu krajach Mercosur. To nie jest ocena polityczna, tylko fakt wynikający z długoletnich regulacji sanitarnych i systemów nadzoru. Mimo to w relacjach handlowych dochodzi do sytuacji, w których to strona europejska napotyka bariery w uznawaniu dokumentów i certyfikatów. Efekt jest dość paradoksalny. Z jednej strony mamy deklaracje o otwartym rynku i wspólnych zasadach, z drugiej – realne blokady administracyjne, które wpływają na tempo handlu. I to właśnie one decydują, kto w tym układzie faktycznie zarabia, a kto zostaje na marginesie.
Cała ta konstrukcja pokazuje jeszcze jedną rzecz: w relacjach handlowych z Mercosur nie wystarczy sama obecność zapisu w umowie?
– Kluczowe są szczegóły wykonawcze, interpretacja przepisów i kontrola nad kanałami eksportu. A to już obszar, w którym przewagę mają ci, którzy lepiej zarządzają procedurami, a niekoniecznie ci, którzy mają najlepszy produkt. I w tym sensie europejski sektor mleczarski czy rolno-spożywczy może znaleźć się w bardzo niewygodnym położeniu: formalnie rynek jest otwarty, ale w praktyce dostęp do niego okazuje się znacznie bardziej ograniczony, niż wynikałoby to z politycznych deklaracji.
Jak w takim razie rozumieć stanowisko Ministerstwa Rolnictwa, które uspokaja i przekonuje, że sytuacja jest pod kontrolą?
– Trudno o jednoznaczną odpowiedź, bo mamy tu klasyczny rozdźwięk między komunikatem administracyjnym a tym, co płynie z branży. Z jednej strony resort rolnictwa stoi na stanowisku, że procedury działają, a eksport i import odbywają się zgodnie z ustaleniami. Z drugiej – pojawiają się sygnały od organizacji branżowych, że w praktyce te procesy nie są tak płynne, jak wynikałoby z oficjalnych komunikatów. Warto tu jednak uporządkować fakty. Wierzę w to, że ministerstwo pozostaje w stałym kontakcie z przedstawicielami sektora, w tym z Agnieszką Maliszewską, która nie tylko kieruje Polską Izbą Mleka, ale również pełni funkcję wiceprzewodniczącej Copa-Cogeca – jednej z największych organizacji rolniczych w Europie. To osoba, która ma pełny obraz sytuacji w łańcuchu dostaw i handlu rolno-spożywczym, więc trudno jej zarzucać brak orientacji w temacie. Jeśli taki głos podnosi problem, to raczej nie jest to kwestia jednostkowej interpretacji, tylko sygnał systemowy. I dlatego pojawiają się apele – także ze strony części polityków, w tym eurodeputowanych, w tym Ewy Zajączkowskiej-Hernik – o pilną reakcję instytucji krajowych i unijnych. Chodzi o to, by sprawą zajęła się nie tylko administracja krajowa, ale również struktury Komisji Europejskiej, które mają narzędzia do egzekwowania umów handlowych i standardów sanitarnych.
Pogoda nadal jest tak trudna dla rolników?
– Tak, i niestety nie ma w tym żadnej przesady. Ostatnie dni przyniosły chwilową euforię – wreszcie słońce, wyższe temperatury, wrażenie, że „wiosna ruszyła”. Tyle że dla rolnictwa to tylko połowa historii, i to ta bardziej złudna. Bo jeszcze niedawno mieliśmy przymrozki, które w pewnym sensie paradoksalnie pomagały części upraw sadowniczych – ograniczały zbyt wczesną wegetację, stabilizowały pewne procesy w sadach. Dziś natomiast weszliśmy w zupełnie inny reżim pogodowy: nagłe ocieplenie, bardzo szybki wzrost temperatur i jednocześnie brak realnych opadów. I tu zaczyna się problem, który rolnicy widzą gołym okiem, bez żadnych modeli czy analiz. Woda po prostu znika z gleby w tempie, które zaczyna przypominać wczesną fazę suszy. Parowanie rośnie, a zasoby wilgoci nie są uzupełniane. Efekt tego jest taki, że gleba zaczyna się przesuszać już na starcie sezonu, co później odbija się na wszystkich uprawach.
W sadach widać to szczególnie wyraźnie?
– Produkcja owoców, zwłaszcza jabłek czy gruszek, jest wyjątkowo wrażliwa na takie wahania. A to oznacza, że nawet jeśli drzewa przetrwały przymrozki, to teraz wchodzą w stres wodny. I to jest stres, który potrafi „zabrać plon” jeszcze zanim owoc się w ogóle dobrze zawiąże. Podobnie wygląda sytuacja na polach. Trwa wysiew kukurydzy i innych roślin jarych, ale warunki są dalekie od stabilnych. Z jednej strony mamy momenty sprzyjające pracom polowym, z drugiej – silne, wysuszające wiatry, które dodatkowo pogarszają bilans wodny gleby. To nie jest kombinacja, która buduje optymizm na cały sezon. Jeśli ten trend się utrzyma, mówimy nie o „trudnym roku”, tylko o roku, w którym każdy etap produkcji będzie walką o utrzymanie podstawowej wydajności. Rolnicy już teraz to widzą, bo w tej branży nie trzeba kalendarza ani raportów – wystarczy spojrzeć na pole.
Czy sady są już w praktyce spisane na straty?
– Nie, tego jeszcze nikt odpowiedzialny nie powie wprost, ale im dłużej rozmawia się z sadownikami z regionów takich jak Sandomierszczyzna czy okolice Grójca, tym bardziej słychać w ich głosie coś między ostrożnym optymizmem a twardym realizmem. Drzewa jeszcze kwitną, wegetacja trwa, natura robi swoje, ale to nie znaczy, że bilans sezonu będzie choćby zbliżony do przeciętnego. Problem jest złożony i narastał od miesięcy. To nie jest jeden pechowy czynnik, tylko nakładające się warunki: wcześniejsze przymrozki, które już zdążyły naruszyć część potencjału plonotwórczego, a teraz do tego dochodzi deficyt wody i coraz bardziej niestabilna pogoda. Efekt widać gołym okiem: owoce mogą się pojawić, ale ich ilość i jakość będą wyraźnie niższe. Sadownicy nie mają tu złudzeń. Brak wody w okresie kluczowym dla zawiązywania i wzrostu owoców działa jak cichy hamulec. Roślina nie krzyczy, nie protestuje, ale po prostu ogranicza swoje możliwości. A to oznacza mniejsze owoce, gorsze wybarwienie i niższą jakość handlową. W tej branży to różnica między opłacalnością a dokładaniem do interesu. Jeśli spojrzeć szerzej, to nie jest problem jednego sezonu. W rozmowach z producentami z różnych części kraju wraca ten sam wątek: ostatnie lata były trudne, a obecny ma być kolejnym w tym niepokojącym ciągu. Dwa wcześniejsze sezony już mocno nadszarpnęły ich stabilność finansową, a teraz dochodzi trzeci, który może ten trend utrwalić.
I tu pojawia się element, o którym często zapomina się w publicznej dyskusji: inwestycje…
– Sektor sadowniczy w ostatnich latach mocno się zadłużał, modernizując chłodnie, magazyny, infrastrukturę przechowalniczą i produkcyjną. To były często konieczne ruchy, żeby w ogóle utrzymać konkurencyjność. Tyle że kredyty nie znikają wraz z gorszymi plonami. Raty trzeba spłacać niezależnie od tego, czy sezon jest dobry, czy słaby. A jeśli przychody spadają trzy lata z rzędu, to zaczyna się robić bardzo ciasno. I właśnie w tym miejscu wielu producentów znajduje się dziś: między biologiczną niepewnością a finansową koniecznością. Dlatego zamiast mówić o „stratach” w sensie jednego sezonu, coraz częściej mówi się o narastającym kryzysie stabilności całego sektora. I to jest już zupełnie inna skala problemu, której nie da się przykryć samym kwitnieniem drzew wiosną.
System odszkodowań wystarczy, żeby uratować sytuację, czy jednak potrzebna będzie mocniejsza interwencja państwa?
– Najczęściej problem zaczyna się na etapie kosztów. Składki ubezpieczeniowe są na tyle wysokie, że dla sporej części gospodarstw zwyczajnie nie są do udźwignięcia. Do tego dochodzi ograniczona dostępność realnie korzystnych polis, bo ubezpieczyciele też kalkulują ryzyko coraz bardziej konserwatywnie. Efekt jest prosty: system istnieje, ale jego penetracja w sektorze jest wciąż zbyt niska, żeby mówić o realnym zabezpieczeniu produkcji. I dlatego coraz częściej wraca jeden wniosek – bez aktywnej roli państwa się nie obejdzie. Nie w sensie doraźnych, jednorazowych gestów, tylko bardziej uporządkowanego podejścia do ryzyka w rolnictwie. Bo dziś to ryzyko nie jest już incydentalne, tylko systemowe: przymrozki, susze, ekstremalne zjawiska pogodowe pojawiają się zbyt często, żeby traktować je jako wyjątek. Rolnicy z różnych regionów – czy to Lubelszczyzny, czy Dolnego Śląska – mówią wprost, że sami nie są w stanie tego udźwignąć. I trudno się z nimi spierać, bo liczby są nieubłagane. Koszty produkcji rosną, marże są coraz bardziej napięte, a każda strata plonu natychmiast uderza w płynność finansową gospodarstw. Są oczywiście sygnały, że temat nie jest ignorowany. Pojawiają rozmowy w terenie, deklaracje analizy sytuacji. Tyle że dla producentów liczy się nie obecność na spotkaniach, tylko realne instrumenty wsparcia, które faktycznie działają w momencie kryzysu, a nie dopiero po jego zakończeniu. W obecnym układzie sam system odszkodowań i ubezpieczeń nie jest w stanie przejąć pełnego ciężaru ryzyka. Bez dodatkowego wsparcia publicznego – czy to w formie dopłat, czy mechanizmów stabilizacyjnych – sektor będzie coraz częściej funkcjonował na granicy opłacalności.

