Świadomość istnienia zagrożenia dla naszego bezpieczeństwa, suwerenności, a przede wszystkim dla prawdy historycznej spotyka się z lekceważeniem ogromnej części społeczeństwa. Nie wszyscy z tych niechętnych prawdzie mają interes w jej tajeniu.
Bardzo wielu ludzi, najczęściej w wieku średnim, studenckim i licealnym, to po prostu bierni odbiorcy informacji. W odbiorze tej grupy rozbicie się samolotu z polskim prezydentem na pokładzie w Smoleńsku w Rosji i śledztwo mające na celu wyjaśnienie przyczyn tej tragedii to tematy uciążliwe. Permanentne myślenie o zagrożeniu powoduje chęć ucieczki od niewygodnego problemu do łagodnej, plastikowej rzeczywistości. To także przekłada się na decyzje wyborcze.
Wielu Polaków stroni od tych, którzy szukają prawdy, bo jest ona bolesna. Niestety, Polska wymaga ofiary – dosadnie i mądrze mówił o tym w homilii 10 kwietnia 2013 r. ks. bp Józef Zawitkowski.
To ofiara nawet codzienna, taka zwykła, jak zainteresowanie tym, dlaczego zginął nasz prezydent. Chowanie tego do katalogu niepamięci, ucieczka od prawdy jest grzechem zaniechania nie tylko patrioty, ale po prostu Polaka. I znów Norwid staje się tak bardzo aktualny: „Ojczyzna to wielki, zbiorowy obowiązek”. Urodziliśmy się w kraju, którego bolesne dzieje dotykają nas tu i teraz. Ci, którzy chcą zamieść pod dywan trudne kwestie, odbierają m.in. młodzieży możliwość odpowiedzi na pytanie, które co roku pada w szkolnych wypracowaniach: „Czym jest Ojczyzna”?
Fałszywa jest teza, że im bardziej jesteśmy przywiązani do polskiej tradycji, tym mniej jesteśmy europejscy i nowocześni. Według tej fałszywej tezy rządzona jest Warszawa. Inicjatywa patriotyczna zepchnięta jest na margines, tak jakby miała grozić nowoczesnej infrastrukturze polskich miast.
W interesie obecnego rządu jest utrzymanie tej tendencji. Im mniej poważnej analizy politycznej, rozważania poważnych szans i realnych zagrożeń, tym łatwiej będzie utrzymać władzę. I z tej pozycji należy powiedzieć, że walka o miejsce na multipleksie dla Telewizji Trwam to nie jest jakaś tam walka, na przekór innym. To walka o tę prawdę, której od innych ci bierni odbiorcy plastikowej prawdy nie usłyszą i gdzie indziej nie zobaczą.
Jesteśmy dzieleni, bo dajemy się dzielić. Historyczny podział wywodzi się jeszcze ze stosunku do zaborców. Rozdźwięk pomiędzy Polakami polegał na tym, że jedni przywiązani do tradycji i kultury walczyli o niepodległość wiedzeni poczuciem niesprawiedliwości (dziś nazywani byliby oszołomami), drudzy woleli przymknąć oko na zbrodnie najeźdźców i „robić swoje”. Tych znowu często określało się mianem zdrajców. I dziś jest podobny konflikt. A katastrofa smoleńska i próba dojścia do prawdziwych jej przyczyn i winnych pogłębia ten nieszczęsny podział Polaków. Pogłębiła rów dzielący nas.
Cieszą się z tego ci, którym była ona na rękę. Znakomicie wpisuje się kłamstwo smoleńskie w ten podział, o którym mówił jeden z jego historycznych autorów – Wojciech Jaruzelski: „Jeśli (…) się uniewinni Kuklińskiego – to znaczy, że to my (…) jesteśmy winni”. Tak też będziemy w przyszłości rozliczać rząd, który zaniechał rzetelnego śledztwa. Ci, którzy nie chcieli polskiego, niezależnego lub międzynarodowego śledztwa, są bez czci i honoru.
Kwestii związanych z katastrofą smoleńską będzie w Polsce więcej i więcej. Także przez następne dekady. Wkrótce przeniesie się ona na karty prac naukowych. Nie tylko tych z zakresu historii, stosunków międzynarodowych, inżynierii lotnictwa czy rozwiązywania technicznych tajemnic katastrof lotniczych. Znajdzie się także w podręcznikach socjologii, ponieważ w tej sprawie, jak na dłoni widać, jak manipulowano Polakami. Jak polityka informacji i dezinformacji zarówno wewnętrzna, jak i zewnętrzna prowadziła do konfliktu w Polsce.

