Jak zdefiniowałby Pan sobotnią konwencję prezydenta Bronisława Komorowskiego?
– To była konwencja, która w założeniu miała uspokoić zdenerwowany elektorat Platformy Obywatelskiej oraz Bronisława Komorowskiego i w tym znaczeniu swoją rolę spełniła. Natomiast nie była to konwencja przełomowa: prezydent nie powiedział nic nowego, również jego hasło „Wybierz zgodę i bezpieczeństwo” nie różni się wiele od tego sprzed pięciu lat. Była to zatem konwencja kontynuacji i uspokojenia. Oczywiście towarzyszył jej rozmach, widać sztabowcy Bronisława Komorowskiego wzięli przykład z konwencji Andrzeja Dudy, tyle że osobowość kandydata PO jest bardziej uboga. Jego uspokajająca retoryka, operująca okrągłymi zdaniami jest bardzo ogólna. Wręcz nawet nie pasuje do blichtru tego całego mocno rozdmuchanego przedsięwzięcia. To była konwencja zrobiona na miarę dynamicznego, młodego Andrzeja Dudy, tyle tylko, że jej aktorem, słabym aktorem, był Bronisław Komorowski.
Gdyby zwycięstwo przyznawano za konwencje, to kto byłby wygranym?
– Z pewnością w cuglach wygrałby Andrzej Duda.
Z wystąpienia Bronisława Komorowskiego odbiorca otrzymuje jasny przekaz, dlaczego prezydent ubiega się o reelekcję?
– Tego przekazu odbiorca niestety nie otrzymuje, natomiast dostaje pewne psychologiczne wskazówki. Weźmy chociażby hasło „Wybierz zgodę i bezpieczeństwo” – to niejako kontynuacja hasła sprzed pięciu lat „Zgoda buduje”. W tym dodaniu „i bezpieczeństwo” Komorowski usiłuje grać wokół sytuacji międzynarodowej związanej z agresją rosyjską na Ukrainie i sytuacji, w jakiej w związku z tym znalazła się Polska. Nie może powiedzieć wszystkiego wprost, bo byłoby to zachowanie kontrproduktywne. Z badań społecznych wynika, że ze wszystkich społeczeństw na świecie Polacy mają najbardziej krytyczny stosunek do Rosji i polityki zagranicznej Kremla. W związku z tym nie można przesadzić. Jednak z drugiej strony słyszymy z ust prezydenta, że Polska potrzebuje rozwagi, bezpieczeństwa, czego – w jego ocenie – nie gwarantuje kandydat PiS. Dodanie słowa „bezpieczeństwo” wysyła więc sygnał, że Polska jest w trudnej sytuacji, że powierzanie najwyższych urzędów w państwie ludziom z PiS może doprowadzić do nieodpowiedzialnych decyzji, do rzucania się z szabelką na Rosję. Tego Komorowski oczywiście nie mówi wprost, ale w jego przekazie to niebezpieczeństwo, choć zawoalowane, jest jednak obecne. Polska zatem nie potrzebuje ryzyka, szukania czegoś, co może być nowe, niepewne, dlatego lepiej będzie zostawić to, co już jest – kandydat, którego już znamy. To wszystko przenosi się także na inne sfery – nie tylko na politykę zagraniczną, ale również na gospodarkę, czego ma dowodzić określenie Komorowskiego, że żyjemy w okresie złotym dla Polski.
Obecny prezydent jest gwarantem tego bezpieczeństwa i stabilności?
– Bronisław Komorowski w żaden sposób nie jest gwarantem ani stabilności, ani tym bardziej bezpieczeństwa Polski. Tak naprawdę obecny prezydent jest w bardzo kiepskiej formie politycznej. Jest nie tylko intelektualnie, ale również fizycznie wyczerpany i polega na swoim otoczeniu. Tak naprawdę o polityce decyduje dwór prezydenta, a nie on sam. Dlatego nie sądzę, żeby Bronisław Komorowski jako prezydent był gwarantem czegokolwiek. On walczy o swoje status quo i owszem może być gwarantem, ale bierności. Nie sądzę, żeby prezydent Komorowski był zdolny samodzielnie podjąć jakiekolwiek decyzje czy aktywne działania, i to zarówno na arenie międzynarodowej, jak i wewnętrznej. Kolejne wpadki pokazują, że tak naprawdę prezydenta Komorowskiego nie ma, a jest tylko jego otoczenie. Bezpieczeństwo wymaga zaś czasami działań.
Zgodzi się Pan z tezą, że kampania Bronisława Komorowskiego jest krok za kampanią Andrzeja Dudy?
– Tak jak już wspomniałem, ta sobotnia konwencja miała uspokoić elektorat PO i w pewnym stopniu to uczyniła, ale z pewnością Bronisław Komorowski nie przyćmił swego głównego konkurenta. Wszystko, co robi sztab prezydenta Komorowskiego w warstwie technicznej, to jest powtarzanie chwytów Andrzeja Dudy, spektakularny wjazd bronkobusem, ale w warstwie retorycznej jest nadal to, co było. Nie ma ani nowych haseł, ani nowego otwarcia. To nawet nie jest już restart, ale działanie na zasadzie „kopiuj – wklej”. Bronisław Komorowski czy jego otoczenie zarzucało Andrzejowi Dudzie plagiat, tyle tylko, że to on jest krok za kandydatem PiS. Wprawdzie próbuje nadrabiać dystans, podpatrywać pewne chwyty, ale jego kampania jest dużo słabsza. Oczywiście nie znaczy to, że Andrzej Duda wygra wybory, bo Bronisław Komorowski jako urzędujący prezydent zaczynał z wyższego pułapu i być może uda mu się tę przewagę dowieźć, chociaż są analizy, które wcale tej pewności nie dają.
Czy ta konwencja ogranicza szanse prezydenta Komorowskiego?
– Może nie tyle ogranicza, ile spowalnia spadek poparcia dla prezydenta Komorowskiego. Natomiast – jak sądzę – nie da mu takiego skoku poparcia, które wykluczyłoby drugą turę. Nie był to zatem żaden przełom.
Kto, Pana zdaniem, jest słabszy: prezydent Komorowski czy może jego sztab?
– Myślę, że słabszym ogniwem w tym łańcuchu jest prezydent Komorowski. Jego sztab wprawdzie nie ustrzega się pewnych wpadek, ale ogólnie robi, co może. Tyle że trudno zbudować coś na słabym fundamencie. Pamiętajmy, że Bronisław Komorowski nawet jako prezydent funkcjonował w cieniu głównie Donalda Tuska, a kiedy wyszedł z cienia ze swoją kampanią, to okazało się, że jest w słabej formie. Potrafi się posługiwać tylko ogólnikami, a i tak niezbyt trafnie, celowo unika otwartych starć. Ignoruje nawoływania do debaty, bo doskonale zdaje sobie sprawę, że wypadłby bardzo słabo. Jeśli zaś dojdzie do drugiej tury, to trudno będzie robić uniki i do debaty z Andrzejem Dudą będzie musiało dojść. Wówczas cała słabość prezydenta i wszystko to, co teraz udaje się jeszcze przykryć pod parasolem PR, wyjdzie na jaw.
Z czego może wynikać ta wielowymiarowa słabość Bronisława Komorowskiego?
– Nie chciałbym na ten temat spekulować, ale można powiedzieć, że Bronisław Komorowski popadł w pewną gnuśność, można powiedzieć, że od ostatniej kampanii mocno zaśniedział. To już jest polityk słabiej się orientujący, słabiej reagujący. W tym sensie uważam, że jest to osobista słabość Bronisława Komorowskiego i dlatego ta kampania wygląda tak, jak widzimy. Słaby, mało aktywny kandydat, który nawet przy tym całym entourage'u, jaki tworzy wokół niego sztab, traci poparcie. Oklaski, uśmiechy, poparcie celebrytów, prezydentów miast, wjazd bronkobusa, błyski fleszy to za mało. Wszystko jest niby dobrze, ale do momentu, kiedy Bronisław Komorowski wychodzi na mównicę i otwiera usta. Mówiąc, posługuje się wyłącznie ogólnikami, mnoży słowa, sam się w nich momentami gubiąc. Tymczasem w tym samym czasie Andrzej Duda już dawno jest po swojej konwencji, objeżdża Polskę, a kiedy Komorowski mówi, że np. należy powstrzymać emigrację, Duda już jest w Londynie i rozmawia z tymi młodymi ludźmi, którzy wyjechali. Między tymi kandydatami jest różnica jakościowa. Kampania Andrzeja Dudy jest na bardzo wysokim poziomie, jest świetnie przygotowana, momentami przypomina mi wręcz zwycięską kampanię Baracka Obamy z 2008 r.
Wystarczy do zwycięstwa?
– To trudne pytanie. Niewątpliwie jednak Andrzej Duda robi wszystko i świetnie wykorzystuje swoje atuty, natomiast Bronisław Komorowski robi niezbyt wiele.
Co może rzutować na tę złą dyspozycję prezydenta Komorowskiego?
– Prezydent Komorowski bardzo długo funkcjonował oddzielony od społeczeństwa przez swoje otoczenie, które – jak widać – musi myśleć w tej kampanii za prezydenta, ale z drugiej strony trochę izoluje go od kontaktu z wyborcami. Andrzej Duda jest kandydatem zupełnie innej jakości, sam odważnie, bez skrępowania wychodzi do ludzi i bardzo łatwo nawiązuje z nimi kontakt. Nie peszy się nawet w momencie, kiedy spotyka się z atakami.
Mimo wszystko prezydent z racji pełnionej funkcji wcale nie musi być zakładnikiem i gdyby chciał być aktywny i wyjść do ludzi, to z pewnością nikt nie stanąłby mu na drodze…
– Nie jestem sztabowcem prezydenta Komorowskiego, wnioskuję jednak, że przyjęte hasło kampanii musiało być oparte na badaniach sondażowych i taktycznie zostało dobrze wychwycone. Chodzi o to, aby pokazać prezydenta jako pana na włościach, który nie wychodzi do społeczeństwa, nie wchodzi w zbyt bliskie interakcje, tylko niczym monarcha gestami i słowami uspokaja i zapewne za takim podejściem optuje też sam prezydent. Druga możliwa opcja polegałaby na tym, że dostrzeżono by zagrożenie ze strony kampanii Andrzeja Dudy, co wymagałoby radykalnej zmiany stylu prezydenta, ale sztab Komorowskiego nie zdecydował się na tę drugą opcję, pozostając przy pierwszej. Moim zdaniem, nie jest to szczęśliwa decyzja. W Polsce mamy do czynienia z protestami niezadowolonych grup społecznych czy zawodowych i próba uspokajania ich monarszym gestem może nie wystarczyć. Według mnie, lepsze byłoby wyjście, rozmowa ze społeczeństwem i wysłuchanie racji. To wszystko razem wzięte może doprowadzić do drugiej tury, natomiast trudno powiedzieć, czy pogrąży kandydata Komorowskiego.
O czym może świadczyć fakt, że na konwencji otwierającej kampanię Bronisława Komorowskiego nie pojawił się Donald Tusk?
– Tę nieobecność Tuska można odczytać dwojako. Jako przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk ma na głowie sprawy wynikające z pełnienia tej funkcji i nie chce tracić czasu na angażowanie się w lokalną politykę. Druga kwestia dotyczy spekulacji, które – moim zdaniem – nie są bezpodstawne. Chodzi o to, że Tusk chciałby pozostać w Brukseli przez najbliższe pięć lat, czyli przez dwie kadencje, a następnie wystartować w Polsce w wyborach prezydenckich. Jeśli wygra Komorowski, to kontynuacja kontynuacji kontynuacji, a więc kandydat ciągle tej samej ekipy może być czymś, czego społeczeństwo polskie może nie strawić. Tuskowi może być zatem na rękę, żeby teraz wygrał kandydat PiS, z którym on, powracając w chwale z Brukseli, mógłby się później zmierzyć.
A więc celowo nie było go na konwencji?
– Myślę, że Donald Tusk świadomie postanowił nie angażować się w kampanię Bronisława Komorowskiego. To był jego wybór, z którym sztab Komorowskiego musiał się, chcąc nie chcąc, pogodzić.

