logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Ciągle będzie wzrost

Środa, 20 marca 2019 (22:24)

Z Marianem Szołuchą, doktorem nauk ekonomicznych z Akademii Finansów i Biznesu Vistula, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Zdaniem zagranicznych ekspertów, światową gospodarkę czeka spowolnienie. Czy Polska jest również zagrożona?

– Polska gospodarka, tak jak każda inna, jest wprzęgnięta w globalny system i oczywiście zostanie dotknięta – w najbliższych latach, a być może już w najbliższych miesiącach – spowolnieniem i jest to coś zupełnie naturalnego. Każda gospodarka rynkowa, a my taką jesteśmy, żyje w rytm cykli koniunkturalnych, które z kolei składają się z następujących po sobie faz szybszego i wolniejszego wzrostu, ale to ciągle będzie wzrost. Nie ma na horyzoncie żadnych zagrożeń, które mogłyby skutkować recesją, czyli ujemnym tempem wzrostu gospodarczego, a więc regresem – sytuacją, w której gospodarka zamiast się rozwijać, przeciwnie – zwija się. Takich zagrożeń, czynników, takich ryzyk nie ma. Jednak nie wszystko, jak w każdej sferze życia, tak i w gospodarce, da się przewidzieć i także tu mogą nastąpić zdarzenia nieprzewidziane, jak np. eskalacja wojny handlowej czy w ogóle wojny ekonomicznej między Stanami Zjednoczonymi a Chinami albo konflikt otwarty już niekoniecznie na linii Waszyngton – Pekin, ale także na mniejszą skalę. To wystarczyłoby, żeby wstrząsnąć światową gospodarką.

Polska w dużym stopniu jest związana z gospodarką niemiecką. Czy to atut, czy zagrożenie?         

– Owszem, spośród wielu gospodarek – można powiedzieć niestety – jesteśmy chyba w największym stopniu związani z gospodarką niemiecką. To ma swoje plusy, bo gospodarka niemiecka jest silna i odporna na wiele szoków, wreszcie jest to gospodarka innowacyjna, zasobna w kapitał, ale jest też członkiem strefy euro, która zamiast być czynnikiem amortyzującym szoki i okresy spowolnienia w czasie poprzedniego kryzysu, okazała się katalizatorem złych zjawisk ekonomicznych, co doprowadziło do pogłębienia negatywnych zjawisk. Widać to było zwłaszcza w krajach południa Europy, zwłaszcza w sferze ich finansów publicznych, głównie w przypadku Grecji, które o mały włos nie spowodowały bankructwa tego państwa. I to jest pewne zagrożenie dla Polski, bo jeśli gospodarka unijna i gospodarka strefy euro spowolnią, to wówczas wrócimy do dyskusji, o czym jestem przekonany, o finansach publicznych i w ogóle do tematu wypłacalności niektórych krajów eurolandu. I znów zaczną się niepokoje z tym związane, ponieważ okresy dobrego wzrostu, czyli okresu kilku ostatnich lat, nie udało się wykorzystać na strukturalne naprawienie sytuacji w państwach, o których mówię. Grecja ma ciągle dług publiczny na poziomie ok. 70 proc. PKB, Włochy mają dług publiczny na poziomie ok. 130 proc. PKB, a Francja na poziomie ok. 100 proc. PKB. I to są wskaźniki, które dadzą o sobie znać w okresie spowolnienia, kiedy podatki do budżetów tych państw, do ich kas będą płynęły znacznie węższym niż obecnie strumieniem.

Jak na tym tle rysuje się Polska?

– Natomiast polska gospodarka – w porównaniu z poprzednim kryzysem – na szczęście jest już oparta – w znacznie większym stopniu – na czynnikach wewnętrznych. Po prostu stoimy na własnych nogach, coraz więcej mamy w Polsce kapitału, w coraz większym stopniu nasze zadłużenie jest zadłużeniem wewnętrznym, w naszej narodowej walucie, w coraz większym stopniu o naszym tempie wzrostu gospodarczego decyduje konsumpcja wewnętrzna, a nie tylko zewnętrzna, nie tylko eksport. I to wszystko sprawia, że jesteśmy coraz bardziej odporni na różne szoki i z wnętrza polskiej gospodarki na pewno żaden kryzys się nie pojawi, zresztą w ogóle kryzysu na skalę światową raczej nie przewidywałbym.

Czy zatem – tak jak twierdzą zwolennicy programu obecnego rządu – „Piątka Kaczyńskiego” może być rozwiązaniem na spowolnienie gospodarcze…?

– To jest stwierdzenie na wyrost, bo raczej „Piątka Kaczyńskiego” nie uodporni nas na wydarzenia w gospodarce światowej, ale niewątpliwie polskim gospodarstwom domowym – zwłaszcza tym uboższym, czyli mniej odpornym na szoki gospodarcze – pozwoli przetrzymać ten słabszy okres w lepszej kondycji. Jednorazowym w skali roku zastrzykiem pieniędzy – już w maju – zasilone zostaną portfele polskich emerytów i rencistów, więcej pieniędzy w kieszeniach pozostanie też wszystkim pracującym na etatach, dzięki temu, że zostanie podniesiony poziom kosztów uzyskania przychodów, które z kolei obniżają podstawę opodatkowania podatkiem PIT. Te koszty są dzisiaj żałośnie niskie i wynoszą 1335 złotych w skali roku, i nie były zmieniane od lat, a więc z pewnością jest to dobry pomysł. Zostanie likwidowany PIT dla młodych ludzi do 26. roku życia, którzy dopiero rozpoczynają swoją drogę zawodową i zwykle zarabiają – wtedy – stosunkowo niedużo, a potrzeby mają istotne, bo zwykle jest to czas zakładania rodziny, może też jeszcze czas studiów, poszukiwania własnego mieszkania, co wiąże się z kosztami. Dlatego z całą pewnością są to programy pozytywne, ale osobiście mam co do nich może nie zastrzeżenia, ile kilka pytań, np. związanych z koniecznością reaktywacji czy też wskrzeszenia Przedsiębiorstw Państwowej Komunikacji Samochodowej.

Co budzi Pana zastrzeżenia?

– Kierunku nie neguję, ale chciałbym zobaczyć analizy z podziałem na regiony – analizy, które – jak rozumiem – stały za sformułowaniem tego pomysłu, które zawierałyby obliczenia efektywności tego pomysłu czy w dużej mierze potrzeby – w danym miejscu – pobudzenia autobusowej komunikacji publicznej. Niemniej jednak są to wszystko pomysły, które albo zasilą portfele Polaków w środki z budżetu państwa – też koniec końców nasze środki, które wcześniej do tego budżetu wnieśliśmy, które w tej czy innej postaci państwo nam teraz w większej ilości odda. Państwo bowiem nie rozdaje pieniędzy, ale ewentualnie, jeśli już, nam je oddaje albo też państwo pozwoli nam zostawić w naszych kieszeniach więcej z tego, co zarobimy. Mam tu na myśli niższy PIT w ogóle, którego pierwszy próg ma zostać obniżony z 18 do 17 proc. i likwidację PIT dla osób do 26. roku życia plus koszty uzyskania przychodu, o których przed chwilą wspomniałem. To zadziała na takiej zasadzie jak decyzja śp. Zyty Gilowskiej – wówczas minister finansów, która obniżyła poziom składki zdrowotnej, co bez wątpienia było jednym z czynników, które pozwoliły Polsce przejść przez poprzedni kryzys, przez poprzednie spowolnienie względnie suchą nogą.

Czy takie programy prospołeczne obecnego rządu, a zwłaszcza program „Rodzina 500+”, są bezpieczne?

