Według libańskiej agencji ANI izraelska armia zaatakowała budynek mieszkalny w pobliżu Saidy, głównego miasta południowego Libanu, zabijając jedną osobę.
W Saidzie znajduje się największy w kraju obóz dla uchodźców palestyńskich Ein el-Hilwe. Izrael informował wcześniej o atakach na mających tam przebywać członków Hamasu.
Według libańskiego ministerstwa zdrowia trzy osoby zginęły w nocnym izraelskim ataku na wioskę Katrani na południu kraju. Armia izraelska poinformowała, że „trafiła w kilka miejsc wyrzutni rakiet”, skąd bojownicy Hezbollahu mieli wkrótce wystrzelić pociski w kierunku Izraela.
Hezbollah wciągnął Liban w wojnę regionalną 2 marca, wystrzeliwując rakiety w kierunku Izraela – według formacji w odwecie za zabicie irańskiego najwyższego przywódcy Alego Chamenei pierwszego dnia izraelsko-amerykańskich bombardowań Iranu.
Oprócz szerokiej kampanii nalotów, także na cele cywilne, armia izraelska wkroczyła na terytorium Libanu, gdzie ściera się z bojownikami proirańskiego Hezbollahu, nad którym władze libańskie nie mają kontroli. Izrael grozi szerszą operacją lądową, a władze w Bejrucie zapowiedziały powołanie delegacji do bezpośrednich negocjacji z sąsiednim państwem.
Amerykański portal Axios poinformował w sobotę, że Francja opracowała propozycję zakończenia wojny, zakładającą uznanie Izraela przez Liban i rozbrojenie Hezbollahu. Na razie nie podano dalszych szczegółów planu.
Cały Liban przestał być bezpiecznym miejscem. Ostrzeliwane są nie tylko tereny zajmowane przez bojówki Hezbollahu, ale wioski i miasta w całym kraju. „Wśród przesiedleńców panuje ogromny strach, bo nigdy nie wiadomo, co może się wydarzyć, sprawiając, że bezpieczne miejsce w jednej chwili stanie się śmiertelną pułapką” – mówi brat Tony Choukri. Franciszkanin z Kustodii Ziemi Świętej jest gwardianem klasztoru św. Józefa w Bejrucie.
Od pierwszych godzin wojny franciszkanie otworzyli swój klasztor i przylegające do niego budynki duszpasterskie dla potrzebujących. „Będziemy nadal przyjmować tych, którzy są w potrzebie” – zapewnia zakonnik.
Franciszkanin wskazuje, że izraelskie bombardowania w Libanie „zabijają ludzi”, „uderzają w mury”, a także tworzą „atmosferę nienawiści i zemsty”. To, co się dzieje, nie pasuje do życia Libańczyków, niezależnie od wyznawanej przez nich religii, którzy od zawsze są przyzwyczajeni do wspólnego życia. Brat Tony Choukri opisuje swoją ojczyznę jako jedną tkaninę, w której wspólnie splatają się losy chrześcijan i muzułmanów. Wskazuje, że to, co się dzieje, jest totalnie przeciwne libańskiej duszy.
Franciszkański klasztor św. Józefa leży w chrześcijańskiej dzielnicy Gemmayzeh. „To turystyczny obszar Bejrutu, ale teraz jesteśmy w samym środku strachu i niepewności” – mówi zakonnik. Klasztor nosi w sobie pamięć nie tylko o niszczycielskiej eksplozji w porcie w 2020 roku, ale także o wojnie libańskiej od jej początków w 1974 roku. Mimo wszystko pozostaje „miejscem, w którym ludzie pokładają zaufanie, gdzie czują się bezpiecznie, ponieważ bracia zawsze tam byli, zawsze tam pozostawali, nigdy nie opuścili klasztoru, który leży w najstarszej części Bejrutu, gdzie nie ma nawet schronu”.
Zakonnik zauważa, że najgorsze jest to, że cały Liban przestał być bezpiecznym miejscem. „Myśleliśmy, że bombardowania zatrzymają się na południu, gdzie znajdują się tereny Hezbollahu, gdzie jest gorąca granica z Izraelem, ale pociski dotarły również tutaj. Najwyraźniej obszar niebezpiecznych miejsc rozszerza się, nie można już mówić o żadnej strefie, która mogłaby być bardziej chroniona” – mówi.
Brat Tony Choukri wyznaje, że wielki strach stał się rzeczywistością mieszkańców klasztoru kilka dni temu, gdy podczas przygotowań do obchodów uroczystości św. Józefa wszystko zadrżało. „Ci, którzy w tym momencie modlili się w kościele, usłyszeli bombardowanie, zaledwie 300 metrów od klasztoru. Mimo wszystko jednak nie można stąd odejść, klasztor zawsze był punktem odniesienia dla potrzebujących, dla uchodźców przybywających z południa Libanu lub tych, którzy w przeszłości przybyli z powodu wojny w Syrii” – opowiada franciszkanin. Wspomina, że z klasztoru św. Józefa przez lata wyruszała również pomoc humanitarna. A teraz, gdy żyje się pod ostrzałem, jest to miejsce przyjmowania wysiedleńców. „Obecnie schronienie znalazło u nas 150 osób, ale dla dzieci i osób starszych chcemy znaleźć inne bezpieczne rozwiązanie. Najmłodsze dzieci, gdy tylko usłyszą hałas, który mogą uznać za strzał, biegną się schować po kątach lub do swoich mam. Chcemy znaleźć dla nich bardziej bezpieczne schronienie” –zaznacza.
Dodaje, że franciszkanie nie zamierzają opuszczać klasztoru w Gemmayzeh. Pozostają u boku wspólnot, które doświadczają dziś dramatycznego poczucia bycia „marginalizowanymi, niechcianymi, uciskanymi”. Zakonnik podkreśla, że pokłada zaufanie w ogromnej sile Libańczyków, jednak każdy kolejny dzień pokazuje, że „zło zajmuje miejsce na tej ziemi”, a „strach wkrada się w społeczeństwo ze wszystkimi konsekwencjami, jakie mogą z tego wynikać”. Brat Tony Choukri akcentuje, że trzeba podjąć wszelkie możliwe wysiłki, aby położyć kres trwającemu cierpieniu: „Pomyślmy o tych, którzy giną, przecież Bóg nikomu nie dał prawa do zabijania ludzi”. Wskazuje, że świat musi wrócić do przestrzegania Bożego prawa, bo „człowiek nie jest przedmiotem, a śmierć nie jest drogą ani narzędziem do zmiany strategii, demografii i granic”.

