logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Krótkowzroczność Unii

Sobota, 4 kwietnia 2026 (08:04)

Z prof. Zbigniewem Krysiakiem, ekonomistą ze Szkoły Głównej Handlowej, rozmawia Rafał Stefaniuk

Komisja Europejska apeluje o ograniczenie zużycia ropy i gazu w transporcie w związku z wojną z Iranem. Czy Europa w ogóle jest przygotowana na taki kryzys?

– Patrząc na całą sytuację, trudno mówić o odporności Europy. Historia COVID-19 pokazała wyraźnie, że nie potrafimy samodzielnie poradzić sobie w sytuacjach kryzysowych, a nadmierne poleganie na Komisji Europejskiej czy instytucjach unijnych to w najlepszym wypadku iluzja bezpieczeństwa. Wyobraźmy sobie scenariusz bardziej dramatyczny: nagły konflikt zbrojny, w którym nasze zasoby amunicji czy paliwa są ograniczone. Czy naprawdę możemy liczyć, że ktoś zza biurka w Brukseli powie nam: „Nie brońcie się, oszczędzajcie zasoby”? To brzmi absurdalnie, ale w praktyce takie myślenie wciąż krąży w korytarzach decyzyjnych.

Problem polega na tym, że Europa wciąż reaguje, zamiast działać z wyprzedzeniem. W tym samym czasie Stany Zjednoczone nie mają takich ograniczeń – są jednym z największych producentów ropy na świecie, ich zdolności w zakresie gazu również są ogromne, a infrastruktura strategiczna pozwala im na szybkie manewrowanie zasobami w razie kryzysu. My tymczasem debatujemy o tym, ile kilometrów można przelecieć i jak ograniczyć zużycie paliwa, zamiast budować własną niezależność energetyczną i militarną. Europa wciąż płaci cenę krótkowzroczności. Odpowiedź nie leży w apelach biurokratów, ale w realnej polityce samodzielności – w której każdy kraj, w tym Polska, powinien mieć świadomość własnych możliwości obronnych, strategicznych zapasów i alternatywnych źródeł energii, zanim kryzys uderzy z pełną mocą. To kwestia przetrwania, nie politycznej poprawności.

Zwiększenie importu ropy i gazu z USA mogłoby realnie poprawić sytuację Europy, czy tylko podbiłoby ceny?

– Oczywiście, takie posunięcie wiązałoby się z dodatkowymi kosztami. Amerykanie nie rozdają surowców za darmo, a globalne ceny i tak podlegają presji ograniczonej produkcji. Mimo to dostawy byłyby pewne, a w sytuacji kryzysowej pewność zaopatrzenia jest warta każdej dodatkowej złotówki. Tu chodzi nie tylko o same paliwa, ale o całe zaplecze logistyczne – statki, tankowce, transport, który można szybko uruchomić. Wystarczyłoby umówić się na zwiększone dostawy, wynegocjować warunki i zapewnić Europie pewien margines bezpieczeństwa energetycznego.

Problem w tym, że Unia Europejska w wielu momentach zawiodła w kwestii realnej współpracy z Amerykanami. Cieśnina Ormuz pozostaje wciąż newralgicznym punktem, a brak zdecydowanego działania ze strony Brukseli blokuje potencjalne szybkie porozumienia. W praktyce oznacza to, że kraje takie jak Polska muszą liczyć na własne inicjatywy, niezależnie od unijnych deklaracji. To wymaga politycznej odwagi i samodzielności – Prezydent czy rząd muszą umieć i zacząć negocjować wprost, bez oglądania się na Brukselę. W dłuższej perspektywie takie działania pozwoliłyby zwiększyć elastyczność, gdy chodzi o źródła energii, przygotować alternatywy i zminimalizować ryzyko niedoborów w kryzysowych momentach. To nie jest tylko kwestia bieżącej ceny ropy czy gazu – to strategia przetrwania, której Europa powinna wreszcie nauczyć się od USA, zamiast polegać wyłącznie na apelach i deklaracjach, które nie zmieniają realiów rynku ani geopolityki.

Panie Profesorze, czy wizja powrotu Europy do rosyjskiej ropy i gazu jest tylko kwestią czasu? Czy straszenie niedoborem surowców to sposób na przygotowanie gruntu pod nowe porozumienie z Moskwą?

– Absolutnie tak. To, co obserwujemy, to systematyczne zbieranie argumentów i budowanie alibi politycznego. Zamiast korzystać z alternatywnych źródeł energii dostępnych nie tylko w Stanach Zjednoczonych, niektóre państwa europejskie, przede wszystkim Niemcy, zdają się powoli torować drogę do ponownego otwarcia importu surowców z Rosji. To ruch wyrachowany: w krótkim okresie argumentuje się nim konieczność zabezpieczenia dostaw w sytuacji kryzysowej, w tle jednak kryje się perspektywa długofalowa.

W kontekście wojny w Iranie wątek ukraiński chwilowo przygasł, co daje Niemcom możliwość szybkiego działania. Rosjanie mają już przygotowane tankowce, a chwilowa prowizorka może łatwo przekształcić się w stały mechanizm. W praktyce oznacza to, że Europa, zamiast dywersyfikować źródła, tworzy polityczne i energetyczne uzasadnienie do powrotu na rynek rosyjski. Taki scenariusz dodatkowo wzmacnia pozycję Moskwy – może eskalować presję nie tylko wobec Ukrainy, ale i innych państw, jak Węgry, które wciąż współpracują energetycznie z Rosją. Trudno przewidzieć wszystkie konsekwencje, ale jedno jest prawie pewne: w Unii Europejskiej powstaje taki długofalowy, strategiczny plan. Warto go obserwować uważnie, bo może on zdefiniować kierunek energetycznej polityki Europy na najbliższe lata. A strofowanie Węgier za to, że dalej współpracują energetycznie z Rosją, że chcą współpracować, jest teatrem, który ma odwrócić uwagę opinii publicznej od prostego faktu – wiele niemieckich firm dalej współpracuje z Rosją i prowadzi interesy z Rosjanami. Powrót do rosyjskich surowców energetycznych nastąpi w pierwszej możliwej sytuacji.

Czy ten apel o ograniczenie podróży w Europie wpisuje się w założenia Zielonego Ładu? Czy wojna w Iranie stała się pretekstem do wprowadzenia ekologicznego przymusu?

– Zdecydowanie można tak to odczytać. Wykorzystano dramatyczną sytuację geopolityczną, aby w głowach Europejczyków przestawić priorytety: mniej latamy, mniej podróżujemy, oszczędzamy energię – a tymczasem urzędnicy w Brukseli swobodnie przemieszczają się po świecie, a ich stoły uginają się od schabowych. To nie jest abstrakcja – w każdym kraju znajdzie się znacząca grupa osób, które podatne są na takie ideologiczne komunikaty. W Niemczech czy Hiszpanii ludzie już odczuwają skutki tych założeń – obniżone temperatury w mieszkaniach, wymóg oszczędzania prądu, inwestycje w fotowoltaikę i wiatraki.

Cały ten nacisk klimatyczny działa jak subtelny przymus kształtujący codzienne nawyki obywateli. Patrząc na Hiszpanię, sytuacja robi się alarmująca. Rząd zamyka elektrownie jądrowe, OZE stanowią gigantyczną część miksu energetycznego, a sieć jest niestabilna. Możemy spodziewać się kolejnych blackoutów. Na razie Hiszpania korzysta z dobrodziejstwa francuskiej energetyki jądrowej, ale to tylko tymczasowe wsparcie. Jeśli sytuacja się utrwali, Europa może stanąć w obliczu poważnych problemów z dostawami energii, a apel o ograniczenie podróży i konsumpcji energii okaże się nie tylko ekologiczną ideą, ale realnym narzędziem politycznym i społecznym, służącym wzmocnieniu kontroli nad obywatelami i stabilnością całego systemu.

Panie Profesorze, czy te blackouty w Madrycie i innych hiszpańskich miastach, które pojawiły się w 2025 roku pokazują coś więcej niż tylko problemy energetyczne? 

– Zdecydowanie tak. To, co wydarzyło się w Hiszpanii – ciemno wszędzie, głucho wszędzie – to symboliczny obraz tego, jak ideologie mogą być kosztowne. Mamy w Europie węgiel i z niego trzeba korzystać. Wtedy dalibyśmy sobie radę i wojna w Iranie nie byłaby takim problemem, jak jest obecnie. Iran od lat realizuje własny plan, nie czeka na nagłośnienie przez Trumpa czy media. Dysponuje uranem, który w rękach reżimu może przekształcić się w setki, jeśli nie tysiące rakiet z głowicami jądrowymi. 

Jak w praktyce po zakończeniu wojny powinien być uregulowany status cieśniny Ormuz, by uniknąć przyszłego szantażu Iranu?

– To jest kwestia, którą trzeba traktować poważnie i strategicznie. Już dziś widać, że po tych doświadczeniach państwa Zatoki Perskiej, w tym Arabia Saudyjska, Katar, Kuwejt czy Zjednoczone Emiraty Arabskie, będą dążyły do tego, by powstał solidny, międzynarodowy układ gwarantujący neutralność cieśniny. Do tego dołączą Chiny, Japonia i inne państwa z interesami w regionie – nie ma wątpliwości, że powstanie formalny mechanizm, który ograniczy samowolę Iranu. To jest absolutnie nieuniknione. 

Panie Profesorze, czy faktycznie Stany Zjednoczone są w tej chwili najmniej zależne energetycznie, i jak wykorzystują tę przewagę w konflikcie w Zatoce Perskiej?

– Tak, Stany Zjednoczone mają tu wyraźną przewagę, bo w dużej mierze są samowystarczalne – posiadają własne zasoby ropy i gazu, co oznacza, że ich bezpieczeństwo energetyczne nie jest zagrożone przez napięcia na Bliskim Wschodzie. Ich interes w tym konflikcie jest więc nie tyle w ochronie własnej energii, ile w zapewnieniu stabilności całego regionu i bezpieczeństwa strategicznych sojuszników, w tym Izraela, oraz utrzymaniu porządku globalnego. To w praktyce oznacza, że działa także w interesie Europy, Japonii, a pośrednio Polski. Moim zdaniem Stany są na tyle zdeterminowane, iż dopilnują, aby kontrola nad kluczowymi punktami, takimi jak wyspy nadzorujące cieśninę, była skuteczna i niepodważalna. 

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk

NaszDziennik.pl