logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Uczeń nie jest dla szkoły

Wtorek, 9 lutego 2016 (18:16)

Z dr. Andrzejem Mazanem, dyrektorem merytorycznym ds. edukacji domowej w Fundacji Dobrej Edukacji Maximilianum, dyrektorem Kolegium Świętej Rodziny, rozmawia Marta Ziarnik

Czego oczekuje Pan po spotkaniu w Belwederze i debacie pt. „Edukacja domowa: wczoraj, dziś i jutro”?

– Oczekuję przede wszystkim docenienia wartości edukacji domowej. Przy okazji tego problemu zetknęły się bowiem ze sobą dwa nurty myślenia, dwa inne rozumowania o edukacji. Nurt instytucjonalny, który widzi ucznia przez system szkolny. Reprezentuje go MEN, ponieważ uznaje, że instytucja jako całość oddziałuje na rozwój ucznia. Drugi nurt na plan pierwszy wysuwa wpływ czynnika osobowego. Tak widzi ucznia edukacja domowa, która podkreśla, że osoba, z którą uczeń jest w najbliższej relacji, a więc mama czy tata, oddziałuje najsilniej na jego rozwój. I stąd bierze się to napięcie.

Ministerstwo uważa, że środki publiczne są do dyspozycji instytucji, zaś my, rodzice uczestniczący w domowej edukacji, nauczeni doświadczeniem, uważamy, że najważniejsze jest wychowanie i wykształcenie konkretnego dziecka. I żadnemu z nich nie można odebrać żadnej szansy rozwoju, a zwłaszcza tej, którą umożliwia subwencja. Wyniki kształcenia osiąga konkretne dziecko, a wtórnie szkoła. Dlatego też oczekuję, że personalistyczna metoda edukacji domowej zostanie doceniona jako wartość edukacyjna.

Które zagadnienia w pierwszej kolejności należy poddać pod dyskusję?

– Myślę, że najistotniejszą obecnie sprawą jest powrót do pełni subwencji. Chodzi o to, by nie stygmatyzować dzieci, które są w edukacji domowej, że są one w jakiś sposób gorsze. Rozporządzenie, które mówi, że dla tych dzieci wystarczy 60 proc. subwencji, wskazuje, że ci uczniowie są przez państwo inaczej traktowani niż uczniowie stacjonarni. Do tej pory nie zdarzyła się decyzja MEN, która by obniżała te subwencje. Były jedynie przypadki podnoszenia tego wsparcia ze względu na różne okoliczności.

Jest szansa na szybkie zrewidowanie stanowiska MEN w tej sprawie?

– Przedstawiciele MEN jasno podkreślili, że w tym roku nie da się tej decyzji odwrócić. Natomiast ponieważ to jest decyzja wydawana na rok, mam nadzieję, że w przyszłym roku te subwencje zostaną przywrócone. Najpierw jednak MEN musi się przekonać o wartości tego sposobu kształcenia i wspierania. Musi się pojawić intencja, że warto wspomagać edukację domową.

Czyli dotychczasowe zabiegi rodziców i edukatorów, prowadzone rozmowy nadal nie przynoszą spodziewanych skutków?

– Ministerstwo jest otwarte. Chociaż poprzez to rozporządzenie ustawiono nas – czyli wszystkich tych, którzy prowadzą edukację domową – bardziej w sytuacji podejrzanych aniżeli beneficjentów państwa demokratycznego, wolnych obywateli, którym wolno uczyć swoje dzieci w domu. Mamy nadzieję, że nasze rozmowy wyjaśniły wiele nieporozumień.

Gdzie zatem tkwi problem nadużyć, o których mówiła minister w styczniu?

– No właśnie tego nie wiemy, to nie zostało nam wyjaśnione. Pytanie, co to są za naruszenia. Bo jeśli chodzi o jakieś dyscyplinarne uchybienia, wystarczyłoby zaznaczyć, że tego czy tego nie wolno. Jeśli byłyby to kwestie naruszeń finansowych, to też można je zaskarżyć. Są czynniki, które mogą to wszystko sprawdzić, kontrolować. Obecny przekaz jest jednak taki, że rodzicom, którzy mają taką „zachciankę”, wolno uczyć dzieci w domu, ale najlepiej byłoby, gdyby nie sięgali przy tym po żadne „publiczne” pieniądze.

Taki uczeń musi być jednak do jakiejś szkoły przypisany, a co za tym idzie – dana placówka na niego pieniądze z ministerstwa otrzyma.

– No właśnie. Problem polega na tym, by znaleźć rozwiązania, które pozwolą za pomocą szkół przychylnych edukacji domowej wspomóc rodziców w tym kształceniu. Nie zastąpić, ale wspomóc rodziców w materialnym i merytorycznym doposażeniu. W sensie udzielania wskazówek dydaktycznych, zakupu podręczników, książek czy stworzenia platformy e-learningowej, bibliotek internetowych itp. Bo nie chodzi o oddzielanie tych dzieci od szkoły. Bardzo mała liczba rodziców nie chce korzystać w domowym nauczaniu z pomocy szkół. Chodzi nam o stworzenie swoistej symbiozy, umożliwienia rodzicom szerszych ofert edukacyjnych dla swoich dzieci.

Ile dzieci objętych jest programem edukacji domowej?

– Statystyki MEN mówią o liczbie około 6,2 tys. dzieci. Jeśli podzielimy to na rodziny, to wyjdzie około 4 tys. rodzin w Polsce. Jest tu też do rozstrzygnięcia kwestia rodzin na emigracji, które chcą mieć swoje dzieci także w systemie polskim.

Jak te dzieci wypadają w porównaniach ze swoimi rówieśnikami idącymi standardowym trybem nauczania?

– W Polsce takich szczegółowych badań jeszcze nie ma. Nie ulega jednak wątpliwości, że u dzieci z edukacji domowej wyniki na poziomie testowym są wyższe o co najmniej 30-50 proc. z każdego przedmiotu. Ale najistotniejsze jest to, że dzieci idące przez edukację domową są znacznie bardziej odpowiedzialne, samodzielne, bardziej ciekawe i zafascynowane poznawczo, a także bardziej wychodzące do świata, bardziej społeczne i mniej wycofane.

Co jest siłą edukacji domowej?

– Jest to spowodowane wzmocnioną relacją życzliwości rodzinnej. Pogłębioną relacją z rodzicem, który wkłada olbrzymi wysiłek, by dziecku zapewnić te wszystkie możliwości rozwojowe, które ono ma. Jej siłą jest kształtowanie cnót intelektualnych i moralnych, na które w szkole nie ma czasu. Zresztą przy wielości osób te wpływy się rozmywają. W edukacji domowej jest stałość tego wzorca osobowego rodziców, którzy głównie kładą nacisk na kształcenie cnót moralnych i intelektualnych, bo to jest podstawa do tego, by dziecko funkcjonowało w edukacji domowej.

Zmniejszenie subwencji może skutkować znaczącym obniżeniem tej liczby?

– Z pewnością przyczyni się do zmniejszenia ilości instrumentów edukacyjnych w szkołach prowadzących edukację domową i jej życzliwych. Jasne jest, że z braku środków szkoły te będą ograniczać współpracę z rodzicami, aby rozwijać zajęcia pozalekcyjne dla dzieci.

Dziękuję za rozmowę.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Marta Ziarnik

Aktualizacja 9 lutego 2016 (18:57)

Nasz Dziennik