– Tak, te programy są bezpieczne. Polska nie jest ubogim krajem, Polska jest krajem co najmniej średnio zasobnym. I o ile nasza administracja, zwłaszcza celno-skarbowa, funkcjonuje skutecznie i do budżetu państwa ściąga wszystkie należności, które zgodnie z prawem powinny do niego trafić, to na wydatki takie jak „500+” spokojnie wystarczy. Zresztą widać, że mimo tego, iż w ostatnich latach w Polsce podatku nie podnoszono, to do budżetu płyną środki znacznie szerszym strumieniem niż przed 2016 rokiem. I chyba nikt się tego nie spodziewał – łącznie z największymi optymistami i twórcami ustaw budżetowych na kolejne lata: rok 2016, 2017 czy 2018, bo rzeczywistość przeszła najśmielsze oczekiwania. Natomiast pesymiści czy krytycy polityki budżetowej rządu tacy jak prof. Rzońca – główny ekspert ekonomiczny Platformy – prognozowali, że w 2018 roku przy sprzyjających warunkach makroekonomicznych deficyt państwa wyniesie 100 miliardów złotych, podczas gdy wyniósł niecałe 10,5 miliarda złotych. To stworzyło pewną przestrzeń do albo poluzowania polityki fiskalnej, albo zwiększenia wydatków na oczekiwane przez większość Polaków cele, takie jak program „Rodzina 500+”. I na to nas z całą pewnością stać.

Jednak chyba warto mieć na uwadze, że spowolnienie gospodarcze nadchodzi?

– Owszem, należy pamiętać, że to spowolnienie nadchodzi, i to wielkimi krokami, nie wiadomo też, jak ono będzie głębokie. Szacuje się, że w przypadku Polski nie sięgnie więcej niż minus 1 punkt procentowy, czyli powinniśmy się zatrzymać gdzieś w okolicy 3,5-procentowego wzrostu gospodarczego, co i tak ciągle będzie wzrostem przyzwoitym, ale jednak słabszym niż obecnie. Nie zmienia to faktu, że nad każdą wydawaną publiczną złotówką trzeba się dobrze zastanowić. Programy prospołeczne rządu premiera Mateusza Morawieckiego popieram z różnych względów. Na przykład „500+” uważam za program bardziej inwestycyjny niż socjalny, z kolei „Emeryturę+” uważam za program socjalny sensu stricto, niemniej w sytuacji, kiedy budżet nieco odetchnął, kiedy jest bardziej zasobny w środki, to warto rozważyć, czy emerytów nie wspomóc finansowo, ponieważ koszty życia w Polsce rosną, a jednak emeryci średnio otrzymują w ramach comiesięcznego świadczenia średnio niecałe 2 tysiące złotych, a dominanta, czyli najczęściej wypłacana w Polsce emerytura, oscyluje w granicach zaledwie 1 tysiąca złotych. Wspomniane programy są godne poparcia i stać nas ciągle na ich realizację, choć trzeba też dodać, że w najbliższych latach podobnych zastrzyków pieniędzy do kieszeni obywateli spodziewać się nie możemy, bo nadchodzą nieco chudsze dla nas okresy.

Na początku marca Europejski Bank Centralny opublikował prognozę makro dla strefy euro na bieżący rok, obniżając prognozy wzrostu PKB strefy euro o 0,1 punkt procentowy. Chyba dobrze, że Polska jest poza strefą euro?

– Z całą pewnością dobrze, że nie jesteśmy w strefie euro. Strefa euro, po pierwsze, nie sprzyja wzrostowi gospodarczemu całego tego obszaru, a tylko niektórym państwom (patrz Niemcy), a po drugie, pogłębia podział na biedniejsze i bogatsze kraje wewnątrz tego obszaru. Polska, gdyby była członkiem strefy euro, to byłaby jednym z biedniejszych krajów członkowskich. Niekorzystne dla nas są także wyższa inflacja, brak wpłat zysku z banku centralnego do budżetu państwa, brak poduszki kursowej, czyli mechanizmu płynnego kursu walutowego w stosunku do obcych walut, który często amortyzuje spowolnienia, szoki płynące z zewnątrz do danej gospodarki krajowej. Te i wiele innych strat z tytułu członkostwa w strefie euro Polska musiałaby ponosić. Lepiej rozwijać się, będąc krajem stosunkowo dużym jak na warunki europejskie, i na naszym etapie rozwoju lepiej stawiać na wewnętrzne czynniki wzrostu i na większą niezależność, którą utrzymujemy dzięki temu, że polski złoty jest ciągle w obiegu.

Dziękuję za rozmowę.            

        

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl