logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Etyka znika z polityki

Wtorek, 23 października 2018 (22:38)

Z dr. Krzysztofem Kawęckim, prezesem Prawicy Rzeczypospolitej, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Czym należy tłumaczyć wzrost frekwencji, która w wyborach samorządowych przekroczyła 50 proc.?

– To jest – przynajmniej częściowo – wynik mobilizacji elektoratu Platformy Obywatelskiej. Świadczy o tym chociażby to, że najwyższa frekwencja, jeśli chodzi o województwa, jest w woj. mazowieckim, a w przypadku miast – w Warszawie. Ale stało się tak również za przyczyną strategii, jaką realizowało Prawo i Sprawiedliwość, które skutecznie zmobilizowało do udziału w wyborach swoich przeciwników, a nie do końca potrafiło zmobilizować swój twardy elektorat. Ostatnie przedwyborcze wypowiedzi Patryka Jakiego z pewnością nie zachęciły do głosowania na niego, ale jest to jedna z przyczyn porażki tego polityka. Co by nie powiedzieć, partie polityczne potraktowały te wybory jako pewien test przed czekającymi nas w przyszłym roku wyborami do Parlamentu Europejskiego oraz do Sejmu, stąd też miały charakter bardziej polityczny, niż to bywało w przeszłości. Jest w tym również duża rola mediów komercyjnych i telewizji publicznej, które podeszły do tych wyborów w sposób – powiedziałbym – emocjonalny czy też stronniczy. Tak czy inaczej na klęskę Patryka Jakiego w stolicy zapracowały też – w dużej mierze – media publiczne.

Co konkretnie ma Pan na myśli?

– Ta jednostronna – można rzec – propaganda i skupienie się na jednym kandydacie spowodowała reakcję przeciwną do zamierzonej ze strony części wyborców. Pewnie zmobilizowała też do udziału w wyborach tych ludzi, którzy niekoniecznie byli na to zdecydowani. Można zatem powiedzieć, że telewizja publiczna ma udział w klęsce Patryka Jakiego w batalii o Warszawę.       

Dlaczego PiS-owi mimo wzrostu poparcia w porównaniu z poprzednimi wyborami, tak trudno zdobyć duże ośrodki, w tym Warszawę?

– Duże ośrodki są dość mocno ugruntowane w ideologii liberalno-lewicowej. PiS ma wprawdzie jeszcze szansę na zwycięstwo w Krakowie, ale to nie zmienia faktu, że w dużych ośrodkach wielkomiejskich przegrywa z Koalicją Obywatelską. Wynik wyborczy w każdym z dużych miast trzeba rozpatrywać odrębnie. Jeśli chodzi o Warszawę – to nie wiem, czy ze względu na specyfikę tego miasta kandydatura Patryka Jakiego była optymalna. Wydaje się, że PiS powinno wystawić, czy raczej poprzeć osobę bezpartyjną z dużym autorytetem, oczywiście o poglądach tradycyjnych, konserwatywnych. I próba Patryka Jakiego pokazania podczas debaty telewizyjnej, że jeśli zostanie wybrany na prezydenta, to odda legitymację partyjną, była dobrym krokiem, ale wykonanym zbyt późno, bo Jaki był jednoznacznie kojarzony z większością parlamentarną. Po drugie, co by nie powiedzieć, sposób prowadzenia jego kampanii był bardzo niejednoznaczny, tzn. mieliśmy różne sygnały, był też ukłon w stronę elektoratu centrowego czy nawet wręcz lewicowego. Według mnie, było zupełnie bezsensowne namaszczenie na wiceprezydenta – i to na początku kampanii – Piotra Guziała, to na pewno nie przysporzyło Jakiemu głosów, a być może zmniejszyło jego szanse. Uważam więc, że w tej sytuacji niezależny, bezpartyjny kandydat popierany przez PiS i inne środowiska prawicowe czy zbliżone do prawicy miałby większą szansę wygrania tych wyborów, a przynajmniej może byłaby druga tura.

Co przemawia za tą Pana tezą?

– Myślę, że przykład Lecha Kaczyńskiego, który co prawda był mocno związany z PiS-em, ale był to człowiek od dziecka związany z Warszawą, jakby nie było, człowiek wykształcony – profesor prawa, więc i tym razem należało pójść w tym bądź podobnym kierunku. Oczywiście zwycięstwo Lecha Kaczyńskiego w Warszawie było pewnym fenomenem i trudno będzie ten wynik powtórzyć. Ponadto w tej kampanii chyba jednak nastąpił pewien zwrot na lewo ze strony nie tylko PiS, ale też Platformy, co ma odzwierciedlenie w wynikach.

Wynik PiS jest jednak znacznie wyższy w porównaniu z poprzednimi wyborami samorządowymi…

– Owszem, to prawda, ale to zwycięstwo wcale nie musi oznaczać przejęcia sejmików. W moim przekonaniu ten wynik nie jest jednak satysfakcjonujący, to zaklinanie rzeczywistości przez liderów, którzy głoszą, że jest to wielkie zwycięstwo. W tę kampanię PiS zaangażowało wszystkie siły i środki, włącznie z premierem Mateuszem Morawieckim, który był twarzą tej kampanii i biorąc to wszystko pod uwagę, wynik nie jest najlepszy.

Czy jak stwierdził w swoim pierwszym wystąpieniu po ogłoszeniu wyników wyborów Grzegorz Schetyna – Koalicji Obywatelskiej udało się stworzyć koalicję antyPiS?

– Tak. Jednak jest to retoryka, narracja, którą stosuje zarówno Platforma, jak i PiS, i to od dłuższego czasu. To jest retoryka bardzo ryzykowna – oczywiście może przynosić bardzo doraźne sukcesy jednej bądź drugiej stronie, ale jak dotąd przynosiła raczej zwycięstwo PiS-owi. Fakty są takie, że znaczna część elektoratu głosuje na Platformę przeciwko PiS-owi i odwrotnie. I to jest poniekąd zrozumiałe zjawisko, że część wyborców będzie się tak zachowywała. Jednak żeby zbudować trwałe poparcie, należy działać pozytywnie, a więc pozyskiwać wyborców bardziej programem, a nie liczyć na niechęć do przeciwników. Tymczasem jedna i druga strona, PiS i Platforma, stasowały retorykę anty, ale jest ona ryzykowna, bo nastroje mogą być różne, a wynik zależy od mobilizacji elektoratu. W tym przypadku nastąpiła duża mobilizacja elektoratu Platformy i dlatego chociażby w Warszawie ugrupowanie to osiągnęło duży sukces. Wprowadzanie do debaty różnych haseł, może nawet efektownych, czy bilbordów niekoniecznie konstruktywnych do niczego dobrego nie prowadzi, dlatego mamy do czynienia często – niestety – z wyborami emocjonalnymi, a sprawy programowe odchodzą na dalszy plan. I to nie jest dobre.    

Jak wytłumaczyć fakt, że w Łodzi kandydatka Koalicji Obywatelskiej Hanna Zdanowska – skazana prawomocnym wyrokiem – osiąga 70-procentowe poparcie?

– To zdumiewające, że tak się dzieje. Ten aż tak dobry dla Hanny Zdanowskiej wynik jest dużym zaskoczeniem, podobnie jak w Legionowie, gdzie zdecydowanie wygrywa Roman Smogorzewski, który „zasłynął” niewybrednymi wypowiedziami wobec kobiet. To są przykłady, które świadczą o bardzo niepokojącym zjawisku tzn., że wyborcy nie oczekują – niestety – od polityków spełniania pewnych etycznych norm. Politycy doskonale wiedzą, że więcej im wolno, i to wykorzystują, czując się bezkarnie. Stąd Hanna Zdanowska mogła sobie zlekceważyć fakt, że została prawomocnie skazana i jakby nigdy nic ubiegać się o reelekcję. Jedna i druga strona znajdą oczywiście prawników, którzy odpowiednio zinterpretują całą sytuację, ale dla wyborców strona prawna nie była najważniejsza, ale jeśli chodzi o stronę etyczną, to nie powinno być żadnych wątpliwości. W moim przekonaniu, były tu też błędy ze stron PiS-u, jak chociażby wypowiedzi Jacka Sasina itd., co mogło być odbierane w ten sposób, że niech sąd zdecyduje, a nie przedstawiciele władzy ustawodawczej czy wykonawczej. Platforma, wykorzystując sytuację, zastosowała sprytną retorykę, że niech o tym, czy Hanna Zdanowska powinna dalej pełnić funkcję prezydenta, zdecydują sami łodzianie, a wszystko po to, żeby to społeczeństwo zdecydowało, ale nie PiS. Te niezręczne reakcje ze strony polityków PiS miały też pewien wpływ na zachowanie wyborców, którzy nie wiedzieć czemu i tak popierają Hannę Zdanowską. Nie wiem zatem, czy wspomniane przeze mnie niezręczne wypowiedzi polityków PiS nie przyczyniły się do wygranej Zdanowskiej i to w pierwszej turze. To nie zmienia sytuacji, o której mówimy – mianowicie o braku poszanowania dla prawa.

Co jeszcze zwróciło Pana uwagę, niekoniecznie w znaczeniu pozytywnym, jeśli chodzi o kampanię samorządową?

– Niepokojące według mnie były hasła genderyzmu, politycznego ruchu homoseksualnego, które w jakiś sposób weszły w główny nurt wyborów samorządowych. One były wywołane przez środowiska lewicowe, skrajnie liberalne, ale co niepokojące – nie spotkały się z należytą reakcją ze strony kandydatów PiS.

Wystarczy wspomnieć wypowiedź czy deklarację Rafała Trzaskowskiego, że chce być pierwszym prezydentem w Warszawie, który udzieli tzw. ślubu parze homoseksualnej…   

– Zwycięstwo Rafała Trzaskowskiego może mieć duże znaczenie w kontekście pewnych zmian na scenie politycznej – mam tu na myśli umocnienie się obozu liberalnego, co jest bardzo niebezpieczne. Rafał Trzaskowski może nie będzie liderem Platformy, bo nie ma odpowiedniego zaplecza partyjnego, ale Platforma może przekształcić się w Koalicję Obywatelską, integrując ze sobą, czy też wchłaniając, Nowoczesną, ale tak czy inaczej ten nurt libertyński – pod względem obyczajowym – on niestety się może wzmocnić. I tutaj osoba Trzaskowskiego i jego deklaracje, że podpisze kartę równości, kartę LGBT+ oraz że udzieli tzw. ślubu parze homoseksualnej, to są to wszystko zapowiedzi mówiące o tym, że niestety może nas czekać przyspieszony proces przekształcania Polski w tzw. demokrację liberalną na wzór zachodni. To jest bardzo niebezpieczne i powinno się spotkać z odpowiednią i zdecydowaną reakcją.

Dziękuję za rozmowę.     

 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl