logo
logo
zdjęcie

Marek Czachorowski

Ideologia gender a samotność

Wtorek, 30 lipca 2013 (02:00)

Nic tak nie wzmacnia zagrożenia, jak lekceważenie go. U nas nawet nagradza się naszych katów i prześladowców. Po latach umysłowego molestowania kilku pokoleń naszych dzieci, młodzieży i dorosłych nagrodzono ostatnio Zbigniewa Lwa-Starowicza publikacją w krakowskim Znaku.

Są to wspomnienia jego aktywności na rzecz także zbrodniczej (por. sprawa Clauberga podczas procesu w Norymberdze) depopulacji Polski, prowadzonej przez wiele lat mocą urzędu prezesa Towarzystwa Rozwoju Rodziny, filii IPPPF (International Planned Parenthood Federation, siedziba w Londynie) na Polskę. Międzynarodowej sieci depopulatorów, stworzonej w latach 50. przez Rockefellerów. Pewnie dla jakichś własnych interesów…

Gdzieś indziej pokpiwa się z ideologii gender, ponawiając uwagi o niskim ilorazie inteligencji jej twórców, jakoby najgłupszej z dotychczasowych ideologii.

Być może tak jest, ale podstawowym kryterium, które stosować należy do każdej ideologii, nie jest jej mniejsza czy większa „głupota”, ale stopień jej zagrożenia dla ludzkości. Od tej strony patrząc, ideologia gender jest bardziej niebezpieczna niż trapiące nas wcześniej ideologie, np. „klasy” czy „rasy”.

Wszystkie ideologie, którymi karmi się ludzkość, stanowią wersje pierwotnego, zakończonego sukcesem kuszenia człowieka świata „poza dobrem i złem”. W ramach ulegania tej pokusie niektóre dziedziny życia wyłącza się poza pole dobra i zła moralnego.

Co jakiś czas pojawia się w dziejach np. oferta ustawienia sfery ekonomicznej „poza dobrem i złem”, czy to w wersji marksistowskiej, z „obcinaniem rąk” trzymających własność prywatną, czy to w wersji Leszka Balcerowicza, z tajemniczym „pierwszym milionem” towarzyszy.

Ideologia gender nie ustawia swojego sukcesu na trapiących ludzkość pragnieniach, aby więcej mieć czy aby być kimś więcej niż inni, ale na bardziej jeszcze podstawowym pragnieniu „natury upadłej” człowieka: aby być samym, niezwiązanym z drugim człowiekiem.

Temu najpierw przeszkadza odmienność płciowa, realna różnica pomiędzy mężczyzną i kobietą, która to baza jest tworzywem możliwości nawiązania bliskości z drugim lub Drugim, innym człowiekiem lub Bogiem. Zamiast tego ideologia gender zmierza do osamotnienia człowieka, ustawienia kobiety przeciwko mężczyźnie i vice versa.

Odmienność płciową traktuje bowiem jako tylko biologiczny surowiec, któremu nigdy nie należy się bezwzględnie podporządkowywać i go respektować. Po epoce forsowania oświeceniowych haseł „swobody seksualnej” (w wersji Diderota z „Przyczynku do podróży Bougainville’a” albo wersji Rousseau z „Emila”) okazało się, że różnice płciowe uniemożliwiają zgodne kroczenie mężczyzn i kobiet w kierunku owej swobody.

Przyjemność nigdy ludzi nie łączy, ale przeciwstawia ich sobie. Boleśnie się o tym na co dzień przekonują rozmaici libertyni, a ostatnio znany w świecie polski tenisista. Zamiast nagrody za świadczenie usług dla podstarzałych i bogatych mężczyzn –według wytycznych dla „Ministerstwa miłości” Charles’a Fouriera, niezwykle cenionego zarówno przez Marksa, jak i Johna Stuarta Milla, lidera współczesnego liberalizmu i feminizmu – spotkały go najdotkliwsze dla niego kary: śmiech za przyczyną „sportsmenki” z oślizgłej gazety rzecznika prasowego „generała”.

Nie po drodze zatem nawet wyuzdanym kobietom z mężczyznami – libertynami. Część z nich z tego powodu już straciła zainteresowanie drugą płcią, a pozostali rozumieją, że w relacjach płciowych opartych na konsumpcyjnych celach oczekiwać można tylko czasowych sojuszy, np. do czasu wyczerpania się zapasów portfela.

W ideologii gender nie chodzi zatem o świat bezproblemowej konsumpcji seksualnej, czyli starą zasadę „make love not war”, ale o świat ludzi samotnych, niezdolnych do otwarcia się na drugiego człowieka. Tego zagrożenia lekceważyć nie należy.

Marek Czachorowski

Nasz Dziennik