Kontynuujemy lekturę kazania na górze. Fragment Ewangelii dziś proklamowany to kondensat zasad moralnych – miłość „przetłumaczona” na konkret. Trudno je komentować, są klarowne i jednoznaczne, nie ma miejsca na relatywizujące (tak dobrze nam dziś znane) „ale”. Co je łączy?
Błogosławieństwa – i następujące po nich treści nauczania Jezusa – podnoszą wszystko to, co było znane ze Starego Testamentu, na poziom serca. Jezus spogląda na Prawo (ale też na cały Stary Testament) w inny sposób – jako swego rodzaju wielką „przypowieść”, której pełny sens da się odczytać tylko w perspektywie Nowego Testamentu. Święty Paweł napisze po latach, że było ono „wychowawcą”. Rzecz w tym, że „uwięziło” miłość, spetryfikowało codzienne relacje, wiążąc je setkami nakazów i zakazów, nie pozostawiając Bogu miejsca na działanie. Litera pozostała, zagubiły się duch i pierwotny zamysł Stwórcy.
Potrzebne było zatem ich odnowienie – chodziło nie tylko o „kosmetykę”, ale też o radykalnie nowe spojrzenie na wszystko. Zmiana (a nie rewolucyjne odrzucenie, tylko wypełnienie) miała dotknąć głębi ludzkiej duszy, sposobu przeżywania świata i samego siebie. A przede wszystkim poprowadzić od odkrycia „innej” (uświęcającej – hebr. „kadisz” oznacza: świętość, inność) obecności Boga w życiu, afirmacji Jego Osoby. Jezus – nowy Mojżesz – objawia prawo jako niekwestionowany Autorytet. „A Ja wam powiadam” – to nam wystarczy, bez wchodzenia w zbędne dyskusje. Aby owa afirmacja mogła się dokonać, potrzebne są zaufanie i miłość. One zawsze winny poprzedzać zasady moralne – w katechezie, w codziennych relacjach. Bez nich pozostaną co najwyżej tanim moralizmem.
Uczeń może działać tylko w sposób wolny. „Jeżeli zechcesz, zachowasz przykazania […]. Położył przed tobą ogień i wodę, po co zechcesz, wyciągniesz rękę. Przed ludźmi życie i śmierć, co ci się spodoba, to będzie ci dane” – pisze mędrzec Syrach. Nikt za nas nie przeżyje naszego życia. Sami też poniesiemy konsekwencje swoich wyborów.

