logo
logo

Zdjęcie: R.Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Co zamiast soi?

Wtorek, 17 lipca 2012 (06:44)

Zapewne nie uda się całkowicie wyeliminować z pasz importowanej soi, ale Polska ma warunki do tego, żeby produkować pasze na bazie roślin motylkowatych i rzepaku. Państwo musi jednak aktywnie wspierać taką działalność, gdyż rynek został opanowany przez trzech wielkich producentów pasz sojowych.

Problem jest istotny nie tylko w kontekście tego, że przywozimy do kraju soję modyfikowaną genetycznie (GMO), ale chodzi przede wszystkim o nasze bezpieczeństwo żywnościowe - jesteśmy bowiem skazani na import białkowych składników pasz, nie mając dostatecznych ilości własnych surowców. To się jednak może zmienić - w Polsce od kilku lat rolnicy dostają dodatkowe dopłaty bezpośrednie za uprawę roślin motylkowatych, ponadto prowadzone są badania naukowe nad nowymi odmianami i zwiększeniem plonów takich roślin. Głównym ośrodkiem naukowym w tej dziedzinie jest Poznań i tamtejszy Uniwersytet Przyrodniczy. Naukowcy z UP w Poznaniu twierdzą, że polskie rolnictwo może być unijnym potentatem w produkcji roślin motylkowatych (np. bobik, łubin żółty i wąskolistny, groch siewny), o czym przekonywali posłów z sejmowej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

Profesor Andrzej Rutkowski podkreślił, że Polska importuje 75 proc. białka paszowego w postaci soi głównie z Brazylii, Argentyny i USA. - To nie jest dobra sytuacja. Nie jesteśmy w stanie zapewnić całkowitej produkcji rodzimego białka paszowego, ale powinniśmy dążyć do tego, aby z każdym rokiem ilość białka paszowego produkowana w kraju była jak najwyższa - podkreślił prof. Rutkowski. Profesor Michał Jerzak precyzował, że w surowcach wysokobiałkowych prawie 2,8 mln ton stanowi śruta sojowa i słonecznikowa, 714 tys. ton to śruta rzepakowa, a tylko 268 tys. ton to nasiona roślin strączkowych. - To jest ten rynek, który jest do odzyskania przez rośliny strączkowe w Polsce - uważa prof. Jerzak. - Uzależniliśmy się od zewnętrznych źródeł białka, suwerenność żywnościowa Polski w zakresie produkcji zwierzęcej zależy od tego, czy kilka amerykańskich globalnych firm sprzeda nam 2,5 mln ton soi, czy też nie. Dostawy mogą zablokować katastrofy przyrodnicze, spekulacje i soi może zabraknąć - ostrzegał poseł Jan K. Ardanowski (PiS), wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

Zamiast soi GMO
Jednym z istotnych źródeł krajowego białka mogą być właśnie rośliny motylkowate. Profesor Wojciech Święcicki przypomniał, że mają one wysoką zawartość białka w nasionach, wpływają też korzystnie na glebę. Doktor Wojciech Mikulski zauważył, że mamy spore rezerwy produkcji krajowego białka roślinnego choćby z tego powodu, że tylko mniej niż połowę areału roślin motylkowatych obsiewamy kwalifikowanym materiałem siewnym.
Ale import soi cały czas rośnie i wynosi już 2,5 mln ton. Zdaniem naukowców, alternatywą dla śruty sojowej są inne pasze, ale żadna nie rekompensuje wartości soi, zawierającej duże ilości białka. W Polsce soi nie da się produkować ze względu na ciężki klimat, a z kolei rośliny strączkowe wytwarzają czynniki antyżywieniowe. Jednak jak zaznacza prof. Andrzej Rutkowski, dzięki badaniom naukowym można poprawić ich jakość. Ponadto do pasz można dodawać śrutę i makuchy rzepakowe, wywary kukurydziane. - Łączenie kilku pasz wysokobiałkowych daje dobry efekt, to trzeba badać - mówi prof. Rutkowski. Jego zdaniem, takie badania powinniśmy prowadzić przede wszystkim w małych gospodarstwach, gdzie hoduje się 200 tys. sztuk trzody chlewnej i 2 mln sztuk drobiu. One nie potrzebują dużych ilości koncentratów, a mogą produkować żywność zdrową, bez GMO.

Zachęcić rolników i wytwórnie pasz
Otwarte oczywiście jest pytanie, jak skłonić rolników do siania motylkowatych. Niektórych być może zachęci to, że takie uprawy poprawiają środowisko glebowe. Profesor Jerzy Szukała zaznacza, że kukurydza, zboża czy rzepak degradują glebę, bo pobierają z niej więcej związków organicznych, niż wytwarzają. A już rośliny strączkowe mają też współczynnik wysoki. - Rośliny strączkowe to najtańsza fabryka azotu, którego produkcja nic nie kosztuje - przekonywał prof. Szukała. - Jeden hektar daje 95,9 kg czystego azotu, to tyle, ile powstaje przy 220 kg saletry amonowej - wyjaśniał.
Najważniejsze jest jednak wsparcie ekonomiczne. Rośliny motylkowate zajmują tylko nieco ponad 1 proc. powierzchni wszystkich upraw, a ten rynek jest oceniany na 200 mln zł, podczas gdy rynek zbóż to 22 mld złotych. Wiceminister rolnictwa Andrzej Butra podkreśla, że rząd finansuje pięcioletni program naukowy o wartości 35 mln zł, ponadto rolnicy dostają dodatkowe dopłaty za uprawę roślin motylkowatych - w tym roku te płatności wzrosną z 219 do ponad 400 zł za hektar. Poza Polską tylko Francja jest równie hojna pod tym względem dla rolników.
Ale najważniejsze jest, aby producenci pasz chcieli zastępować soję rzepakiem lub bobikiem. Dlatego trzeba wywołać popyt wśród producentów mięsa. Bo wytwórnie pasz same z siebie nie zrezygnują z soi. Nasz rynek opanowały bowiem trzy wielkie międzynarodowe koncerny paszowe, które bazują na soi. - Bariera do osiągnięcia sukcesu nie tkwi po stronie rolników, oni będą skłonni do takiej uprawy. Problem może tkwić po stronie wytwórców pasz, dlatego trzeba wspierać małe wytwórnie, aby kupowały krajowe rośliny strączkowe - radzi poseł Gabriela Masłowska (PiS). - Czy koncerny paszowe, monopoliści będą zainteresowani kupnem strączkowych, czy zależy im tylko na sprowadzeniu soi? - miał wątpliwości poseł Krzysztof Borkowski (PSL). I zarzucał monopolistom windowanie cen pasz, przez co drożeje polskie mięso i upada hodowla trzody chlewnej. - Ceny wieprzowiny idą w górę, a pogłowie spada, bo rosną ceny pasz z soją - zaznacza Borkowski. A jego kolega klubowy Stanisław Kalemba podkreślił, że powinniśmy dbać o to, aby komponenty do pasz były produkowane w Polsce. - W Unii mówi się o wspieraniu tej produkcji, to także postulat ekologizacji, ochrony środowiska - dodał Kalemba, wskazując, że sianie motylkowatych może być elementem polityki "zazieleniania".

Krzysztof Losz

Nasz Dziennik