logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Euro z polskiej perspektywy

Piątek, 19 kwietnia 2019 (00:05)

Z Marianem Szołuchą, doktorem nauk ekonomicznych z Akademii Finansów i Biznesu Vistula, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Stwierdzenie prezesa Jarosława Kaczyńskiego, że Polska w najbliższym czasie nie wprowadzi waluty euro, wywołało lawinę krytyki ze strony opozycji. Czy musimy przyjąć euro?

– Teoretycznie zobowiązaliśmy się do tego w traktacie akcesyjnym, ale z drugiej strony, w polskiej Konstytucji zapisane jest expressis verbis, że jedynym emitentem pieniądza obowiązującego na terytorium Rzeczypospolitej jest Narodowy Bank Polski. I to jest pewna wewnętrzna sprzeczność aktów normatywnych bardzo wysokiej rangi, które nas obowiązują. Jednak spór ten pozostawiłbym prawnikom, ponieważ to nasze zobowiązanie do przystąpienia do strefy euro przez Polskę pozostaje w sferze teorii, bo wszyscy wiedzą, że ten termin można odwlekać ad Kalendas Graecas. Ponieważ nie ma żadnej konkretnej daty, nie ma też żadnego parametru, dzięki któremu moglibyśmy taki termin poznać.

Polska w strefie euro – to dobry pomysł?   

– Przystąpienie do strefy euro w dającej się przewidzieć przyszłości to pomysł jednoznacznie zły dla naszej gospodarki. Od strony teorii makroekonomicznej strefa euro nie spełnia kryteriów optymalnego obszaru walutowego. Chodzi o opracowane w latach 60. XX wieku przez Roberta Mundella – ekonomistę, noblistę kryteria, jakie pozwalają na wprowadzenie na danym obszarze  jednego pieniądza bez uszczerbku na efektywności gospodarowania. Te kryteria znalazły się, owszem, w Traktacie z Maastricht, ale w bardzo okrojonej wersji, znane jako kryteria konwergencji, natomiast nawet te kryteria były łamane w przeszłości w przypadku wielu krajów, dziś członkowskich strefy euro, nawet przy ich przyjmowaniu, jak to było w przypadku Grecji czy Włoch.

Komu sprzyja strefa euro?

– Od strony praktyki ekonomicznej – po 20 latach funkcjonowania strefy euro możemy stwierdzić, że euroland sprzyja nie realnej konwergencji, czyli postępującej zbieżności poziomów rozwoju gospodarek i życia społeczeństw poszczególnych państw, ale sprzyja dywergencji, czyli procesowi dokładnie odwrotnemu. Sprzyja zatem utrwalaniu się podziałów pomiędzy bogatszą i biedniejszą częścią Unii Europejskiej. Polska ciągle należy do krajów uboższych w Unii Europejskiej i byłaby też jednym z najuboższych członków strefy euro. Wstępując do strefy euro, Polska pozbawiłaby się możliwości nadrobienia dystansu, jaki dzieli nas od gospodarki niemieckiej czy francuskiej. To można wywnioskować z 20-letniej praktyki danych statystycznych publikowanych także przez Europejski Urząd Statystyczny Eurostat. I to jest rzecz fundamentalna, mianowicie jeśli chcemy równać do najlepiej rozwiniętych, to w dającej się przewidzieć przyszłości powinniśmy pozostać przy własnej walucie. Wszystkie inne minusy przyjęcia przez Polskę euro, przy tym, o którym wspomniałem, są „drobiazgami”.

Co oznaczałoby przyjęcie euro dla konsumenta nad Wisłą?

– Przede wszystkim wiązałoby się to ze wzrostem cen, co nieuchronnie jest połączone z przyjęciem euro. Wystarczy pojechać na Słowację, która przyjęła euro w 2009 roku, czy Litwę, która wstąpiła do strefy euro kilka lat później, żeby stwierdzić, że dzisiaj to nie Polacy jeżdżą do tych krajów do przygranicznych sklepów na tańsze zakupy jak to było dawnej, ale to Słowacy czy Litwini robią zakupy u nas.

Czym zatem groziłoby pozbawienie się własnej, odrębnej waluty i przyjęcie euro przez Polskę?

– Pozbywając się narodowej waluty, rezygnujemy z możliwości prowadzenia własnej polityki pieniężnej dostosowanej do naszych aspiracji, do naszych problemów, możliwości, także zaszłości historycznych, generalnie do naszej krajowej specyfiki, a polityka pieniężna to drugi, obok polityki fiskalnej, fundament każdej polityki gospodarczej. Polityka pieniężna wpływa na inflację, wpływa na ceny akcji na Giełdzie Papierów Wartościowych, również na aktywność zawodową danego społeczeństwa i na bardzo wiele czynników istotnych dla gospodarki. Wyzbywanie się takich instrumentów, powierzanie ich Europejskiemu Bankowi Centralnemu, który nie jest w stanie jednakowo dobrze dopasować stosowanych przez siebie instrumentów do potrzeb wszystkich państwa eurolandu, jest po prostu błędem. Wchodząc dzisiaj do eurolandu, wyzbylibyśmy się płynnego kursu naszej narodowej waluty w stosunku do euro, a ten płynny kurs jest mechanizmem amortyzującym wstrząsy płynące do polskiej gospodarki z zewnątrz. To m.in. dzięki temu płynnemu kursowi euro do złotego udało nam się – względnie suchą nogą – przejść przez ostatni wielki kryzys gospodarczy, w odróżnieniu od znacznej części państw unijnych, a zwłaszcza państw eurolandu. Tych argumentów przeciwko wstępowaniu Polski do strefy euro jest oczywiście więcej.

Ale są też argumenty za…    

– Owszem, argumentem za jest choćby likwidacja kosztów transakcyjnych przy wymianie handlowej z zagranicą, to jest także szerszy dostęp do kapitału, bo strefa euro to rzeczywiście wielki obszar składający się z bogatych państw. Argumentem za euro są także niższe stopy procentowe, tyle tylko, że do tych niższych stóp procentowych i tak dojdziemy w drodze organicznego wzrostu, pozostając przy własnej walucie. Wspominając, że strefa euro składa się z krajów bogatych, trzeba zaznaczyć, że wszystkie – bez wyjątku – budowały swoją zamożność, zanim wstąpiły do strefy euro, zanim ktokolwiek o strefie euro pomyślał. Dzisiaj euro staje się instrumentem, staje się czymś, przez co Europa raczej traci en masse jako kontynent. Zachodnia Europa jako kontynent raczej traci na znaczeniu w stosunkach międzynarodowych gospodarczych – w pierwszej kolejności, a w ślad za nimi także w stosunkach politycznych. I to jest coś, co powinno nas martwić. Zresztą jest to pewien paradoks, że eurofederaliści, chcąc wzmocnić Unię Europejską – wierzę, że taki jest ich cel, że stoją na stanowisku, że tylko duży podmiot, Europa jako całość, także w rozgrywce politycznej na skalę globalną może się liczyć – posługują się narzędziami takimi jak euro, które osłabiają Europę, a nie ją scalają czy wzmacniają.            

Jeden z niemieckich think tanków wyliczył, że to niemiecka gospodarka najbardziej zyskuje na euro. Chyba nie ma w tym przesady?

– Przesady nie ma, może poza tym, że takie dane podaje niemiecki think tank Centrum Polityki Europejskiej z Freiburga. Notabene są tam wyliczenia, że strefa euro od strony ekonomicznej była błędnym pomysłem, na którym jednak najwięcej zyskała gospodarka niemiecka. Natomiast dla całej strefy euro, dla państw, które są jej członkami, wspólna waluta jak dotąd się nie opłaciła, bo opłacić się nie mogła. Jest to bowiem obszar wewnętrznie zbyt zróżnicowany, żeby można było na nim prowadzić jedną politykę pieniężną, która przynajmniej nie szkodziłaby gospodarce eurolandu.

Skoro ekonomiści są ostrożni co do naszego wstępowania do eurolandu, to dlaczego ta argumentacja nie dociera do wszystkich stron sporu politycznego w Polsce?

– Nie do końca jestem w stanie taką postawę zrozumieć. Mogę tylko hipotetycznie przyjąć, że istnieją dwie możliwości: jedna to brak zrozumienia dla tego wszystkiego, o czym wcześniej powiedziałem, brak znajomości reguł, jakimi rządzi się gospodarka, polityka pieniężna, rynek, a także brak rozumienia stosunków międzynarodowych. Natomiast druga hipoteza mówi, że politycy prący do wprowadzenia Polski do eurolandu wsłuchują się w głos niektórych kręgów politycznych zachodniej Europy na czele z berlińskimi. W interesie Niemiec byłoby wciągnięcie Polski do strefy euro. Oczywiście cieszę się, że na wielu kontaktach gospodarczych, handlowych z Niemcami Polska zyskuje, ale my z roli podwykonawcy niemieckiej gospodarki, rezerwuaru tańszego zasobu siły roboczej, zaplecza magazynowo-warsztatowo-montażowego chcemy się wreszcie wyzwolić. Mam taką nadzieję, że tego chcemy, że jest to tylko pewien etap w naszym rozwoju gospodarczym, że przejdziemy kiedyś do roli równorzędnego wobec Niemiec, także na polu ekonomicznym, partnera. Mam nadzieję, że będziemy pokojowo, wręcz w przyjaźni, ale na zdrowych, konkurencyjnych zasadach rywalizować z Niemcami  jak równy z równym, a nie używając języka geopolitycznego jak senior partner z junior partnerem. Natomiast euro byłoby narzędziem, które tę naszą rolę podwykonawcy w łańcuchu międzynarodowych powiązań, a zwłaszcza w roli służebnej wobec gospodarki niemieckiej, tylko by utwierdziło. I tego za wszelką cenę należy się wystrzegać. Polska jest dużym krajem, w ubiegłym roku staliśmy się 22. gospodarką świata i siódmą gospodarką Unii Europejskiej, przeganiając na unijnej scenie np. Szwecję, a na świecie m.in. Argentynę. To wszystko są znakomite wskaźniki, które byłyby nie do osiągnięcia, gdybyśmy kilka lat temu – jak chcieli tego politycy Platformy – przyjęli walutę euro. Za noblistą w dziedzinie ekonomii Miltonem Friedmanem można powiedzieć, że z euro jest jak z socjalizmem – to piękna idea, która nie sprawdza się w praktyce.

Kiedy będziemy gotowi przyjąć euro?

– To będzie temat do dyskusji w momencie, gdy polska gospodarka – jak powiedział prezes Jarosław Kaczyński w sobotę w Lublinie – uzyska poziom rozwoju porównywalny do gospodarki niemieckiej, czyli wiodącej gospodarki Unii Europejskiej. Niemcom euro faktycznie służy, niemniej wtedy trzeba będzie przenieść dyskusję z poziomu czysto ekonomicznego na poziom aksjologiczny, na poziom dysputy o wartościach, o tym, co jest dla nas fundamentalnie ważne w naszej państwowości, tożsamości, i odpowiedzieć sobie na pytanie, w jakim jesteśmy miejscu, jakie mamy perspektywy. Przy czym różne kraje swoje perspektywy w odniesieniu do strefy euro widzą inaczej. Na przyklad nie dziwię się krajom nadbałtyckim, takim jak Łotwa czy Estonia, że mimo strat ekonomicznych zdecydowały się przystąpić do strefy euro. To są państwa znacznie mniejsze od Polski, którym w warunkach zglobalizowanej światowej gospodarki coraz trudniej jest funkcjonować, ale przede wszystkim są to kraje o trudniejszym geopolitycznie położeniu niż Polska. To są były republiki ZSRS, które 1991 roku odepchnęły Rosję od szerokiego dostępu do Morza Bałtyckiego, to są kraje skazane na to, by łączyć się z każdą formą integracji polityczno-ekonomicznej w świecie zachodnim, byleby tylko wzmocnić swoje bezpieczeństwo wobec trudnych relacji z Moskwą.

Polska jest w innym miejscu?   

– Polska jest większym krajem, geopolitycznie jednak lepiej położonym od Litwy czy Łotwy, ponadto mamy inne możliwości i inne aspiracje niż kraje nadbałtyckie. Dlatego analizę związaną z członkostwem w strefie euro powinniśmy prowadzić z naszej polskiej, a nie z żadnej uniwersalnej perspektywy.

Dziękuję za rozmowę. 

       

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl