logo

Mikołajki były pierwszym miejscem w Polsce, w którym wykryto radioaktywną chmurę

Wtorek, 28 kwietnia 2026 (07:46)
Aktualizacja: Wtorek, 28 kwietnia 2026 (08:13)

Pracownicy stacji IMGW w Mikołajkach – Stanisław Leszczyński oraz Ewa i Jacek Maliszewscy
– dokładnie 40 lat temu jako pierwsi odkryli,
że nad Polską znajduje się radioaktywna chmura.
Po latach Leszczyński przyznał, że sądził,
że skażenie spowodowane jest zgubieniem
bomby atomowej przez samolot.

W nocy z 25 na 26 kwietnia 1986 r. w Czarnobylu na Ukrainie doszło do awarii reaktora jądrowego elektrowni atomowej. W wyniku radioaktywna chmura popłynęła nad Polskę. Mikołajki na Mazurach były pierwszym miejscem
w Polsce, w którym zorientowano się, że nad krajem jest radioaktywna chmura. Było to 28 kwietnia 1986 r.

Skażenie wykryli pracownicy Instytutu Meteorologii
i Gospodarki Wodnej w Mikołajkach: Stanisław
Leszczyński oraz Ewa i Jacek Maliszewscy.

W filmie nagranym kilka lat temu przez Internetową Telewizję Mikołajek, który można zobaczyć w internecie, szef mikołajskiej stacji IMGW Stanisław Leszczyński opowiadał, że natychmiast po wykryciu skażenia powiadomili centralę Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej w Warszawie oraz Centralne Laboratorium Ochrony Radiologicznej. Mimo to przez wiele godzin ówczesne władze Polski nie informowały mieszkańców o skażeniu.

– Do godz. 20.00 w poniedziałek nie było dla mnie wiadome, jaka jest przyczyna tego promieniowania radioaktywnego. W radiu, na żadnym zakresie (fal)
nie było informacji. Podejrzewałem, że samolot zgubił bombę atomową albo nastąpiła eksplozja w elektrowni
– opowiadał na filmie Leszczyński. Przyznał, że o godz. 19.00 radio z Warszawy podało, że nastąpił wyciek
z reaktora w Szwecji. Leszczyński od razu się zorientował, że to fałszywa informacja, bo w tym czasie masy powietrza napływały nad Polskę z południowego-wschodu. Dopiero
w kolejnych wiadomościach podali, że chmura nasuwa się nad Polskę i Europę.

– Pojechałem do księdza proboszcza i mówię mu, że trzeba bić w dzwony. A on: po co? Żeby ludzie się zgromadzili.
Ale doszliśmy do wniosku, że lepiej się modlić, żeby Pan Bóg od nas odegnał ten dym. Ale pomyśleliśmy, że to pójdzie nad inne obszary, więc nie było to dobre wyjście
– opowiadał Leszczyński na nagraniu.

Pracownicy stacji IMGW w Mikołajkach doskonale wiedzieli, że powinni założyć maski przeciwgazowe. Nie zrobili tego, bo mieli ich za mało. Nikomu też nie powiedzieli o swoim odkryciu, choć był to ciepły słoneczny dzień i ludzie pracowali na działkach. – To była sprawa poufna, wyniki pomiarów były poufne – powiedział po latach Leszczyński.

Władze nie kryły, że to w Mikołajkach wykryto skażenie nad Polską. Z tego powodu na miasteczko nastąpił szturm dziennikarzy z całego świata. Leszczyński wspominał,
że jeden z włoskich dziennikarzy napisał nieprawdziwy artykuł, że z Mikołajek wysiedlono ludzi. Zilustrował go zdjęciem zupełnie pustego mikołajskiego rynku.

– Łobuz zrobił zdjęcie o świcie, co było widać po długości cieni, jakie rzucało wschodzące słońce. To była z jego strony tylko sensacja, nie żeby pomóc ludziom, ale podnieść atmosferę – wspominał Leszczyński. Dodał,
że ani on, ani inni pracownicy stacji nie rozmawiali
z dziennikarzami. – Dziś też bym nie rozmawiał,
to były poufne sprawy – wskazał.

– Nie przespaliśmy tej sytuacji, polski rząd dowiedział
się o od polskiej służby o skażeniu – dodał Leszczyński.

Od 1958 r. w ramach prac mikołajskiej stacji IMGW rutynowo badano ewentualne skażenie atmosfery. Wówczas jądrowe mocarstwa, m.in. Stany Zjednoczone
i Rosja przeprowadzały próby z bronią jądrową. Nad Polską ślady tych próby były widoczne zwykle po 3 tygodniach
od ich przeprowadzenia. Stacje, takie jak w Mikołajkach, działały w kilku miejscach w kraju.

APW, PAP