logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: M. Marek/ -

Życie oddać za ukochaną Ojczyznę

Poniedziałek, 17 września 2012 (12:42)

Historia życia Pana Eugeniusza Tyrajskiego przypomina fabułę filmu sensacyjnego, opowiadającego o życiu jednego z tysięcy przemilczanych bohaterów Polski Walczącej, gorliwego obrońcy Warszawy. Przykładem, jednym z wielu jest fakt, że na własne życzenie (w kwietniu 1945 r.) Pan Eugeniusz dostał się nielegalnie do stalagu w Moosburgu, stając się jednocześnie dobrowolnym jeńcem wojennym.

„Genek” lub „Sęk”, bo takimi pseudonimami posługiwał się nasz bohater, urodził się 8 października 1926 roku w małej miejscowości Nowe Brwilno w powiecie gostynińskim koło Płocka. Dzieciństwo pan Eugeniusz wspomina z uśmiechem. Jak sam twierdzi niczym nie wyróżniał się wśród swoich rówieśników. – Będąc jeszcze małym chłopcem bardzo interesowałem się sportem. Dlatego każdą wolną chwilę spędzałem na boisku przy ul. Łazienkowskiej, w pobliżu stadionu klubu sportowego "Legia". – powiedział w rozmowie z NaszymDziennikiem.pl pan Eugeniusz. Jak wyjaśnił w czerwcu 1939 roku ukończył renomowaną Powszechną Szkołę Podstawową nr 29 w Warszawie. Następnie rozpoczął naukę w gimnazjum im. Stefana Batorego, które kończyli m. in. „Zośka” – Tadeusz Zawadzki, „Rudy” – Janek Bytnar i wiele innych znanych postaci z Szarych Szeregów.

Kiedy wybuchła wojna miał zaledwie 13 lat, to wystarczyło, by z miłości do Ojczyzny angażować się w walkę. 

– Po wybuchu wojny 1 września 1939 roku gimnazjum było czynne. Zaledwie po ponad dwóch miesiącach Niemcy je zamknęli, dlatego trzeba miło zapisać się na komplety – powiedział pan Tyrajski. Dalszą naukę gimnazjalną kontynuował u prof. Gustawa Wuttke, któremu w nauczaniu pomagali dwaj synowie: Jan oraz Tadeusz. Dodatkowo obaj działali w konspiracji - Jan Wuttke był późniejszym słynnym "Czarnym Jasiem" z kompanii "Zośka", następnie batalionu "Zośka", w którym służył także jego młodszy brat, Tadeusz "Mały Tadzio". Przed wojną obaj synowie Wuttkego byli harcerzami w tzw. „Pomarańczarni”, czyli 23 Warszawskiej Drużyny Harcerskiej, z której wywodziła się większość późniejszych żołnierzy batalionu „Zośka”.

Jak wspomina Pan Eugeniusz dzięki małemu gronu uczniów nauka przebiegała bardzo szybko i sprawnie. Mogli ze swoim nauczycielem zrealizować dwuletni program nauki w jeden rok. Po ukończeniu gimnazjum i zdaniu tzw. małej matury rozpoczął naukę w liceum matematyczno-fizycznym, które ukończył 1 lipca 1944 roku.

Dzieciństwo w konspiracji

Znajomość z profesorem Wuttke zaowocowała nie tylko zdobyciem wykształcenia, ale także bardzo silnie wpłynęła na dalsze życie pana Eugeniusza. Dzięki synom profesora wstąpił on do Szarych Szeregów. – To była inicjatywa i sugestia Janka, bym zebrał kilku zaufanych chłopaków, on dał nam zastępowego i utworzyliśmy zastęp pod kryptonimem „MG 410” (MG był kryptonimem hufca Mokotów Górny, 400 było numerem drużyny a 10 numeracją zastępu. Pierwszy zastęp w drużynie 400). Dowódcą drużyny był Janek Wuttke a nas było czterech. Poza mną byli jeszcze: Kazimierz Grochala, Jurek Sobczak i Tadeusz Tadko – późniejszy żołnierz „Parasola” – wyjaśnia nasz rozmówca.


Dodał, że hufiec Mokotów Górny brał udział w akcjach małego sabotażu, dlatego także jego zastęp w nich uczestniczył. Ponadto ich głównym zadaniem było podrzucanie Niemcom pisemek "Der Klabautermann" i "Der Hammer", tworzonych przez polskich dziennikarzy konspiracyjnych. Malowaliśmy na murach – wspomina pan Eugeniusz - symbole Polski Walczącej, czy okolicznościowe napisy z racji świąt narodowych - 3 maja, czy 11 listopada. – Mieliśmy specjalny stempel z karykaturą Hitlera i napisem "Hycler". Stemplowaliśmy nim plakaty niemieckie. Braliśmy także udział w akcjach zrywania i niszczenia niemieckich drogowskazów, czy oblewaliśmy kwasem solnym mundury ich żołnierzy. Najlepiej udawało się to w zatłoczonych tramwajach - powiedział.

Działali na terenie niemieckiej dzielnicy, co – jak podkreślił nasz rozmówca – zdecydowanie utrudniało ich działalność i powodowało, że była ona jeszcze bardziej niebezpieczna. Jednocześnie zaznaczył, iż w tamtym czasie zarówno on jak i jego koledzy nie zważali na czyhające niebezpieczeństwo. – Nie dopuszczaliśmy wówczas myśli, że każda kolejna akcja może zakończyć się dla nas tragicznie. Jednak wtedy ta charakterystyczna dla młodzieńczego wieku wyobraźnia nie dopuszczała wizji poniesienia porażki, czy groźby śmierci – dodał.

Opisując kolejne akcje swojego zastępu zaznacza, że wiele z nich było przeprowadzanych „nadprogramowo” bez pozwolenia przełożonych. Nie sposób opisać wszystkich.

Jedną z nich było wspólne z Kazikiem stemplowanie „Hycler-em” niemieckich plakatów, na których zapisano rozporządzenia porządkowe i zawiadomienia o masowych egzekucjach. – W pewnym momencie dostrzegliśmy, iż obserwuje nas młody mężczyzna w cywilnym ubraniu. Natychmiast odskoczyliśmy i rozdzieliliśmy się. Poszedłem jedną stroną Czerniakowskiej, Kazik drugą. Przy domu ul. Czerniakowska 225 nagle ktoś mnie złapał za rękę. I usłyszałem "Halt!". Wówczas wszystko mogło się zdarzyć. Między mną a mężczyzną rozpoczęła się szamotanina. Dzięki Opatrzności udało mi się wyrwać. Środkiem ulicy w stronę Czerniakowa nadjechał tramwaj, do którego szybko wskoczyłem, wówczas nie miały one zamykanych drzwi. Zobaczyłem, jak Kazik się z kimś szamotał. Przejechałem zaledwie jeden przystanek i wysiadłem przy ul. Szarej. Następnie tylko sobie znanymi przejściami między domami i dziurami w płotach dotarłem do domu na ul. Fabrycznej. Kiedy opadły emocje uświadomiłem sobie, jakie groziło nam niebezpieczeństwo i czym mogłoby to się zakończyć. Kazik także szczęśliwie dotarł do domu – wspominał pan Eugeniusz.

Z Szarych Szeregów do „Baszty”

Jego zastęp działał w hufcu Mokotów Górny do czasu reorganizacji Szarych Szeregów, czyli do 2 listopada 1942 roku. - Wówczas zapadła decyzja o utworzeniu GS-ów, czyli Grup Specjalnych uczestniczących w walce z bronią w ręku; BS-y – Bojowe Szkoły, gdzie szkolono chłopców w zasadzie w wieku 15-17 lat oraz Zawiszaków, w skład których wchodzili chłopcy poniżej 15 roku życia – wyjaśnił. Dodał, że on sam, po reorganizacji Szarych Szeregów, był odpowiedzialny za sieroty, których rodzice poginęli w czasie wojny. – Oni znajdowali się w ośrodku ks. Siemca, gdzie opiekowano się nimi. Sam miałem zaledwie 16 lat, ale oni byli zdecydowanie młodsi. Działałem tam przez trzy, cztery miesiące. Później mój starszy kolega Adam Szpaderski ps. „Kordian” namówił mnie do wstąpienia do  batalionu Armii Krajowej „Baszta”. Pod koniec 1943 r. batalion ten przekształcono w pułk "Baszta" – powiedział nasz rozmówca.

W skład pułku weszły trzy bataliony: "Bałtyk", "Karpaty" i "Olza”. „Genek” służył w kompanii K-2, batalion "Karpaty". Dzięki dobremu wyszkoleniu jakie uzyskał w „Baszcie” został sekcyjnym w swojej kompanii. Następnie skierowano go na tzw. kurs młodszych dowódców, który właściwie był odpowiednikiem Szkoły Podchorążych Armii Krajowej, gdzie przyjmowano także osoby przed zdaniem matury. - Na początku maja 1944 r. Niemcy aresztowali jednego z członków naszej drużyny - Tadeusza Dałkiewicza ps. "Salwicz". Dlatego też dowódca kompanii Piotr Słowikowski ps. „Pawłowicz” nakazał nam wszystkim, którzy mieliśmy prywatny kontakt z „Salwiczem” natychmiastowy wyjazd na partyzantkę w tereny kieleckie i lubelskie. W czerwcu miałem zdawać maturę na kompletach tajnego nauczania i dlatego wyjazd na partyzantkę był dla mnie niemożliwy. Postanowiłem swoim problemem podzielić się z dowódcą, który powiedział wówczas do mnie: "Rozumiem. Masz rację. O naukę trzeba dbać". Mogłem zostać w stolicy, ale postawiono mi jeden warunek, że nie pokażę się więcej w domu i tak też się stało. Do wybuchu Powstania Warszawskiego nocowałem u rodziny, znajomych, ale nie w domu. Później okazało się, że „Salwicz” nikogo nie wydał.
Był twardy do końca, gdyż Niemcy nie przyszli do nikogo z nas, co oznacza, że nasz kolega nic nikomu nie powiedział. Decyzja mojego dowódcy pozwoliła mi 1 lipca 1944 r. zdać ostatni egzamin maturalny – opowiedział nam pan Eugeniusz. Po aresztowaniu „Salwicza” dowództwo objął kpr. pchor. Leszek Czaykowski "Jastrzębiec II", a nasz rozmówca został jego zastępcą. Powstanie Warszawskie zbliżało się wielkimi krokami.

Wszystko na jedną szalę

Powstanie Warszawskie dla większości młodych jego uczestników było najtrudniejszym egzaminem z życia. Codziennie widzieli setki zabijanych ludzi, w tym często członków swoich rodzin, przyjaciół, czy znajomych. Żyli jednak z nadzieją i wiarą w możliwe pokonanie Niemców. Pomimo, iż niebezpieczeństwo czyhało na każdym kroku nie ulegli mu i odważnie stanęli do walki. 30 lipca 1944 r. drużyna pana Eugeniusza przewiozła broń kompanii K-2 z Bielan na Służew do przejściowego magazynu. - Z magazynu na Wawrzyszewie wyruszyło nas około dwunastu. W sześciu zajęliśmy miejsce na ostatnim pomoście tramwaju. Każdy z nas miał osobny bagaż. "Racuch" jechał z pistoletem maszynowym w eleganckiej papierowej torbie, z której niestety trochę wystawała kolba. "Kordian" miał futerał od wiolonczeli w którym idealnie zmieściły się 4 karabiny. Natomiast ja - "Sęk" – trzymałem brezentową torbę po masce gazowej pełną angielskich granatów obronnych. "Czarny" i "Disney" dźwigali wielkie paczki, w każdej z nich było 50 sidolówek – ręcznych granatów produkcji okupacyjnej. Każdy z nas miał oprócz tego za paskiem pistolet. Zatłoczony początkowo pomost nagle zaczął pustoszeć, gdyż ludzie zorientowali się co przewozimy. Około 50 m przed tramwajem jechał na rowerze nasz kolega, który miał ostrzec przed ewentualnym zagrożeniem. Tak też się stało. W tamtym czasie po Krakowskim Przedmieściu jeździły tramwaje i to właśnie tam nasz kolega zaczął sygnalizować zbliżające się kłopoty. Trzech Niemców weszło na jezdnię chcąc zatrzymać tramwaj. Uratował nas motorniczy, który już wcześniej zorientował się co wieziemy. Zareagował on bardzo przytomnie i nie zatrzymał się na znaki dawane przez Niemców, a wręcz przeciwnie nawet przyspieszył. Dojechaliśmy szczęśliwie do Złotej. A dwa dni później wybuchło Powstanie, będące naszym egzaminem – powiedział pan Eugeniusz.

1 sierpnia 1944 roku o godz. 15.00 zorganizowano zbiórkę na rogu Puławskiej i Woronicza. Pana Eugeniusza odprowadził ojciec, szli spokojnie, mijając znajome miejsca. - Ojciec wiedział o mojej działalności. Pożegnaliśmy się koło gimnazjum im. Batorego. Nigdy więcej się nie zobaczyliśmy. Ojciec zginął po Powstaniu w obozie koncentracyjnym – wspomniał. Po rozstaniu z ojcem kierował się na Wyścigi, gdzie stacjonowali Niemcy, których mieli zaatakować. - Na Wyścigi, przez furtkę w murze od strony wsi Zagościniec pierwsza weszła kompania K-1, potem my K-2. K-3 miała atakować od strony wsi Wyczółki. Po przebiegnięciu przez stajnie, gdzie zaskoczeni Niemcy zostawili mnóstwo broni i amunicji. Dotarliśmy do budynku kantyny, który był wysunięty najbardziej w kierunku trybun przy głównym torze wyścigowym. Na terenie Wyścigów stacjonowało około ośmiuset niemieckich żołnierzy z jednostki konnej SS. Nasze oddziały były znacznie mniej liczne. Nas było około czterysta osób, zdecydowanie słabiej uzbrojonych. Początkowo Niemcy byli bardzo zaskoczeni i działali chaotycznie. Niestety szybko ochłonęli i zaczęli nas „wypierać” ze zdobytego terenu – wspomniał.

Jak dalej opisywał, Niemcy strzelali z trybun i sprzed nich. Młodzi warszawiacy korzystając ze wszystkich swoich możliwości próbowali powstrzymać Niemców. – Prowadziłem ogień z karabinu. Na moment, nieopacznie, wychyliłem głowę i nagle poczułem „dziwne” ciepło na włosach. Kiedy się odwróciłem zobaczyłem na mojej wysokości dziurę w ścianie. Kolejny raz okazało się, że Opatrzność nade mną czuwała. Gdybym ułamek sekundy wcześniej podniósł głowę dostałbym pocisk w samo czoło – wyznaje. Na Wyścigach trwała tragedia młodych powstańców, którzy zaczęli natychmiast się wycofywać. - Niemcy wstrzelali się w otwartą przestrzeń między kantyną i stajniami, skąd prowadzili ostrzał. Kilka minut później z innej strony także jesteśmy atakowani. Mieliśmy wrażenie, że jesteśmy przez nich otoczeni. Nie pozostało nic innego jak wycofać się w bezpieczniejsze miejsce. Udało się nam jakoś skokami, pojedynczo wydostać ze stajni i wysuniętych na południe budynków. Stwierdziliśmy, iż jedyną drogą odwrotu będzie tor treningowy położony na zachód od stajni i zabudowań. Cały teren treningowego toru wyścigowego był pod ciągłym ogniem niemieckiej broni maszynowej. Kto nie wytrzymał nerwowo i poruszał się skokami, musiał w końcu dostać. Widziałem jak padają kolejni koledzy – opowiadał dalej nasz rozmówca.

Jak wyjaśnił po przeczołganiu się w kierunku północno-zachodnim przez część toru treningowego zauważył załom muru, który stał się dla nich naturalną osłoną. - Dotarło nas tam piętnastu może dwudziestu. Większość była ranna. Tylko nas czterech nie odniosło żadnych obrażeń. Wiedzieliśmy, że nie możemy tam zostać i musimy szukać możliwości ucieczki.  Przy samym murze rosły drzewa, na które razem z kolegą się wdrapaliśmy, by usiąść na murze. Dwóch pozostałych podawało nam kolejno rannych kolegów. Następnie najdelikatniej jak umieliśmy opuszczaliśmy ich na drugą stronę muru – opisuje „Genek”, który tą akcję uważa za największy swój sukces z czasów II wojny światowej. Wiedzieli, że gdyby pozostali oni na torze Wyścigów to Niemcy by ich „podobijali” jak zrobili to z innymi którym nie udało się dotrzeć do muru.

Powstanie rozpoczęło się na dobre. Dramat matek, ojców, całych rodzin, które w napięciu oczekiwały wieści o swych dzieciach był ogromny. – Wciąż w uszach brzmi mi pytanie „Gdzie jest Jurek?”, które zadała mi matka 16-letniego kolegi „Drzazgi II”. Zginął on na Wyścigach. Nie miałem odwagi opowiedzieć tej kobiecie o tym. Jej pytanie mnie zamurowało. Wykręciłem się tłumacząc, że batalion rozbito. Byłem jednak świadomy, że ona jako matka wie, że czuje co spotkało jej dziecko. Sam nie byłem w stanie wówczas jej powiedzieć – wyznaje pan Eugeniusz. Nie sposób opisać wszystkich historii z życia naszego rozmówcy. Jak sam podkreślał wielokrotnie tylko cudem udało mu się przeżyć. Wierzy, że to Boża Opatrzność chroniła go od niemieckich kul. – Pewnego dnia zostałem skierowany przez dowódcę plutonu na penetrację terenu w kierunku klasztoru dominikanów na przedłużeniu ul. Wiśniowieckiego w kierunku Wisły. Było bardzo wcześnie, ale powoli się przejaśniało. Szedłem ulicą, która w pewnym momencie się skończyła i zaczęły się pola kartofli. Nagle w moim kierunku poszła seria z klasztoru. Jak długi padłem w kartofle, przytuliłem się do ziemi i czekałem. Niemcy cały czas strzelali, a ja nie ruszałem się ani na krok. W pewnym momencie ostrzał się zmniejszył a Niemcy uznali, że mnie trafili. Odczekałem chwilę i po cichu skoczyłem do przodu. Za moment znów rozległa się strzelanina, ale ja byłem już bezpieczny – opowiada „Sęk”.

Jeniec wojenny, który jeńcem nie był

Po zakończeniu Powstania Warszawskiego pan Eugeniusz i kilku jego kolegów zostali uznani przez Niemców za zwykłych bandytów, tym bardziej, że nie posiadali oni uprawnień kombatanckich. Zostali wywiezieni do Pruszkowa skąd podstępem wyjechali w grupie kobiet, w której spotkał swoją dawną koleżankę ze szkoły, a późniejszą wielką miłość Teresę Kuklińską ps. "Basia", byłą sanitariuszkę z batalioniu "Oaza". Od tamtej pory zaprzyjaźnili się i starali się nie rozstawać. Razem trafili do Bossen, gdzie podali się za młode małżeństwo. - Po kilku dniach zostaliśmy wywiezieni do miejscowości Storkow, gdzie na targu niewolników wybrał nas jeden z okolicznych ogrodników – wyjaśnił pan Eugeniusz.

Jak zaznacza dzięki znajomości języka niemieckiego i angielskiego było mu o wiele łatwiej niż innym. Pod namową „Kordiana” postanowili uciec za względu na zbliżający się front rosyjski. - Postanowiliśmy nie czekać na wyzwolenie przez "ruskich". Wiedzieliśmy co robili z AK-owcami na wyzwolonych terenach. Postanowiliśmy uciekać na zachód – dodał.

Przy pomocy przypadkowo napotkanego kolegi z Powstania Warszawskiego, Jurka Kisielińskiego ps. "Dyszel" naszemu bohaterowi i jego przyjaciołom udało się dobrowolnie wejść do obozu dla jeńców w Moosburgu, wśród których byli także żołnierze walczący w Powstaniu. – Po zweryfikowaniu przez męża zaufania polskiej grupy jenieckiej sierżanta Janusza Ragusa ps. "Wicher" poczuliśmy się pełnoprawnymi jeńcami wojennymi. Muszę tu podkreślić, że Niemcy nie wiedzieli, że jesteśmy w obozie. Byliśmy chyba jedynymi jeńcami wojennymi, którzy nie uciekli ale sami znaleźli się w obozie – zaznaczył „Sęk”. Wyjaśnił, iż  29 kwietnia 1945 r. wojska III Armii Amerykańskiej gen. Pattona wyzwoliły Stalag VII A w Moosburgu i tym samym został wyzwolony przez Amerykanów jako jeniec wojenny. - Nie figurując w żadnej ewidencji niemieckiej znalazłem się jako jeniec w ewidencji polskiej i tak byłem traktowany przez władze polskie na Zachodzie. Wydaje mi się, że jest to jedyny przypadek w historii II wojny światowej – powiedział pan Eugeniusz. Los sprawił, że rozdzielili się z Teresą.

Miłość aż do grobowej deski

Miesiąc później nasz bohater został przewieziony do obozu byłych jeńców wojennych w Bambergu. Jego przyszła żona wyjechała do Murnau, skąd mieli ją przewieźć do obozu kobiecego Armii Krajowej. Wówczas pan Eugeniusz postanowił pojechać do przyjaciółki. Dzięki znajomości z jednym z kolegów z klasy sprzed wojny, udało się nam załatwić przepustki upoważniające do przejazdu do Burgu. Razem z „Genkiem” wyjechał „Wicher”, który szukał swojej żony. Po niezwykłej podróży udało im się w końcu dotrzeć do Burgu. Kiedy znaleźli się w kancelarii okazało się, że w obozie nie ma poszukiwanych przez nich kobiet. - Ponieważ był już czas kolacji, dały nam obu karteczki na kolację i skierowały do obszernego kasyna. Stołówka była olbrzymia. Usiedliśmy przy najbliższym wolnym stoliku i zjedliśmy kolację. W międzyczasie sala się znacznie przerzedziła. Nagle zobaczyłem, że kilkanaście stolików dalej siedzi ona – moja Terenia. Ona też mnie w tym momencie dostrzegła. Rzuciliśmy się sobie w ramiona – wspomina pan Eugeniusz. Pan Eugeniusz wraz z przyszłą żoną nie rozstawali się. Znajomość języka angielskiego i niemieckiego spowodowała się, że został tłumaczem Amerykanów.

12 sierpnia 1945 r. w pięknej scenerii górzystej Hesji przy ołtarzu polowym z Orłem Białym  nad ołtarzem polski ksiądz udzielił ślubu Teresie Kuklińskiej ps. "Basia", łączniczce/sanitariuszce batalionu AK "Oaza" i Eugeniuszowi Tyrajskiemu ps. "Sęk", żołnierzowi kompanii K-2 pułku AK "Baszta". – Siedem lat temu (13 sierpnia 2005 r.) obchodziliśmy nasze diamentowe gody. W Katedrze Polowej Wojska Polskiego w Warszawie odbyła się uroczysta Msza św., której przewodniczył ówczesny ordynariusz polowy śp. ks. bp Tadeusz Płoski, który zginął tragicznie w katastrofie smoleńskiej – mówi dalej nasz bohater.

Ten twardy mężczyzna, który wiele wycierpiał dodaje z drżącym głosem, że ze zdjęciem swojej ukochanej żony nie rozstaję się ani na chwilę. – Byliśmy razem przez 60 lat. Na dobre i na złe. Moja Terenia niedługo po naszym wielkim jubileuszu zmarła. Mam niezwykłe zdjęcie kiedy śp. ks. bp. Płoski klęka przed moją małżonką i całuje ją w dłoń. Dla mnie był to bardzo osobisty i ważny moment – wyznaje.

Pan Eugeniusz urzeka każdym słowem wypowiedzianym o swojej zmarłej żonie. Niezwykłe jest to, w jaki sposób ją wspomina. I napawa wielkim podziwem, że w tych trudnych czasach, mimo bólu i cierpienia, na które oboje byli zmuszeni patrzeć potrafili pokochać tak mocno. Aż do grobowej deski.

Spotkanie z miłym, sympatycznym i pełnym radości Panem Eugeniuszem było niesamowitą lekcją historii Polski. Lekcją prawdy o heroicznych ludziach, którzy wierzyli w wolną Polskę i za nią narażali swoje życie.

Izabela Kozłowska

NaszDziennik.pl