logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Prawny bałagan

Czwartek, 7 maja 2026 (20:22)

Rozmowa z prof. Marcinem Warchołem, posłem Prawa i Sprawiedliwości

Panie ministrze, czy to nie jest kompromitujące, że po tylu dekadach od upadku PRL państwo polskie wciąż nie potrafi skutecznie zdelegalizować Komunistycznej Partii Polski?

– To jest nie tylko kompromitujące. To jest sytuacja, która pokazuje głęboki chaos państwa w kwestiach fundamentalnych - pamięci historycznej, bezpieczeństwa ideowego i zwykłej konsekwencji prawnej. Mamy ponad trzy dekady od upadku komunizmu – zbliżamy się do czwartej dekady – a wciąż dochodzi do sytuacji, w której ugrupowanie odwołujące się wprost do totalitarnej tradycji funkcjonuje legalnie, uczestniczy w życiu publicznym i korzysta z mechanizmów demokratycznego państwa prawa. Państwa, którego fundamenty komunizm próbował przecież zniszczyć. I trzeba powiedzieć jasno: tu nie chodzi o akademicką debatę historyków ani o sentymentalne wspomnienia kilku działaczy z minionej epoki. Mówimy o ideologii, która w Polsce oznaczała terror, represje, więzienia, egzekucje i systemowe niszczenie elit niepodległościowych. Komunizm w wydaniu sowieckim nie był „jedną z wizji świata”. Był narzuconym siłą systemem podporządkowania państwa Moskwie.

I na Pana ocenę nie wpływa fakt, że Komunistyczna Partia Polski jest ugrupowaniem marginalnym na scenie politycznej?

– Argument, że mamy do czynienia wyłącznie z marginalną partią bez większego znaczenia politycznego, jest kompletnie chybiony. Historia Europy wielokrotnie pokazywała, że ideologie totalitarne bardzo często zaczynają się od środowisk uznawanych za groteskowe, niszowe albo niegroźne. Problem polega na czymś innym – na symbolicznym przyzwoleniu państwa. Bo jeśli demokratyczne państwo przez lata nie potrafi rozstrzygnąć tak podstawowej kwestii, wysyła sygnał, że istnieją w Polsce obszary całkowitej bezradności instytucjonalnej. Tym bardziej że mówimy o ugrupowaniu wyrastającym z tradycji politycznej, która była w Polsce instalowana siłą, na pewnych etapach przy wsparciu bolszewickich czy sowieckich bagnetów, a następnie utrzymywana przez aparat przemocy. To nie była oddolna odpowiedź na oczekiwania społeczne, tylko projekt polityczny budowany na strachu, zależności od Kremla i brutalnym tłumieniu oporu. W tym kontekście przeciągające się procedury sądowe robią jeszcze gorsze wrażenie. Najpierw decyzja o wykreśleniu partii z ewidencji, następnie złożona apelacja i dalsze funkcjonowanie ugrupowania. Dla przeciętnego obywatela wygląda to jak prawny bałagan, w którym państwo samo nie potrafi zdecydować, czy program organizacji odwołującej się do totalitarnej tradycji jest zgodna z konstytucyjnym porządkiem.

I właśnie dlatego sprawa budzi tak silne emocje?

– Nie dlatego, że Komunistyczna Partia Polski stanowi dziś realną siłę polityczną, bo jej nie stanowi, ale dlatego, że dotyka elementarnego pytania o to, czy III RP rzeczywiście rozliczyła się z komunizmem, czy jedynie administracyjnie zamknęła pewien etap, pozostawiając wiele kwestii w stanie politycznego zawieszenia. Bo trudno nie odnieść wrażenia, że w Polsce dużo łatwiej prowadzi się symboliczne spory o historię niż podejmuje jednoznaczne decyzje wobec środowisk odwołujących się do ideologii, która odpowiada za jedną z największych tragedii XX wieku, która tak mocno doświadczyła Polskę, naszych przodków, a także wielu z nas.

Czy naprawdę potrzeba wieloletnich analiz i sądowych sporów, żeby stwierdzić, że sama nazwa „komunistyczny” odwołuje się do ideologii totalitarnej zakazanej w Polsce?

– No właśnie w tym tkwi cały paradoks III Rzeczypospolitej. Mamy państwo, które oficjalnie potępia system komunistyczny, oddaje hołd ofiarom represji, organizuje uroczystości ku czci Żołnierzy Wyklętych, a jednocześnie od lat nie potrafi jednoznacznie i skutecznie rozprawić się z organizacją odwołującą się wprost do ideologii odpowiedzialnej za terror w Polsce. I to nie jest kwestia semantyki ani zabawy definicjami. Komunizm w polskim doświadczeniu historycznym nie był abstrakcyjną teorią polityczną z podręcznika filozofii. To był realny aparat przemocy. Mówimy o systemie, który oznaczał mordy sądowe, katownie Urzędu Bezpieczeństwa, współpracę z NKWD, egzekucje żołnierzy Armii Krajowej, WiN czy NSZ. To był mechanizm zbudowany na zastraszaniu, likwidacji elit i brutalnym podporządkowaniu Polski interesom Moskwy. Trudno więc udawać, że określenie „komunistyczny” jest wyłącznie neutralnym szyldem politycznym, pozbawionym historycznego ciężaru. Przecież właśnie pod czerwonym sztandarem prowadzono pokazowe procesy, fałszowano wybory, pacyfikowano wsie i tworzono machinę represji wobec każdego, kto próbował myśleć niezależnie. Tysiące ludzi przechodziły przez więzienia, były torturowane, skazywane na śmierć albo znikały bez śladu. Wiele rodzin do dziś nie wie, gdzie pochowano ich bliskich.

Do tego dochodzi jeszcze kwestia fałszowania historii, która była jednym z fundamentów systemu komunistycznego?

–  Przez dekady zakłamywano prawdę o Katyniu, przypisując tę zbrodnię Niemcom, choć odpowiedzialność ponosiło państwo sowieckie. Manipulowano pamięcią narodową, wymazywano niewygodne postacie z podręczników, budowano alternatywną wersję historii podporządkowaną interesowi politycznemu Kremla. I właśnie dlatego wielu ludzi uważa dziś za absurdalne, że państwo polskie prowadzi wieloletni spór o coś, co dla ogromnej części społeczeństwa wydaje się oczywiste. Bo tu nie chodzi wyłącznie o nazwę partii, ale o to, do jakiej tradycji politycznej ona się odwołuje i jakie symbole legitymizuje. Najbardziej uderzające jest jednak coś jeszcze. Gdyby w Polsce pojawiło się ugrupowanie wprost gloryfikujące inne totalitaryzmy XX wieku, reakcja państwa byłaby natychmiastowa i bezwzględna. W przypadku komunizmu od lat obserwujemy natomiast dziwną miękkość, niekończące się proceduralne spory i intelektualne uniki, jakby część elit wciąż miała problem z nazwaniem tego systemu po imieniu. A przecież komunizm w Polsce nie przyszedł w wyniku demokratycznego wyboru obywateli. Został przyniesiony na sowieckich bagnetach i utrzymany dzięki przemocy politycznej. I właśnie dlatego dla wielu osób cała ta sprawa nie jest już tylko dyskusją prawną, ale pytaniem o elementarną uczciwość państwa wobec własnej historii.

Wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 3 grudnia 2025 roku, delegalizujący Komunistyczną Partię Polski, nie powinien raz na zawsze zamknąć tej sprawy?

– Oczywiście, że powinien. I właśnie dlatego cała ta sytuacja budzi dziś tak ogromne emocje oraz zwyczajne poczucie politycznego i prawnego chaosu. Jeżeli najwyższy organ konstytucyjny w państwie wydaje orzeczenie dotyczące ugrupowania odwołującego się do ideologii totalitarnej, to obywatel ma prawo oczekiwać, że sprawa zostaje definitywnie zamknięta. Tymczasem w Polsce po raz kolejny okazuje się, że nawet decyzje o tak fundamentalnym znaczeniu potrafią ugrzęznąć w proceduralnych sporach, interpretacyjnych przepychankach i instytucjonalnym bałaganie. To właśnie najbardziej uderza w tej historii. Nie sama marginalność Komunistycznej Partii Polski, bo jej realne znaczenie polityczne jest przecież znikome, ale symboliczny wymiar całej sprawy. Państwo, które przez dekady opowiada o rozliczeniu z komunizmem, oddaje hołd ofiarom represji i buduje politykę historyczną wokół pamięci o antykomunistycznym podziemiu, nagle pokazuje własną bezradność wobec organizacji jawnie odwołującej się do tradycji systemu odpowiedzialnego za terror. I właśnie dlatego wielu ludzi odbiera ten powrót KPP do przestrzeni publicznej jako coś więcej niż tylko techniczny problem prawny. To wygląda jak soczewka skupiająca wszystkie słabości współczesnego państwa: niekonsekwencję instytucji, rozmywanie odpowiedzialności i brak zdolności do podejmowania ostatecznych decyzji nawet tam, gdzie chodzi o kwestie fundamentalne. Dlatego jeśli Trybunał Konstytucyjny wydał wyrok stwierdzający niezgodność działalności partii z konstytucyjnym porządkiem państwa, to powinno to kończyć sprawę raz na zawsze. Inaczej cały autorytet państwowych instytucji zaczyna się rozpadać. Bo obywatel przestaje rozumieć, które decyzje są ostateczne, a które można dowolnie przeciągać i podważać. I być może właśnie to jest dziś najbardziej niepokojące. Nie sama obecność niszowej partii, lecz wrażenie, że państwo polskie coraz częściej nie potrafi egzekwować własnych rozstrzygnięć nawet w sprawach dotyczących fundamentów ustrojowych i historycznej tożsamości kraju.

Partia odwołała się od jej faktycznej delegalizacji – sprawa trafiła do Sądu Apelacyjnego w Warszawie. Jak to się ma do zasady, że od orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego nie ma odwołania? 

– No właśnie tu zaczyna się cały problem, bo wchodzimy już nie tylko w spór prawny, ale wręcz w chaos interpretacyjny, który dla zwykłego obywatela wygląda jak kompletne rozmontowywanie powagi państwa. Z jednej strony mamy wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 3 grudnia ubiegłego roku, który jasno stwierdza, że program Komunistycznej Partii Polski jest sprzeczny z konstytucją. To nie była przecież luźna opinia czy polityczny komentarz, tylko formalne orzeczenie najwyższego organu konstytucyjnego w państwie. I w tym momencie sprawa jest zamknięta.

Tymczasem nagle okazuje się, że pojawia się interpretacja proceduralna oparta na zmianie przepisów z 2015 roku, według której od wykreślenia partii z ewidencji można się jednak odwołać. I tu wielu ludzi zadaje sobie bardzo proste pytanie: to w końcu które rozstrzygnięcie ma charakter ostateczny?

– To sprawia, że sytuacja jest absurdalna. Bo czym innym jest możliwość odwołania się od technicznej decyzji administracyjnej, a czym innym podważanie skutków wyroku Trybunału Konstytucyjnego. To są dwa zupełnie różne porządki prawne. Jeżeli bowiem przyjmiemy logikę, według której można proceduralnie obchodzić skutki orzeczenia TK, to otwieramy drogę do niebezpiecznego precedensu. W praktyce oznaczałoby to, że każde fundamentalne rozstrzygnięcie można przeciągać w nieskończoność poprzez kolejne formalne zabiegi. I właśnie to budzi dziś największe emocje. Nie sama działalność niszowej partii, lecz wrażenie, że państwo zaczyna przypominać system, w którym bardziej liczą się proceduralne kruczki niż sens i duch prawa. Bo przecież Trybunał nie oceniał błędu formalnego czy źle złożonych dokumentów. Trybunał odniósł się do samej istoty działalności ugrupowania i uznał ją za sprzeczną z konstytucyjnym porządkiem Rzeczypospolitej. Dlatego argumentacja, że wszystko można jeszcze odkręcać, bo zmieniono kiedyś jeden z przepisów ustawy o partiach politycznych, brzmi jak desperacka próba stworzenia prawnej furtki tam, gdzie sprawa powinna być już dawno definitywnie zamknięta. I stąd właśnie bierze się przekonanie, że nie mamy dziś do czynienia wyłącznie z technicznym sporem prawnym, ale z dużo szerszym kryzysem autorytetu instytucji państwa.

Ale komu tak naprawdę ma to służyć?

– Tym starym ubekom i dawnym komunistycznym funkcjonariuszom, którym od lat – i słusznie! - zarzuca się budowanie i utrzymywanie totalitarnego systemu. Bo niby komu innemu? Ci ludzie właśnie dostali z powrotem trzy miliardy złotych z emerytur, które PiS wcześniej im mocno przykręcił. I nie ma co udawać – to nie jest żadna techniczna korekta, nie jest to też akt jakiejś wyższej sprawiedliwości. To jawny, bezczelny hołd dla tych, którzy przez dekady stali po stronie donosów, represji i niszczenia ludzkich biografii. Jakbyśmy nagle postanowili pogłaskać po głowie architektów tamtego zniewolenia. Najbardziej bulwersujące jest jednak coś innego: całe to stanowisko władzy po prostu kpi sobie z wyroku Trybunału Konstytucyjnego. Nie liczy się z nim w najmniejszym stopniu, lekceważy go całkowicie. Jest czystym bezprawiem, tylko ubranym w eleganckie szaty administracyjnej konieczności. Żadna, nawet najbardziej kreatywna interpretacja prawna nie jest w stanie tego wybronić. Osobiście absolutnie tego nie akceptuję, nie rozumiem i kompletnie nie kupuję tych wszystkich pokrętnych tłumaczeń. Niestety, panie redaktorze, taka jest właśnie nasza dzisiejsza rzeczywistość w wymiarze sprawiedliwości. I trzeba o tym mówić głośno.

Jak to można w takim razie interpretować? Czyżby zwykła niespójność w przepisach?

– Zła wola, i to absolutna. Taka, która uderza przede wszystkim w ofiary komunistycznego reżimu. Bo komu innemu miałoby to służyć? Z pewnością nie zwykłym ludziom, którzy przez lata płacili rachunek za donosy, areszty i zniszczone życia. Nie – to ewidentnie działa na korzyść tych, którzy dawno powinni zostać wycięci z polskiego życia publicznego, pozbawieni jakichkolwiek zaszczytów i funkcji. I tu wszystko widać jak na dłoni: dzisiejsza władza wciąż czuje się zadziwiająco blisko tej postkomunistycznej rodziny. Kiedy słyszymy te pokrętne tłumaczenia i „kreatywne” interpretacje, a w sądach wciąż pobrzmiewa echo ludzi, którzy kiedyś ciągnęli z tego układu konkretne profity, nie ma już miejsca na wątpliwości. To nie jest błąd legislacyjny. To czyste bezprawie. I taka partia – partia, która zabiegała o instalowanie i trwanie totalitarnego systemu – po prostu nie powinna mieć prawa istnieć na polskiej ziemi. Bo za tymi decyzjami nie stoi przypadek, tylko czyjeś bardzo konkretne, wysoko postawione interesy. Parasol ochronny rozciągnięty nad tymi, którzy niegdyś wprowadzali i bronili komunistycznego zniewolenia. Rozciągnięty dzisiaj w sposób  jawnie bezprawny, który nie tylko depcze prawa ofiar, ale też ich dobre imię i – co może najboleśniejsze – samą prawdę historyczną. Niestety, panie redaktorze, właśnie tak wygląda nasza rzeczywistość. I dopóki będziemy udawać, że to tylko „interpretacja”, dopóty ten parasol będzie wisiał nad tymi, którzy nigdy nie powinni go dostać.

Jak w takim razie do tego podchodzić? Czy Trybunał Konstytucyjny powinien ponownie zabrać głos w związku z tą sytuacją A może to ustawodawca musi w końcu uszczelnić prawo?

– Uzasadnienie wyroku Trybunału jest przecież jednoznaczne i nie pozostawia pola do interpretacji. W polskim porządku prawnym nie ma miejsca na partię, która otwarcie gloryfikuje zbrodniarzy komunistycznego reżimu. Trybunał już raz tę sprawę rozstrzygnął. Tyle że mamy do czynienia z sytuacją absolutnie niesłychaną. Sąd Okręgowy w Warszawie, który zgodnie z ustawą prowadzi ewidencję partii i ma kompetencje do ich wykreślenia z rejestru.  Dlatego tak, uważam, że Trybunał powinien pochylić się nad tą sprawą raz jeszcze. Nie tylko może – on powinien to zrobić. Może oceniać nie tylko treść przepisów, ale także sposób, w jaki są one interpretowane i stosowane w praktyce. A ta interpretacja jest ewidentnie bezprawna. Trybunał ma realną możliwość zamknięcia tej furtki raz na zawsze. Bo realnie patrząc - od obecnego ustawodawcy niczego się nie doczekamy. Arytmetyka sejmowa jest tu bezlitosna. Włodzimierz Czarzasty jest przecież dumny z tego, co działo się przed 1989 roku. My jako Prawo i Sprawiedliwość nie mamy większości, żeby przeforsować stosowne zmiany ustawowe. Ale to nie oznacza, że sprawa ma utknąć. Dlatego jako poseł odpowiedzialny za wnioski do Trybunału Konstytucyjnego deklaruję: przyjrzymy się temu bardzo dokładnie i najprawdopodobniej złożymy wniosek o zbadanie zgodności z Konstytucją tej właśnie interpretacji stosowanej przez Sąd Okręgowy w Warszawie. Czas skończyć z fikcją. Albo prawo działa tak, jak powinno, albo przestajemy udawać, że w Polsce naprawdę rozliczyliśmy się z komunizmem. Trzeciej drogi nie ma.

Dziękuję za rozmowę.

 

Rafał Stefaniuk, „Nasz Dziennik”

NaszDziennik.pl