Są dziś takie miejsca na przedmieściach Jerozolimy, niedaleko od murów i bram oddzielających Izrael od Autonomii Palestyńskiej, gdzie rano (bywa, że i później) można spotkać mężczyzn czekających na to, że ktoś najmie ich do pracy. Podjeżdżają samochody, busy i zabierają ich na pola, do zakładów pracy itp. Ktoś w domu czeka na pieniądze, które wieczorem przyniosą – bo trzeba nakarmić rodzinę. Czy są tacy, których nikt nie najmie? Tak, to zależy od dnia. Wrócą do domu z pustymi rękami. Praca to w wielu miejscach na świecie „luksusowy towar”.
Tak było i w czasach Jezusa. Znany słuchaczom obraz posłużył Mu, aby opowiedzieć o Ojcu i królestwie Bożym, ale też zwrócić uwagę na to, co ów obraz zaciemnia, co Bożą miłość zniekształca. Na czym polegał problem robotników pracujących na polu od samego rana? Czy zostali skrzywdzeni, źle potraktowani przez gospodarza? Gdyby pracujący cały dzień otrzymali choć premię… byłoby OK. Nie dostali jej – niekiedy sobie myślimy. Ludzie wrócili do domów zagniewani. Być może wielu pytało: po co się starać, skoro i tak wszyscy dostali po równo? Wdzięczność skarlała została zastąpiona przez interesowność, myślenie merkantylne, rozumienie wszystkiego w wymiarze „zasługi”, bilansu zysku i strat.
Przypowieść Jezusa miała za zadanie „wyprostowanie” uczniom (a przez nich i nam) wyobrażenia Ojca. Bóg nie jest handlarzem, rachmistrzem, nie spisuje skwapliwie każdej chwili życia (nie dodaje i nie ujmuje nam „nagrody” w zamian za „zasługi”) i nie „gniewa się”, gdy nie potrafimy sprostać wyzwaniom (szukamy wtedy „znajomości”, aby uniknąć kary). Taki obraz wielu chrześcijan nosi w sobie.
O coś innego chodzi. Bóg szuka nas nieustannie – nawet wtedy, gdy „wymykamy się” Mu, gdy stajemy się „robotnikami ostatniej godziny”. Bóg jest INNY. Trudno nam Go pojąć. Może to wina tego, że „teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno […] poznajemy po części” i dopiero kiedyś „ujrzymy twarzą w twarz” (por. 1 Kor 12,12)? Obyśmy się sami mogli przekonać – ku naszej radości i zbawieniu.

