logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Rządy geniuszy od „ekonomii antynarodowej”

Poniedziałek, 16 marca 2015 (08:48)

Aktualizacja: Poniedziałek, 16 marca 2015 (09:34)

Z dr. Krzysztofem Kaszubą, ekonomistą, rektorem Wyższej Szkoły Zarządzania w Rzeszowie, rozmawia Mariusz Kamieniecki

W piątek w Rzeszowie prezydent przekonywał, że podnoszenie poziomu wydatków na siły zbrojne daje dobre efekty, i apelował do konkurentów, aby powstrzymali się od krytyki zwiększania wydatków na siły zbrojne. Krótką pamięć ma prezydent, przecież czy to nie na skutek działań rządu PO (ministra Rostowskiego) i przy poparciu prezydenta w 2013 r. w ramach cięć ograniczono budżet MON o blisko 3 mld zł?

– Jak do tej pory widać wyraźnie, że wydatki na siły zbrojne przynoszą największe profity głównie amerykańskim, izraelskim i niemieckim firmom i koncernom. W dodatku wielu specjalistów podkreśla, że polskie władze wydają miliardy złotych na sprzęt, który za kilka lat będzie trafiał na złom. Przerażenie i gniew wywołują miliardy złotych stracone na samolot Iryda, korwetę Gawron, czołg Goryl, armatohaubicę Krab. Czy polskie firmy naprawdę nie potrafią wyprodukować przyzwoitego samolotu wojskowego, czołgu czy podwozia?  Skandaliczna umowa podpisana 17 grudnia 2014 r. przez HSW z koreańskim Samsung Techwin o dostawie 120 podwozi do kraba za kwotę ok. 320 mln dolarów dowodzi, że rzeszowskie stwierdzenia prezydenta o „dobrych efektach” i apel o zaprzestanie „krytyki zwiększania wydatków na zbrojenia” mijają się z elementarnym interesem narodowym Polski. Znany, nie tylko w Japonii, miłośnik seitaishōgun, czyli „głównodowodzący wojskami przeznaczonymi do podboju barbarzyńców”, mijał się z prawdą w piątkowe południe w Rzeszowie  także co do „rosnącego poziomu wydatków na zbrojenia”. O ile, według GUS, realny udział wydatków obronnych w PKB w latach 2005-2007 wynosił odpowiednio: 1,99, 2,00, 2,04 proc., to w latach 2012 i 2013 wyniósł 1,76 proc. Sprawą kluczową dla Polski i Polaków są nie tylko globalne wartości środków przeznaczanych na polskie siły zbrojne. Najważniejsze jest ich racjonalne przeznaczenie, głównie na rozbudowę i wykorzystanie polskiego potencjału produkcyjno-innowacyjnego polskich firm i ośrodków badawczych.  

Pozostańmy jeszcze w Rzeszowie. Podpisując na Uniwersytecie Rzeszowskim projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw związanych ze wspieraniem innowacyjności, prezydent stwierdził, że ustawa ta może zagwarantować polskiej gospodarce skuteczne konkurowanie z innymi państwami na rynku światowym. Czy trochę nie za późno…? 

– Według Bloomberga, Polska zajmuje 25. pozycję wśród najbardziej innowacyjnych krajów świata. To m.in. efekt opóźnień związanych z tworzeniem przyjaznego prawa dla przedsiębiorców, w tym braku wspierających aktywność w zakresie szeroko rozumianej innowacyjności. Pamiętajmy o tym, że same ustawy to tylko drobny element w systemie. Firma Grant Thornton podała, że w 2014 r. w Polsce weszły w życie łącznie 25 634 strony nowego prawa. W Czechach podobno tylko 4 tysiące. W produkcji zbędnych, sprzecznych z innymi ustaw jesteśmy mistrzami świata. Jakim cudem przedsiębiorcy mają się zapoznać z tymi ustawami i po co? Jakość i maksymalna zwięzłość ustaw to początek sukcesu w działalności gospodarczej i kreowaniu innowacyjności. Kluczową sprawą jest to, co tak znakomicie przemilcza prezydent Komorowski i inni pozbawieni patriotyzmu gospodarczego specjaliści z platformy paserów, szmalcowników i grabieży majątku narodowego. Bez silnych polskich przedsiębiorstw, produkujących skomplikowane produkty finalne, nie jest możliwe, jak mówi prezydent Komorowski, „skuteczne konkurowanie z innymi państwami na rynku światowym”. 

Jak w kontekście wspierania innowacyjności przez prezydenta odczytać fakt, że polscy wynalazcy, nie mogąc się przebić w kraju, sprzedają patenty swoich wynalazków za granicą?

– Powodów jest wiele. Polska nie wykorzystuje swoich możliwości patentowych. Stosunkowo rzadko zgłaszamy swoje wynalazki poza granicami kraju – rzadko w Europie, a jeszcze rzadziej, ze względu na wysokie koszty, na cały świat. To sprawia, że tak naprawdę nie chronimy swoich rozwiązań poza Polską. W Polsce długo, czasem kilka lat, czeka się na ochronę wynalazku. U nas patenty są głównie zgłaszane przez uczelnie, które niestety nie mają środków na związane z tym procedury. Patenty są dla uczelni źródłem dotacji i grantów, ale niestety ich komercjalizacja to jak do tej pory zjawisko nieznane. W świecie komercjalizacji służy współpraca z biznesem, dużym i małym. W Polsce duży biznes produkuje głównie detale i podzespoły i jest najczęściej własnością kapitału zagranicznego. Mały biznes ma z kolei m.in. ograniczone zasoby finansowe i trudną ścieżkę pozyskania środków finansowych na rozwój, głównie w bankach będących własnością kapitału zagranicznego. W efekcie w ilości uzyskiwanych patentów na milion mieszkańców mamy wskaźniki kilkadziesiąt razy gorsze od Szwajcarii czy Luksemburga.

Jednym z priorytetów po reelekcji prezydenta Komorowskiego ma być poprawa  konkurencyjności gospodarki. Jak w kontekście tych deklaracji, biorąc pod uwagę np. warunki prowadzenia działalności gospodarczej, wyglądało ostatnie pięć lat polskich przedsiębiorców?

– To temat na wielogodzinny wykład. Jeśli popatrzymy na rankingi Banku Światowego „Doing business”, np. za rok 2015, to teoretycznie widać poprawę. Polska znalazła się na 32. pozycji wśród 189 ocenianych krajów i wśród 21 krajów, które dokonały postępów w minimum trzech analizowanych obszarach. Eksperci Banku Światowego do wyróżniających się zmian w Polsce zaliczyli: obniżkę kosztów podłączania do sieci elektroenergetycznych, uznawalność elektronicznych wypisów z ksiąg wieczystych oraz zwiększenie przepustowości portu w Gdańsku. Ta ostatnia to chyba najbardziej intrygująca zmiana. Przepustowość wzrosła, ale polskie stocznie praktycznie zniknęły. Gdyby tylko połowa z nich dalej oferowała swoje produkty, to przecież tysiące miejsc pracy oferowałyby małe, średnie i duże polskie firmy, przy okazji pozyskując pieniądze na działalność innowacyjną. Były plusy, ale np. tysiące przedsiębiorców protestowało przeciwko arbitralnej zmianie interpretacji tzw. umów o dzieło. Interpretacja przepisów, rosnące kary i obciążenia z tego tytułu to jedna z większych zmór polskiego przedsiębiorcy. Wysokie koszty m.in. energii i gazu, rosnące podatki od nieruchomości, wysokie koszty pracy dla mikro i małych firm nie sprzyjają poprawie konkurencyjności. Horrory w funkcjonowaniu instytucji tzw. wymiaru sprawiedliwości, nieuczciwi, nienaruszalni sędziowie, przestępcze praktyki wielu komorników trudno zaliczyć do czynników poprawiających konkurencyjność polskich przedsiębiorców.

Profesor Kieżun w swojej książce pt. „Patologia transformacji” wskazuje, że stan polskiej gospodarki w dużej mierze jest efektem planu Balcerowicza, tak zachwalanego również przez prezydenta Komorowskiego. Czy i na ile uprawniona jest teza, że za prezydentury Bronisława Komorowskiego znaleźliśmy się na gospodarczych peryferiach Europy?

– Profesor Kieżun, rzecznik polskiego patriotyzmu gospodarczego, stwierdził po prostu oczywisty fakt. Tak zwany plan Balcerowicza w części dotyczącej jednorazowych działań, jak: urealnienie stopy procentowej, ceny kredytu, wprowadzenie (korzystnego dla zagranicznych inwestorów) sztywnego kursu walutowego i złotego przywiązanego do dolara, był prosty. Zabrakło, na szkodę Polski i Polaków, a ku radości i zadowoleniu zagranicznych koncernów i inwestorów, myślenia kategoriami polskiego interesu narodowego, polskiego patriotyzmu, nie tylko gospodarczego, ale także tego najważniejszego – polskiej wspólnoty narodowej, o którą walczyli kiedyś powstańcy oraz ofiary stalinowskiego i niemieckiego ludobójstwa.

Mógłby Pan wymienić kilka przykładów tych antynarodowych działań?

– Można je mnożyć. Pierwszym przykładem tych antynarodowych i antypolskich działań jest to, że zamiast racjonalnego protekcjonizmu i ochrony wybranych gałęzi przemysłu mamy pełne otwarcie granic dla towarów z Niemiec i innych krajów. Drugim jest mordowanie polskich przedsiębiorstw, które u schyłku lat 80. zrealizowały inwestycje i były w fazie spłaty kredytu. Możemy do tego dodać także mordowanie polskich przedsiębiorstw państwowych uzyskujących dobre wyniki poprzez obłożenie ich tzw. popiwkiem, podatkiem od ponadnormatywnych wynagrodzeń. Ten przypadek to chyba raczej powód do wielkiego wstydu dla profesora twierdzącego, że jest rzecznikiem wolnego rynku. Zabranianie wypłaty Polakom większych wynagrodzeń za to, że wypracowali zysk? Bank Pekao SA, PZU SA, sprzedane za czasów wicepremiera Balcerowicza za 10 proc. wartości, albo inaczej za roczny zysk netto. W tym samym czasie miliony studentów ekonomii na całym świecie, także w Stanach Zjednoczonych, Holandii i Włoszech, uczyło się, że dobry biznes, z rosnącymi zyskami, stabilną bazą klientów sprzedaje się za 10 do 15 rocznych zysków netto. No, ale przecież jeden z akuszerów tych antynarodowych i antypolskich prywatyzacji jako szef banku zarobił prawie 10 milionów euro za niecałe 10 lat niby-prezesowania utworzonemu 17 marca 1929 r. Bankowi Polska Kasa Opieki Spółka Akcyjna. Nic dziwnego, że ten to właśnie akuszer przez ostatnich kilkanaście lat był szefem zespołu „doradców gospodarczych” premiera, a dzisiaj prezydenta Europy, w sposób perfekcyjny przyczyniając się do wzrostu zadłużenia Polski i rosnącej skali niewolniczego podporządkowania się strukturom międzynarodowym. Listę największych „sukcesów” tych geniuszy „ekonomii antynarodowej” uzupełnia sprawnie przeprowadzona akcja z opcjami walutowymi w 2008 r. i frankowa gilotyna dla prawie 2 milionów Polaków. W sensie stanu posiadania przez Polaków majątku narodowego tj. banków i dużych przedsiębiorstw; w sensie ilości miejsc pracy dla Polaków, wysokości kwoty wolnej od podatku, wysokości przeciętnej (bez beneficjentów specjalnych) emerytury, długu publicznego (liczonego tak ładnie przez prof. Balcerowicza), sprawnego wojska znaleźliśmy się na peryferiach Europy.  

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl