Stan wojenny miał ostatecznie zniszczyć wolnościowe aspiracje Polaków, tak licznie i po raz pierwszy po wojnie zorganizowanych w ruchu o nazwie "Solidarność".
Polscy komuniści sprawujący w Polsce władzę z sowieckiego nadania zdawali sobie sprawę, że Naród upomni się w końcu o swoje prawa. Podpisując porozumienia kończące strajki najsilniejszych grup zawodowych (stoczniowców, górników, rolników), komuniści natychmiast przystąpili do tajnych przygotowań w celu ostatecznej rozprawy.
W nocy z 8 na 9 grudnia 1981 roku gen. Wojciech Jaruzelski informował osobiście o swoich planach wojennych marszałka ZSRS Wiktora Kulikowa, dowódcę Układu Warszawskiego. Zdecydowano uderzyć z soboty na niedzielę, 13 grudnia 1981 roku. Był to ostatni z możliwych terminów, gdyż 15 grudnia mijał dwumiesięczny okres, o który przedłużono służbę wojskową prawie 50 tysiącom żołnierzy rocznika "nieskażonego" jeszcze ideami "Solidarności". Z tych samych powodów nie przeprowadzono pełnego jesiennego poboru do wojska. Tej jednej nocy aresztowano prawie 5 tysięcy osób, a w następnych dniach uwięziono kolejne 5 tysięcy. Od 1981 roku do 1989 komuniści zamordowali ponad 100 Polaków. Większość tych zbrodni do dziś nie została wyjaśniona, a sprawcy nie zostali pociągnięci do odpowiedzialności, dotyczy to również tzw. autorów (choć należy mówić "sprawców") stanu wojennego.
Miałem ostatnio przyjemność rozmawiać z Ewą Kubasiewicz-Houée. W 1980 roku magister filologii polskiej, młoda bibliotekarka w Wyższej Szkole Morskiej w Gdyni, szefowa "Solidarności" na tej uczelni oraz członek władz Regionu Gdańskiego. W 1982 roku została skazana przez Sąd Marynarki Wojennej bez żadnych dowodów, za "działalność w celu osłabienia mocy obronnej PRL", na 10 lat pozbawienia wolności. Karę odsiadywała w Fordonie (dwukrotnie) oraz w Grudziądzu. Była to najwyższa kara w stanie wojennym, orzeczona przez sędziego komandora ppor. Andrzeja Grzybowskiego, który, jak się potem tłumaczył, wykonywał jedynie polecenie admirała Ludwika Janczyszyna, członka PPR od 1948 roku, wielokrotnego posła na Sejm, a potem członka WRON. Admirał Janczyszyn, tak jak Jaruzelski, uważał, że miał alibi, że gdyby nie stan wojenny, wojska sowieckie wkroczyłyby do Polski.
Dla Ewy Kubasiewicz i jej rodziny tamte dramatyczne dni trwały lata. Ostatecznie zakończyły się emigracją do Francji. Jej matkę stale nachodziła w domu ubecja, strasząc i robiąc rewizje. O związkach jej męża Marka Kubasiewicza z ubecją rozpowiadał bez żadnych podstaw Bogdan Borusewicz. Jej syn Marek Czachor, student III roku fizyki (dziś zaangażowany w wyjaśnienie tragedii smoleńskiej), siedział w więzieniu w Potulicach razem ze swoim przyszłym teściem Stanisławem Kowalskim, który wielokrotnie więziony umarł młodo na serce. Narzeczoną Marka, 20-letnią Madzię Kowalską, także uwięziono. W celi znalazła jeszcze młodsze od siebie "przestępczynie": 17-letnią Annę Sawicką (dziś Kołakowską) i Małgorzatę Chmielewską. Andrzej, starszy brat Ewy Kubasiewicz, stale bity i straszony przez ubeków, w 1988 roku został znaleziony martwy w swoim mieszkaniu z głową wbitą w kaloryfer.
Ewa Kubasiewicz dowiedziała się po latach, że "przyjaciel domu", działacz "Solidarności" Janusz Molka był kapitanem SB. Dziś ubek przeprasza, że skrzywdził rodzinę Ewy Kubasiewicz, ale nie mówi wszystkiego. Nie wie, czy wciąż jest na służbie? A tak w ogóle, czy niektórzy ówcześni solidarnościowcy byli wtedy prawdziwi, gdy walczyli z komuną, czy dziś, gdy walczą z Narodem?
Zapalmy światło wolności, tak jak przed 31 laty, kiedy świecę w Watykanie zapalił Jan Paweł II. Zapalmy dziś w oknach świece wolności, o co prosił wszystkich ludzi kochających wolność prezydent Ronald Reagan. Odnajdźmy dziś znowu solidarność ze wszystkimi, których okrutnie doświadczył stan wojenny, szczególnie z ofiarami komunistycznej władzy w Polsce.

