logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Rząd rozkręca spiralę inflacyjną

Poniedziałek, 5 października 2026 (16:29)

Rozmowa z dr. Zbigniewem Kuźmiukiem (Prawo i Sprawiedliwość) z sejmowej Komisji Finansów Publicznych.

Jak Pan ocenia priorytety przyjętego przez rząd projektu ustawy budżetowej na przyszły rok? Dodajmy, że budżet planowany jest z historycznie rekordowym deficytem.

– Projekt przyszłorocznej ustawy budżetowej jest doskonałym podsumowaniem rządów Donalda Tuska. To czwarty budżet tego rządu, w którym na pokrycie aż jednej trzeciej zaplanowanych wydatków trzeba pożyczyć pieniądze. Rządzący mówią o priorytetach: obronie narodowej, ochronie zdrowia, inwestycjach w energetyce, ale nie znajduje to pokrycia w faktach. Rzeczywiście na zbrojenia wydajemy dużo, ale nie od tego czy następnego roku, tylko już od 2022 roku. Na obronę narodową kwotowo jest więcej, ale w relacji do PKB, licząc łącznie z Funduszem Wsparcia Sił Zbrojnych i pożyczką SAFE, będzie to w przyszłym roku 4,5 proc. PKB, przy czym w tym roku ma być 5 proc. Jaki to jest priorytet skoro wydatki w stosunku do PKB spadają?

Podobnie ze zdrowiem. Mamy dokładkę pieniędzy z budżetu w wysokości około 20 mld zł do składki zebranej przez NFZ – tyle że to jest wymóg ustawowy. Przypominam, że w 2021 roku przyjęta została ustawa, która w kolejnych latach miała zwiększać wydatki na ochronę zdrowia w relacji do PKB – w 2027 r. do 7 proc. Rządzący bez zmiany ustawy o finansowaniu ochrony zdrowia nie byli w stanie nic zrobić, tylko musieli do tych 7 proc. PKB dołożyć. Natomiast wydatki na inwestycje energetyczne rosną jedynie o około 1,5 mld zł. Ogłoszone priorytety są fikcyjne. Wprawdzie wydatki na obronę i na zdrowie wzrastają kwotowo, ale nie ma uzasadnienia, żeby to one spowodowały rekordowy deficyt w wysokości 282 mld zł. 

Rośnie nie tylko deficyt budżetowy, ale również koszty obsługi zwiększającego się długu. Jaki to będzie miało wpływ na finanse publiczne?

– Pole manewru, jeśli chodzi o wydatki, coraz bardziej się ogranicza. W tym roku mamy wydać na koszty obsługi długu, czyli same odsetki, 90 mld zł, a w przyszłym już 107 mld zł – a mówimy tylko o obsłudze długu Skarbu Państwa, czyli węższej kategorii długu. Przyrost obsługi długu jest rzeczywiście gwałtowny. Wynika przede wszystkim z przyrostu wielkości długu w liczbach bezwzględnych – przez 4 lata tych rządów dług przyrośnie o 1,5 bln zł. Przypomnę, że w latach 1989-2023 wszystkie rządy łącznie zadłużyły nas na około 1,7 bln zł, a ta ekipa tylko przez 4 lata zadłuży Polskę o kolejne 1,5 bln zł. To wzrost zadłużenia zwalający z nóg. 

Z powodu zwiększającego się długu możemy w przyszłym roku przekroczyć próg ostrożnościowy zadłużenia na poziomie 55 proc. PKB. Jakie mogą być tego realne konsekwencje dla funkcjonowania państwa i obywateli?

– Z jednej strony mówimy o przyroście długu liczonego według kategorii unijnych mierzących cały dług, z drugiej zaś mamy kategorię państwowego długu publicznego, który opisany jest w Konstytucji. Z przekroczenia progu zadłużenia 55 proc. PKB wynikają bardzo radykalne obostrzenia. W takim przypadku kolejny rząd musiałby uchwalić budżet zrównoważony albo w optymistycznej wersji – z niedużym deficytem. To pociąga za sobą np. brak waloryzacji płac w sferze budżetowej, ograniczenie waloryzacji emerytur tylko do wskaźnika inflacji czy ograniczenie wydatków inwestycyjnych. Cięcia może nie o charakterze „greckim”, ale bardzo podobne. Sytuacja jest bardzo poważna. Zresztą Rada Fiskalna, która została powołana przez obecną koalicję, a której szefa wskazał minister finansów, zwraca uwagę, że budżet, który na stole położyli rządzący, jest taki, „jakby jutra miało nie być”. Prawdopodobnie ten próg w wysokości 55 proc. przekroczymy w następnym roku, jednakże oficjalnie będziemy o tym wiedzieli dopiero w maju 2028 roku, kiedy Główny Urząd Statystyczny poda wartość PKB za 2027 rok. Obostrzenia dotyczyłyby więc budżetu na 2029 rok.

W projekcie budżetu dochody są realne do uzyskania?

– W projekcie przyszłorocznego budżetu zaplanowano dochody na poziomie 695 mld zł, natomiast na podstawie realizacji przez ten rząd już trzech poprzednich budżetów widzimy, że zakładane dochody nie są realizowane – i to w zatrważającej wysokości. W 2024 roku zabrakło 56 mld zł samych dochodów podatkowych, a w tym ponad 30 mld zł z podstawowego podatku, czyli VAT. W zeszłym roku były to 42 mld zł dochodów podatkowych i 28 mld zł z VAT. W tym roku natomiast, na koniec sierpnia moim zdaniem brakuje już około 40 mld zł. Mimo korzystnych z tego punktu widzenia warunków – wzrostu gospodarczego czy podwyższonej inflacji na poziomie 3-4 proc., – mamy do czynienia z regularnym niewykonywaniem dochodów budżetowych na gigantyczną skalę. Ministerstwo Finansów oczywiście może się mylić w prognozach w górę czy w dół, ale to mogą być pomyłki na poziomie kilku miliardów złotych, ale nie kilkudziesięciu. Zresztą za naszych rządów wpływy zawsze były wyższe od zaplanowanych. Aż tak duże rozbieżności między prognozą a realizacją mogłyby wystąpić w przypadku jakiejś katastrofy, ale żadnej tłumaczącej to katastrofy w 2024, 2025 ani w 2026 roku nie było. 

Co więc jest tego przyczyną?

– W mojej ocenie mamy do czynienia z politycznym przyzwoleniem na niepłacenie podatków. Niepłaceniem nie przez wszystkich, lecz przez wybranych podatników mających jakiegoś rodzaju związki z ekipą rządzącą. W inny sposób nie da się tego wytłumaczyć. Oczywiście prezentowane są różne wskaźniki, o tym, że spada luka w podatku VAT i tym podobne. To jednak tylko manipulacje danymi. Brak realizacji wpływów potwierdza natomiast rozszczelnienie systemu podatkowego. Dość powiedzieć, że na ten rok zaplanowano dochody z VAT na poziomie 341,5 mld zł, a na rok poprzedni 350 mld zł. Mamy więc sytuację, w której przy prognozowanej przez ministra finansów inflacji w wysokości 3 proc. i wzroście gospodarczym o 3,9 proc. zaplanowano dochody z VAT niższe niż w roku poprzednim. Co to ma znaczyć? Nikt na te wątpliwości nie jest w stanie rzetelnie odpowiedzieć. Mamy przepaść między dochodami planowanymi a realizowanymi. 

Najnowsze dane GUS o inflacji potwierdzają skokowy wzrost cen z 3,4 proc. w sierpniu do 4 proc. we wrześniu. Czy ceny nadal będą rosły?

– Nie jest to zaskoczeniem w sytuacji braku reakcji rządu na gwałtowny wzrost cen paliw. Rząd rozkręca spiralę inflacyjną, która z punktu widzenia bieżących dochodów do budżetu może wydawać się dla ministra finansów korzystna, bo każdy procent inflacji ponad zaplanowaną daje do budżetu kilka miliardów dodatkowych dochodów. Jednakże nawet to nie pomaga zbytnio w realizacji budżetu, skoro wpływy mają być niższe od zakładanych. Sądzę, że jesteśmy na ścieżce spirali inflacyjnej. Możemy oczekiwać, że nastąpi teraz przełożenie się rosnących cen paliw na ceny towarów i usług. 

Dziękuję za rozmowę.

Artur Kowalski

NaszDziennik.pl