logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Europa pod dyktando Berlina i Paryża?

Niedziela, 25 listopada 2018 (22:13)

Z dr. Krzysztofem Kawęckim, prezesem Prawicy Rzeczypospolitej, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jak odebrał Pan słowa kanclerz Merkel, która podczas niedawnej debaty w Berlinie powiedziała, że państwa narodowe powinny być gotowe do oddania suwerenności?

– Już sam temat konferencji „Parlamentaryzm między globalizacją a narodową suwerennością”, zorganizowanej w Bundestagu przez Fundację Konrada Adenauera, wskazuje wyraźnie, że parlamenty krajowe, a zatem reprezentacja opinii publicznej poszczególnych państw ma zostać pozbawiona suwerenności. Ta suwerenność każdego państwa jest wyrażana w dużym stopniu właśnie poprzez parlamenty, a zatem mamy tu do czynienia z ingerencją i próbą instytucjonalnego ograniczenia suwerenności państwowej.  

Kanclerz Angela Merkel zastrzegła, że ten proces pozbawiania suwerenności powinien się odbyć w sposób uporządkowany. Jak to rozumieć?

– Przypuszczam, że określenie „w sposób uporządkowany” oznacza wskazany przez takich polityków, jak Angela Merkel czy Emmanuel Macron i określony właśnie przez nich. Co więcej – w założeniu – ten proces powinien się odbywać przy udziale parlamentów krajowych, którym zostanie niejako narzucony scenariusz.

Podczas wystąpienia w Bundestagu Merkel broniła też międzynarodowego paktu migracyjnego ONZ, krytykowanego nawet w łonie jej politycznego środowiska, czyli CDU…

– Rzeczywiście wystąpienie kanclerz Merkel chyba należy odczytywać czy analizować w dużo szerszym kontekście, a ta jej pozytywna wypowiedź na temat międzynarodowego paktu ONZ dotyczącego tzw. swobodnej migracji uchodźców i migrantów, a więc globalnego porozumienia w tej sprawie, źle wróży na przyszłość. Tym bardziej, że przeciwników takiego rozwiązania Merkel określiła mianem nacjonalistów w najczystszej formie. To nic innego jak próba określenia czy też zapowiedź podejścia i języka, jakim będzie się posługiwała cała unijna klasa polityczna i media stojące po stronie tzw. postępowej, popierające politykę migracyjną Niemiec, Francji i brukselskich elit. To brzmi bardzo niebezpiecznie, dlatego że chociażby ten międzynarodowy pakt migracyjny ONZ de facto legalizuje migrację nielegalną, zawiera też wiele niebezpiecznych sformułowań. Jest to pierwsze tzw. globalne porozumienie w sprawie migracji, a cała ta umowa zmierza w kierunku stworzenia społeczeństwa multikulturowego. Jednak mamy tam również zapowiedź walki z przejawami ksenofobii, dyskryminacji, a zatem otwiera się płaszczyznę walki ze społeczeństwami, które chcą zachować zdrowe podstawy życia narodowego, które dążą do zachowania własnej tożsamości, religii, tradycji. W tym pakcie, którego broni Angela Merkel, pojawia się też zapis, że migranci przybywający do danego kraju będą mieli prawo do zachowania i rozwijania swojej własnej kultury. Przekładając to na migrację muzułmańską, oznacza to, że przybysze z zewnątrz będą tworzyli własny system wartości, własny system prawny, a więc to wszystko, co najgorsze, ujawniło się również m.in. w Europie Zachodniej. Tak czy inaczej jest to też próba narzucenia pewnego języka, pewnej narracji, która ma dominować w kampanii i podczas przyszłorocznych wyborów do Parlamentu Europejskiego.

Co Pan myśli, słysząc takie treści, i jaki cel ma forsowanie tej utopijnej wizji?

– W wystąpieniu kanclerz Niemiec pojawiła się próba redefinicji narodu, kiedy Merkel mówi, że naród tworzą ludzie, którzy na stałe żyją w danym kraju, a nie grupa, która ich definiuje jako naród. To nic innego jak odmawianie narodom prawa do definiowania pojęcia narodu nawet w systemie prawnym. Mamy zatem do czynienia z próbą tworzenia społeczeństwa kosmopolitycznego, społeczeństwa, a nie narodu. Jest to wizja utopijna i bardzo niebezpieczna. Jest to bardzo zły sygnał, także jeśli chodzi o przyszłość i rozwój Unii Europejskiej. Mimo iż w wielu krajach i narodach, co widać, zostały wzmocnione tendencje tożsamościowe dążące do wzmocnienia narodowej suwerenności i taki proces już trwa, np. w Skandynawii w takich krajach jak Szwecja, również na południu Europy we Włoszech, a przede wszystkim w Europie Środkowej jak Węgry, dalej Chorwacja, wcale nie jestem pewien, czy na tyle jest to proces wyraźny, żeby zmienić kierunek polityki unijnej. Tymczasem widać, że ostatnie wypowiedzi kanclerz Niemiec czy prezydenta Francji, chociażby dotyczące utworzenia wspólnej europejskiej armii, zmierzają do bardzo daleko idącej federalizacji, a to nie jest dobry sygnał.

Angela Merkel ma jakikolwiek mandat, żeby narzucać innym państwom cokolwiek, a tym bardziej oddanie części suwerenności?

– Pozycja Angeli Merkel w Niemczech, także w swojej macierzystej partii CDU, nie jest już taka mocna, jak to bywało w przeszłości, ale wydaje się, że jest to proces naturalny. Angela Merkel wciąż jeszcze jest kanclerzem i od wielu lat kieruje polityką wewnętrzną i zagraniczną Niemiec, ale jej pozycja dzisiaj nie jest już taka mocna, jak była wcześniej. To jednak nie oznacza, że poglądy Merkel nie są wciąż wspierane przez establishment niemiecki, przez działaczy koalicji CDU-CSU. Oczywiście są tam też przeciwnicy Angeli Merkel, ale stanowią oni mniejszość, dlatego należy domniemywać, że poglądy wyrażane przez obecną kanclerz, jak również jej następców będą zbieżne z koncepcjami wyznaczającymi kierunek niemieckiej polityki. Ponadto wszystko wskazuje na to, że nowym szefem Komisji Europejskiej będzie polityk bawarskiej CSU i szef Europejskiej Partii Ludowej w Parlamencie Europejskim Manfred Weber, który generalnie w sprawach zasadniczych dotyczących np. federalizacji, także jeśli chodzi o ograniczenie suwerenności państwa polskiego – mam tu na myśli presję na Polskę w kwesii reform wymiaru sprawiedliwości – prezentuje stanowisko podobne do Angeli Merkel. Pomijając już to, jakie prawo ma Merkel w wyrażaniu czy narzucaniu nam tej opinii.  

Jest też pytanie, na ile Angela Merkel w Bundestagu wyrażała stanowisko i racje niemieckie, a na ile prezentuje stanowisko federalistyczne?   

– To jest tożsame. Jak słyszymy z ust Merkel – Niemcy też mają swoje interesy w Unii Europejskiej, dlatego dla nich wyrażanie koncepcji federalistycznych, dotyczących pozbawiania suwerenności poszczególnych państw członkowskich, jest bardzo korzystne. A zatem te tendencje federalistyczne, a jednocześnie niemiecki interes państwowy są ze sobą mocno związane.

Wydaje się, że sporo racji miał prezydent Donald Trump, mówiąc, że dla Niemiec Unia Europejska jest jedynie narzędziem niemieckiej ekspansji …

– Zdecydowanie jest to właściwa ocena, zresztą coraz bardziej jest to widoczne. To jest ekspansja niemiecka, ale także – w dużym stopniu – plan stworzony i realizowany wspólnie przez Berlin i Paryż. Można zatem mówić o ekspansji niemiecko-francuskiej. Dzisiaj, kiedy mamy do czynienia z procesem wychodzenia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, to też jest w dużym stopniu – obok niekompetencji brukselskich elit – również konsekwencja polityki niemieckiej, niemieckiej ekspansji, na którą Brytyjczycy nie chcieli się zgodzić. Brexit oczywiście jeszcze bardziej wzmacnia pozycję Niemiec na europejskiej scenie, co też nie jest korzystne m.in. dla Polski.

Wspomniana przez Pana Francja też ma własne problemy, trwają zamieszki, w których giną ludzie, rozruchy w Paryżu przeciwko polityce ekonomicznej Macrona, który też ma ambicję bycia „wodzem” Europy po zejściu ze sceny Angeli Merkel...

– Emmanuel Macron ma trudną sytuację zarówno gospodarczą, jak też skomplikowaną sytuację polityczną. Wiadomo, kim są architekci francuskiej polityki – przecież nie jest tajemnicą, że znaczą rolę odgrywają tam niejawne układy polityczne – myślę tu głównie o masonerii. Zresztą nawet oficjalne dane mówią, że znaczna część parlamentarzystów we Francji to są ludzie związani z masonerią, która realizuje taką, a nie inną wizję społeczeństwa, społeczeństwa laickiego, wizję walki z chrześcijaństwem, a przy tym koncepcję federalistyczną. A zatem samo powstanie partii pod kierownictwem Emmanuela Macrona, jak i on sam to był produkt marketingowy środowisk masońskich, które widząc, że tradycyjne partie polityczne tracą swoje pozycje, stworzyły tenże produkt marketingowy i doraźnie osiągnęły swoje cele. I nawet jeśli Macron straci swoją pozycję, bo – jak widać – poparcie ma bardzo niskie wśród Francuzów, to niewykluczone, że są już przygotowane kolejne projekty, podobne ruchy marketingowe środowisk masońskich, które mają stworzyć nowe byty polityczne, czasem – doraźnie – posługujące się nawet hasłami prawicowymi. Jak widać, system polityczny Republiki Francuskiej jest w głębokim kryzysie, dlatego w tej sytuacji nie można wykluczyć sukcesów Frontu Narodowego Marine Le Pen.

Dziękuję za rozmowę.        

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl