logo
logo

Zdjęcie: M.Marek/ Nasz Dziennik

Moskiewski tygiel

Wtorek, 11 marca 2014 (02:00)

Na moskiewskim bulwarze przy pl. Puszkina manifestowały dwie grupy Rosjan: zwolennicy polityki Kremla i przeciwnicy wojny na Krymie.

Najpierw przyszło ok. 200 przeciwników zmiany władzy w Kijowie popierających rosyjską interwencję na Krymie. Na scenie przez dwie godziny występowali przedstawiciele różnych organizacji określających się jako patriotyczne, narodowe lub nawet narodowowyzwoleńcze. „Nasz Dziennik” pyta działaczy tych ostatnich, kto zniewolił Rosję, skoro ma się wyzwalać.

– Stany Zjednoczone zniewalają wszystkich za pomocą dolarów – słyszę odpowiedź. – To klucz do większości wywodów, i mówców, i widzów, a za amerykańskie (albo i polskie) pieniądze wyszkolono i uzbrojono banderowską bandę, nacjonalistyczną juntę, która zagarnęła władzę w Kijowie. A teraz za te same obce pieniądze toczy się przeciwko Rosji straszliwa wojna informacyjna.

Na manifestację przyszło kilku ludzi w mundurach. To oficerowie – weterani Floty Czarnomorskiej. Jeden, już bardzo wiekowy, przedstawia się jako służący w wywiadzie wojskowym. Przysłuchuję się wypowiedzi przedstawiciela najtajniejszej z tajnych sowieckich i rosyjskich służb. Niestety, mężczyzna nie dzieli się żadnymi wspomnieniami ze służby, a jedynie wywodem, że wezwanie do zjednoczenia wszystkich „Ruskich” zapisane jest na egipskim Sfinksie, do tego po rosyjsku. Dowiaduję się też, że największych dziejowych aktów w życiu narodu dokonują ludzie o imieniu Władimir: począwszy od „św. Włodzimierza, który nas ochrzcił”, poprzez Lenina, aż do wiadomo kogo w naszych czasach.

Nieco bardziej dojrzałe wywody historyczne sprowadzają się do wniosku, że Krym jest „od zawsze rosyjski”, a przynajmniej „ruski”. Pozytywną bohaterką jest caryca Katarzyna, która w 1783 r. wcieliła półwysep „na wieki do Rosji”, a negatywnym Nikita Chruszczow, podejrzany Ukrainiec, bo to on zdecydował o włączeniu tego terytorium do Ukraińskiej SSR w 1954 roku. Potem już tylko „narodowa tragedia 1991” (czyli rozpad ZSRS) spowodowała „rozpad jednego narodu” w wielu państwach. I teraz oto – głosił jeden z mówców, były deputowany Dumy – przyszła ta historyczna chwila, gdy pojawia się szansa zjednoczenia wszystkich „Ruskich” z Rosji, Ukrainy, Białorusi, Naddniestrza i innych.

Młody człowiek, przedstawiony jako profesor Uniwersytetu Łomonosowa, zaczyna przemówienie od wyznania, że jego dziadek zaprowadzał władzę sowiecką w zachodniej Ukrainie. Tłumaczy, dlaczego konieczne jest przeciwstawienie się temu, co się stało na Ukrainie. – W Kijowie dopuszczono do tego, że faszyści rzucali koktajlami Mołotowa w policjantów [właściwie powinno być „milicjantów” – red.] za to, że chcieli zaprowadzić porządek i praworządność. Teraz ci waleczni funkcjonariusze Berkutu są szykanowani, pozbawiani praw. Ale w samej rzeczy zachodnim mocarstwom nie chodzi o Ukrainę, lecz o Rosję. Chcą doprowadzić do tego, że jakiś Majdan wybuchnie gdzieś pod Moskwą – tłumaczy.

Uczestnicy tego wiecu, pytani o cokolwiek, odpowiadają, powtarzając niemal dosłownie argumenty prezydenta Putina z ubiegłotygodniowej konferencji. Te same idee reprodukują od kilku tygodni wszystkie główne kanały telewizyjne i gazety. Mówi się o dyskryminacji Rosjan na Ukrainie. Miałaby ona polegać na „zakazie języka rosyjskiego, niszczeniu pomników Lenina i pozbawieniu funkcjonariuszy Berkutu emerytur”. Z tego wszystkiego prawdziwe jest tylko to, że zburzono kilka pomników wodza ludobójczej rewolucji i rozformowano Berkut.

Media na usługach Putina

Rosyjskie media głównego nurtu straszą jednak Rosjan faszystami na Ukrainie, których pokazuje się jako niemal bezpośrednich kontynuatorów polityki Adolfa Hitlera. Nagle pojawiły się materiały historyczne o zbrodniach UPA. Dochodzi do tego, że stacje telewizyjne, które nigdy nie wspomniałyby o Katyniu czy pakcie Ribbentrop-Mołotow, teraz pokazują film o mordach na Wołyniu, szacując liczbę polskich ofiar wyżej niż polski IPN.

Jeden z działaczy, trzymający flagę Marynarki Wojennej, pyta reportera „Naszego Dziennika” o narodowość. Odpowiadam, że jestem Polakiem. W reakcji słyszę tyradę, której właściwym adresatem powinien być raczej Radosław Sikorski.

– A wy, Polacy, dlaczego nie bronicie prawowitego prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza przed faszystami? Przecież Polska jest gwarantem porozumienia z opozycją z 21 lutego! – krzyczy. Nie pomaga cytowanie w odpowiedzi ukraińskiej konstytucji.

– Kłamiesz. Ja wiem, co wy chcecie zrobić z pomocą USA. Polskie imperium od morza do morza – słyszę.

Na odpowiedź, że Polska, w przeciwieństwie do Rosji, nie narusza integralności terytorialnej Ukrainy ani nie zgłasza do niej pretensji, słyszę, że jestem „banderowskim nazistą”.

Armia do koszar

Zaledwie godzinę po wiecu poparcia dla władzy zebrali się przeciwnicy militarnego zaangażowania Rosji na Ukrainie. Organizatorzy poprzedniego zgromadzenia, którzy jeszcze zbierali swoje rzeczy, krzyczeli do przychodzących: „Faszyści, zdrajcy Rosji!”. To akurat szczególny paradoks, bo organizatorzy mityngu antywojennego to organizacja znana z akcji „antyfaszystowskich”. Ale przyszli zarówno skrajni lewicowcy, zieloni itp., jak i rosyjscy konserwatyści, monarchiści, wielu przedstawicieli obrońców praw człowieka, rosyjskiej opozycji demokratycznej, a także zwykłych mieszkańców Moskwy.

Wielu to Ukraińcy albo Rosjanie o ukraińskich korzeniach. Na przykład pani Marianna urodziła się na Ukrainie w rodzinie rosyjsko-macedońskiej. W jej domu mówiło się po rosyjsku. Teraz mieszka w Moskwie i jest obywatelką Federacji Rosyjskiej, dwaj bracia mieszkają w Połtawie, są obywatelami Ukrainy i popierają Majdan, nowy rząd i integrację z Europą. Jeden z braci pani Marianny jest oficerem armii ukraińskiej, a jej syn służy w rosyjskiej. Tacy ludzie nie tylko są całym sercem przeciw użyciu wojsk rosyjskich na Ukrainie, ale rzeczywiście boją się wojny.

„Armia do koszar”, „Walczcie z korupcją, nie z Ukrainą” – można było przeczytać na transparentach. „Wojna nie zaczyna się od wystrzałów i wybuchów, ale od nienawiści w sercu. Uczą was nienawiści do Ukrainy, żeby usprawiedliwić śmierć naszych synów i łzy matek dla imperialnych zachcianek Putina” – to jeden z dłuższych. Inne nawiązują do historii rozwoju totalitaryzmów XX wieku, np. układu w Monachium z 1938 r. sankcjonującego aneksję Czechosłowacji przez III Rzeszę. Jeden z manifestantów napisał na transparencie serię dat. To lata historycznych agresji ZSRS: 1939 (Polska i Finlandia), 1940 (Besarabia i kraje bałtyckie), 1956 (Węgry), 1968 (Czechosłowacja) i 1979 (Afganistan). Na końcu napisał „2014” z wielkim znakiem zapytania.

Dla wielu uczestników to także okazja do przypomnienia postulatów rosyjskiej opozycji, przede wszystkim związanych z tzw. sprawą bołotną, czyli aresztowaniami uczestników antyputinowskiej manifestacji 6 maja 2012 r. na placu Bołotnym i niedawnymi wyrokami w tej sprawie. Zebrani w przeciwieństwie do oponentów liczą na zmiany także w swojej ojczyźnie. Powoli uczą się zachodnich idei, takich jak rozróżnienie kraju od jego rządu i patriotyzmu od ślepego posłuszeństwa władzy. Marzą, że kiedyś czymś normalnym będzie zmiana rządu w wyniku wyborów do Dumy itp. Wyobrażają sobie, że plac Bołotny, albo i Czerwony, stanie się rosyjskim Majdanem.

To jednak na razie mało realne. Większość Rosjan ogólnie popiera obecną politykę władzy i oczekuje „obrony praw ruskich” na Krymie i wschodniej Ukrainie, ale według badań opinii publicznej ponad 50 proc. sprzeciwia się wojskowej interwencji.

Kremlowska propaganda tłumaczy Rosjanom, że „odzyskanie” Krymu to dziejowa sprawiedliwość i dobrze trafia to w ich narodowe uczucia opierające się na tęsknocie za utraconym imperium i obawie przed zewnętrznym wrogiem. Nawet wielu komentatorów znanych z krytyki rządów Putina gotowych jest wybaczyć mu wszystko (naruszenia praw człowieka, sfałszowanie wyborów, oligarchizację życia publicznego itd.) za to „odbicie rosyjskiego Sewastopola” itp. – To nadzwyczajne. Ludzie walczyli, żeby nie doszedł do władzy Żyrinowski. A teraz Putin realizuje program Żyrinowskiego – komentuje obecny na antywojennym wiecu znany obrońca praw człowieka Lew Ponomariow. 

Piotr Falkowski, Moskwa

Nasz Dziennik