Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba oraz brata jego, Jana, i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto ukazali się im Mojżesz i Eliasz, rozmawiający z Nim.
W drugą niedzielę Wielkiego Postu czytamy Ewangelię o przemienieniu Jezusa na Górze.
Tradycja przypisała jej nazwę Tabor. To tekst biblijny dobrze nam znany, często komentowany, ważny z punktu widzenia ciągu wydarzeń zbawczych, które prowadzą do Jerozolimy i Paschy Jezusa.
Nie wiemy dokładnie, jak to się dokonało i co w szczegółach wiedzieli uczniowie Jezusa – opis biblijny jest bardzo lapidarny. Ewangeliści mówią zgodnie o blasku i świetle oraz o obecności Mojżesza i Eliasza. Wspominają też o głosie z nieba objawiającym Chrystusa jako umiłowanego Syna Bożego. Po latach św. Piotr, nawiązując do wydarzenia i reinterpretując je w perspektywie tego, co wydarzyło się później, pisał: „I słyszeliśmy, jak ten głos doszedł z nieba, kiedy z Nim razem byliśmy na górze świętej. Mamy jednak mocniejszą, prorocką mowę, a dobrze zrobicie, jeżeli będziecie przy niej trwali jak przy lampie, która świeci w ciemnym miejscu, aż dzień zaświta, a gwiazda poranna wzejdzie w waszych sercach” (2P 1,18-19).
Przemienienie Jezusa miało przygotować elitę uczniowską (Piotr, Jakub i Jan) na doświadczenie innej góry – Golgoty, pomóc zrozumieć mesjańskie posłannictwo Jezusa. Jeszcze wtedy nie rozumieli jego sensu. Dopiero kiedy przeżyli „zgorszenie krzyża” i uciekli, a następnie wrócili do Zmartwychwstałego, zaczęli je pojmować. Zapewnienie, iż „Bóg ma upodobanie w człowieku” – nawet wtedy, gdy ten zwątpi, zdezerteruje – stało się źródłem nadziei i siły, podstawą nawrócenia. Tabor, pomimo swojej wyjątkowości, to tylko epizod – swoisty przystanek historii zbawienia. Jezus wysłał swoim uczniom jasny komunikat: trzeba iść dalej! Później była Golgota, zmartwychwstanie, wstąpienie do nieba, Pięćdziesiątnica, działalność misyjna. Trud, zmęczenie, kryzysy, ale też radość z powstających wspólnot, wyrastająca z doświadczenia mocy Boga.
Ciekawe, że na początku chrześcijaństwo określane było mianem „drogi”. „Prześladowałem tę drogę” – pisał św. Paweł, dając świadectwo o swoim nawróceniu (Dz 22,4). Nie chodzi o to, aby zatrzymać się na etapie: „dobrze nam tu być” (por. Mt 17,4), obudować się szczelnie przekonaniem, że na obecnym etapie rozwoju mojej wiary nic już więcej nie muszę. Właściwym jej kryterium staje się gotowość na przeżywanie swojego „wyjścia” – ku Bogu, ku światu, drugiemu człowiekowi. Tego uczy nas Chrystus.

