Pomimo poważnej wypowiedzi Papieża Benedykta XVI na temat arcypoważnego zagrożenia przez ideologię gender, niedawnego poważnego listu poważnych polskich biskupów i wielu – głośnych w mediach – wykładów na ten temat, niepokojąco przedłuża się w naszym kraju stan umysłowego zamieszania.
Zamieszania podtrzymywanego codziennie przez usługowe media, europolityków, ale także niektórych genderpasterzy, uważających ciało – w jego kobiecości i męskości – za dzieło szatana, a nie element ludzkiej kondycji – istoty duchowo-cielesnej. Zorganizowano nam nawet prawdziwy ostrzał artyleryjski, jak to na wojnach się praktykuje. Aż niebo pociemniało od salw śmiechu z jakoby nieuctwa Papieża i biskupów w sprawie „gender”, a ziemia się zatrzęsła od gromów Wysokich Komisarzy UE zapowiadających finansowe kontrole w katolickich szkołach i przedszkolach.
Już zatem wyłonili się z okopów powiewający białą flagą i organizujący pokazowe konferencje-ustawki na temat „gender”. Zapowiadają, że będzie „naukowo” dyskutował z nią zwłaszcza profesor Lew Zbigniew, informujący w „gazecie”, iż jest „wychowany na Kinseyu”, „najwybitniejszym seksuologu”. Ten ostatni tak naprawdę nie uprawiał nauki, ale wykonywał płatne zlecenie Fundacji Rockefellerów, i uważa się go (np. G. Kuby) za prekursora „genderyzmu”.
Jego polski uczeń z pewnością się zatem na tym zna, a zwłaszcza jest gotowy i diabłu świeczkę, i Panu Bogu ogarek ustawić, co diabłu pewnie szalenie się podoba. Pokazał też swoje bicepsy pewien pan doktor, zgłaszając donos do Parlamentarnej Grupy ds. Gender, że prowadzi wykłady z „gender studies”; gotowy jest zatem na męczeństwo z rąk motłochu, polującego na dżenderowe czarownice.
Grecy straszeni zaćmieniem słońca, ulewą perskich strzał podziękowali za tę przysługę, bo mogli walczyć w cieniu. Genderowa ulewa i kanonada wznieciła w naszym kraju najpierw umysłowy zamęt. Bliżej prawdy od błędu niż od umysłowego zamętu, pisał B. Pascal. Od dna błędu da się odbić. W zamęcie ani dna nie widać, ani powierzchni wody. Stąd też konieczne jest teraz wyklarowanie rozumienia gotowego szybko wygasnąć sporu o to, czy – i dlaczego – należy sprzeciwić się „ideologii gender”?
Samo wielokrotne powtarzanie tych samych argumentów może tylko znużyć i zniechęcić do działania. Grecy zaatakowani strzałami przez Persów skorzystali z zapowiedzianego ożywczego cienia, aby biegiem dopaść wrogów i po męsku się z nimi zmierzyć (Ateńczycy uważali łuk za oręż niegodny dzielnego mężczyzny). Konieczne jest zatem teraz, punkt po punkcie, po kolei pogłębić wyjaśnienia zagrażającej nam ideologii gender. Zacząć należy od wyjaśnienia jej ideologicznego charakteru, bo temat ten ciągle powraca.
Przeciwnicy „teorii gender” zazwyczaj określają ją jako „ideologię”, co regularnie oburza „genderystów”, prowadzących taką działalność w ramach swoich obowiązków akademickich, wykładających tzw. gender studies i otrzymujących na to naukowe granty. Traktują ten fakt jako dowód na to, że zajmują się poważną nauką.
Akurat w Polsce mamy jednak szczęście, że pamiętamy całkiem dobrze, iż na tych samych uniwersytetach, a nawet dokładnie na tych samych wydziałach owych uniwersytetów, jeszcze niedawno, w czasach Peerelu uprawiano marksistowską ideologię. Niszczono zaś poszukujące prawdy myślenie – w tym także religię katolicką – jako „nienaukowe”. Marks uważał się za „naukowca”, chociaż trzydzieści cztery lata spędził w British Museum, tylko przepisując tam całymi dniami książki z żarliwością „nie naukowca, a wyznawcy” (K. Jaspers), a nawet (jak dowodzą przeprowadzone badania na ten temat) naginając zawartość tych przepisywanych książek do własnych celów.
Takich przykładów uprawiania ideologii zamiast nauki – ale pod szyldem nauki i w ośrodkach naukowych – jest oczywiście bardzo dużo. Pobieranie poborów za uprawianie pracy naukowej nie jest zatem żadnym argumentem za tym, że „gender studies” nie są ideologią, ale nauką. Świadome uchylanie się przez genderystów od odpowiedzi na postawione wielokrotnie pytania wskazuje natomiast na ideologiczne ambicje.

