logo
logo

Zdjęcie: / Reuters

Trudno wygrać z naturą

Sobota, 22 grudnia 2018 (20:34)

Z Kazimierzem Grajcarkiem, przewodniczącym Sekretariatu Górnictwa i Energetyki NSZZ „Solidarność”, byłym ratownikiem górniczym, rozmawia Mariusz Kamieniecki

W katastrofie górniczej w czeskiej kopalni „Stonava” zginęło 13 górników, w tym 12 Polaków, są też ranni. Prezydent ogłosił niedzielę dniem żałoby narodowej. 

– To niebywały wypadek, ogromna tragedia, która dotknęła górników i ich rodziny. Jeszcze nigdy w historii nie było wypadku, gdzie polscy górnicy giną w kopalni w obcym kraju, w zbiorowym wypadku. Wielka tragedia, dlatego korzystając z okazji, chciałbym za pośrednictwem „Naszego Dziennika” złożyć wyrazy współczucia rodzinom zmarłych górników oraz życzenia powrotu do zdrowia dla tych, którzy są ranni.

Czy na obecnym etapie możemy mówić o przyczynie czy przyczynach? Słyszymy, że powodem tragedii był wybuch metanu…  

– Przyczyny tego, co wydarzyło się w karwińskiej kopalni, oczywiście zbada specjalna komisja. Trzeba będzie zatem zejść pod ziemię, dokonać oględzin miejsca, ale zanim to nastąpi, konieczne będzie opanowanie pożaru i obniżenie temperatury panującej na dole, aby ludzie mogli tam zejść i sprawdzić, jaka była przyczyna, co na chwilę obecną uniemożliwia jakiekolwiek działania służbom ratowniczym. Natomiast chciałbym jeszcze powiedzieć, że wiem od pracowników kopalni „Stonava”, że w Czechach nie mogli się zrzeszać w organizacje związkowe, nie mogli zakładać związków zawodowych, oni mówili, że sytuacja, jeśli chodzi o bezpieczeństwo, w ogóle o zabezpieczenie tego typu wyrobisk, jest tam bardzo zła. Wyrobiska, zwłaszcza w kopalniach metanowych, są wyposażone w czujniki, które w momencie, kiedy pojawi się metan, się wyłączają. Jak słyszymy, nie za bardzo to wszystko funkcjonowało. Górnicy o tym mówili, zgłaszali też właścicielom i nadzorowi kopalni, ale bez efektów. Teraz właścicielem posiadającym większość udziałów w kopalni „Stonava” jest państwowa spółka Ostrawsko-Karwińskie Kopalnie i stan bezpieczeństwa oraz standardy pracy się poprawiły, ale chyba nie do końca. Oczywiście nie można powiedzieć, że złe warunki pracy były akurat przyczyną tej tragedii, bo tego jeszcze nikt nie wie, ale z pewnością powinno to zostać zbadane.

W kopalniach metanowych stosunkowo często – jeśli można to tak określić – zdarzają się wypadki. Czy zważając na zagrożenie, jest sens wydobywania węgla w tego typu kopalniach, czy takie kopalnie powinny być eksploatowane?

– Takie kopalnie powinny być eksploatowane, ale wszystko zależy od zabezpieczeń i respektowania norm bezpieczeństwa wydobycia w takich miejscach. Jeśli zabezpieczenia kopalni będą przebiegały zgodnie z obowiązującymi standardami, to nie ma prawa wydarzyć się wypadek. Oczywiście, że może być tąpnięcie, może mieć miejsce jakiś nagły wypływ gazu, ale nawet wówczas urządzenia eksploatacyjne są natychmiast automatycznie wyłączane. Zabezpieczenia przed groźbą zapalenia się gazu i wybuchu pod ziemią są standardem każdej kopalni i to dzisiaj nie stanowi już większego problemu. Od setek lat ludzie wiedzą, jak z tym walczyć, chodzi tylko o to, żeby nie poluzować dyscypliny, żeby nie lekceważyć zagrożeń i unikać rutyny. Natomiast awaria urządzenia zawsze może się zdarzyć.

Jak te zabezpieczenia wyglądają w polskich kopalniach?

– Jeśli chodzi o urządzenia nie tylko w polskich kopalniach, ale w każdej, to jeśli są one ustawione, ułożone w sposób prawidłowy, to ryzyko takich tragedii jest ograniczone do minimum. Dodam, że są to urządzenia, które sygnalizują i monitorują górników pracujących na dole, automatycznie odcinają dopływ prądu, ale także sygnalizują dyspozytorowi na powierzchni, jaki jest skład powietrza na terenie wyrobiska. Wszystko po to, aby odpowiednio wcześnie wycofać ludzi z zagrożonego obszaru. Te urządzenia u nas są bardzo sprawne. Natomiast jeśli chodzi o kopalnę „Stonava”, to trudno powiedzieć, co zawiodło. Czy zawiódł człowiek, czy urządzenie.

Rzecznik kopalni „Stonava” twierdzi, że czujniki metanu działały prawidłowo. Co zatem mogło się stać, że dzisiaj mówimy o tak wielu ofiarach?

– Żaden rzecznik kopalni nie może stawiać tak jednoznacznych, kategorycznych ocen – czy czujniki zabezpieczające działały i zadziałały prawidłowo, bo jeszcze tego nie sprawdzono. Czy urządzenia działały prawidłowo, czy wszystko było zgodne z przepisami, oceni specjalna komisja i wykaże śledztwo. Komisja będzie mogła wydać ostateczny werdykt dopiero po dokonaniu szczegółowych oględzin miejsca zdarzenia. W mojej ocenie, czujniki te mogły albo ulec jakiejś awarii bądź też były usytuowane w niewłaściwym miejscu. Taki czujnik, jak każde urządzenie, może ulec awarii, dlatego ważna jest kontrola tego typu urządzeń, aby zadziałały we właściwym momencie. Jestem daleki od posądzania kogokolwiek o zaniedbania. Nie wiem, nie jestem na miejscu, za mało też mamy informacji, ale możemy mieć tutaj do czynienia z niedoskonałością urządzeń monitorujących.

Wydaje się, że z bezpieczeństwem w kopalniach nie jest za dobrze, skoro dochodzi do takich sytuacji jak w „Stonavie”. Jak unikać takich tragedii?  

– To jest natura, ale technika wydobywcza zna możliwości, jak pozbyć się metanu. W tym celu np. robi się tzw. przedwierty, wiemy też, jak pozbyć się czy wyeliminować naprężenia górotworu, żeby nie było tąpań. I współczesna technologia górnicza posiada takie możliwości i zna na to sposoby. Jednak zasadniczy problem polega na tym, czy właściwie i jak zarządzana jest dana firma, czy nie oszczędza się na bezpieczeństwie. Bywa, że rutyna sprawia, że zaczyna się myśleć, iż skoro nic się od dawna nie wydarzyło, to niby dlaczego miałoby się stać teraz. Praktyka jednak pokazuje, że takie sytuacje mają miejsce i to w najmniej spodziewanych momentach. W polskich kopalniach pracuje ok. 70 tysięcy górników węgla kamiennego, ale mamy też kopalnie, gdzie wydobywa się cynk, ołów, sól, a więc liczebność górników u nas w kraju jest dużo większa i wypadki niestety się zdarzają. Podobnie jak zdarzają się wypadki drogowe, gdzie też są przepisy o ruchu drogowym, drogi są właściwie oznakowane, tymczasem czasem zawodzi człowiek i przez zbytnią brawurę czy na skutek awarii sprzętu, który też może odmówić posłuszeństwa, dochodzi do tragedii, w których giną ludzie. Tak samo tragedie zdarzają się w górnictwie na dole, pod ziemią.

W karwińskiej kopalni trwa akcja, ratownicy stawiają tamy, aby ugasić pożar. Zważając na ekstremalne warunki panujące na dole, ile potrzeba czasu, żeby dotrzeć do ofiar?

– Przypominam sobie, że w niektórych kopalniach, gdzie dochodziło do podobnych katastrof, nawet dwa lata trwało obniżanie temperatury, która jest bardzo wysoka i uniemożliwia działania człowieka. Takie mam doświadczenia z akcji ratowniczych. Jeśli – jak słyszymy – w kopalni „Stonava” zapaliły się urządzenia wydobywcze, także części złoża, które w dodatku jest popękane, a więc może tam być dopływ tlenu, który podtrzymuje ogień i wysoką temperaturę, to cały czas będzie tam trwał pożar. Dlatego konieczne będzie postawienie, wybudowanie specjalnych tam uszczelniających złoże czy też zroby, gdzie składowany jest wyfedrowany węgiel – tam, które zahamują rozprzestrzenianie się metanu. Następnie do takich przestrzeni wtłaczany jest azot, aby z tych miejsc wyprzeć tlen, co sprawi, że ogień będzie się zmniejszał. I to wszystko może potrwać, trudno powiedzieć, jak długo. Natomiast jeśli złoże jest szczelne i niepopękane na skutek wybuchu, to można to zrobić w przeciągu dwóch, trzech miesięcy. Ile to potrwa w tym przypadku, zobaczymy. I dopiero wówczas ratownicy będą mogli ruszyć po ciała górników, którzy zginęli.  

Dziękuję za rozmowę.  

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl