logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Jak się fałszuje wybory

Sobota, 6 grudnia 2014 (02:13)

Nigdy jeszcze w ciągu 25 lat istnienia III RP nie pojawiły się tak poważne podejrzenia o sfałszowanie wyborów jak po głosowaniu samorządowym 16 listopada. Niestety, nasz system wyborczy jest tak dziurawy, że wręcz stwarza warunki do tego, aby „pomajstrować” przy głosowaniu.

– Możliwości oszustw wyborczych istniały od dawna, ale dopiero teraz na tę sprawę zaczęto patrzeć uważniej – mówi Zbigniew Wróblewski, który był kilka razy członkiem obwodowych komisji wyborczych w Warszawie. – Po prostu wcześniej media zajmowały się co najwyżej nieprawidłowościami, do których dochodziło w pojedynczych okręgach wyborczych, a teraz podawane są w wątpliwość rezultaty głosowania do sejmików wojewódzkich w całym kraju – dodaje.

Od komisji wiele zależy

Nie mamy materialnych dowodów (na razie?) na to, że tegoroczne wybory do sejmików zostały sfałszowane. Jednak zapewne w tym roku – podobnie jak przy okazji poprzednich wyborów samorządowych – okaże się, że w niektórych obwodach, okręgach wyborczych doszło jednak do fałszerstw, co w prawomocnych orzeczeniach stwierdzą sądy rozpatrujące protesty wyborcze. Przecież zdarzały się w przeszłości przypadki, że sądy nakazywały powtórzenie wyborów na radnych czy wójtów, i to jest najlepszy dowód na to, iż fałszerstwa wyborcze są możliwe także na szerszą skalę. Co więcej, w wielu przypadkach nie zgłaszano protestów, bo ludzie nie wierzyli, że sąd może coś zmienić i uderzyć w lokalne układy, które sterowały wyborami.

Okazję do manipulowania wyborami stwarza już system powoływania obwodowych komisji wyborczych. Wystarczy bowiem, że lokalne władze zadbają o to, aby w komisjach znalazło się jak najwięcej „swoich”. Nic nie stoi bowiem na przeszkodzie, aby przy wyborach pracowali krewni wójta czy burmistrza albo kandydatów na radnych. W komisjach masowo też zasiadają urzędnicy samorządowi, przedstawiciele stowarzyszeń i organizacji będących „na garnuszku” gminy czy powiatu. I cała gama ludzi powiązanych w ten czy inny sposób z władzami.

– W wielu komisjach od lat zasiadają prawie te same osoby – podkreśla Zbigniew Wróblewski. – Oczywiście, jeśli kandydatów jest więcej niż miejsc, to odbywa się losowanie. Ale urzędnicy mają swoje sposoby, aby i przy takim losowaniu pomóc odpowiednim ludziom – dodaje.

Paweł Soloch, ekspert Instytutu Sobieskiego, nie ma wątpliwości, że komisje powinny być niezależne od lokalnych władz, bo wtedy nie będą miały możliwości wpływania na głosowanie, nie będą „sędziami” we własnej sprawie.

– W krajach zachodnich, np. we Francji, wybory organizuje Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. To MSW powołuje komisje wyborcze, dostarcza urny, lokalne władze nie biorą w tym udziału – mówi Soloch. I dodaje, że w polskich warunkach ustawowa niezależność komisji wyborczych jest często iluzoryczna, gdyż w gminach zazwyczaj wójt to największy pracodawca i jeśli nie ma skrupułów, to potrafi podporządkować sobie całą gminę. Wtedy mało kto odważy się wystąpić w wyborach przeciwko wójtowi, a nawet jak się ktoś taki trafi, to w razie czego komisje obwodowe „zadbają” o odpowiedni wynik głosowania.

A jak oszukują członkowie komisji obwodowych? Sposobów jest kilka. Najpierw nieważne głosy. Można je „produkować” najłatwiej przez dostawianie dodatkowych „krzyżyków” na liście kandydatów, starając się oczywiście o to, aby takie nieważne głosy zmniejszały poparcie dla rywala naszego kandydata albo innych list wyborczych.

Michał Góras, ekspert Fundacji Republikańskiej, wskazuje, że modelowo liczenie głosów powinno wyglądać tak: wszyscy członkowie komisji najpierw wspólnie zabezpieczają niewykorzystane karty wyborcze, zamykają je w szczelnym opakowaniu, aby nikt ich nie wyjął. Potem zdejmowane są plomby z urny, jest ona otwierana i wszystkie karty są wysypywane na stół. Następnie przewodniczący otwiera każdą z kart, ogląda ją i to samo czynią inni członkowie komisji. Głosy ważne są odkładane na jedną kupkę, głosy nieważne na drugą. Komisja wspólnie potem liczy też wyniki głosowania na listy i kandydatów i sporządza protokół.

Tymczasem często jest tak, że członkowie komisji dzielą się kartami, każdy liczy je oddzielnie, potem sumują wyniki. Wystarczy więc, że trafi się jeden nieuczciwy, który „poprawi” krzyżyki na kartach albo np. podmieni karty (wcześniej ma przygotowane te, które nie zostały wykorzystane i ich nie zabezpieczono) i wyniki wyborów są sfałszowane. To łatwe, tym bardziej że prace komisji nie są monitorowane, nie odbywają się pod nadzorem kamer internetowych. Pan Aleksander (prosi o niepodawanie nazwiska) był świadkiem podczas wyborów w 2011 roku, jak jedna z pań zasiadających w komisji właśnie podczas takiego „indywidualnego” liczenia podmieniła część kart. – Poprawiła wynik wyborów komitetu, który popierała. Tylko ja to widziałem, nie protestowałem, bo ta pani była dyrektorką szkoły, osobą powszechnie szanowaną i nikt by mi pewnie nie uwierzył – tłumaczy się nasz rozmówca.

Po takim liczeniu może się okazać, że np. kandydat w wyborach na radnego przepadł, choć teoretycznie mógł liczyć na spore poparcie. Tak jak podczas wyborów samorządowych w 2010 roku, gdy radnym nie został kandydat popierany przez Karolinę Krupińską. Pani Karolina mieszkała wtedy na wsi pod Ciechanowem. – Wspieraliśmy jednego z kandydatów, miała na niego zagłosować cała moja rodzina, sąsiedzi. I jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się w poniedziałek rano, iż nie dostał on nawet… jednego głosu. Namawialiśmy go na złożenie protestu, ale zrezygnował z wytaczania sprawy. Nie chciał wchodzić w „polityczne bagno” – relacjonuje Karolina Krupińska.

Do podobnego zdarzenia doszło podczas ostatnich wyborów w Choroszczy, gdy jedna z kandydatek na radną nie dostała – jak wynika z protokołu – ani jednego głosu, podczas gdy zgłosili się wyborcy, którzy twierdzą, że na nią zagłosowali. Ta sprawa akurat trafi do sądu i dowiemy się niedługo, czy protest będzie skuteczny.

Cuda przy urnie

Fałszowanie wyborów często jest nazywane potocznie „cudami przy urnie”, ale zwyczaje polskie wręcz stwarzają pokusy, aby takich „cudów” dokonywać. Nie mamy zestandaryzowanych, dużych, przezroczystych urn, ale każda komisja w zasadzie posługuje się takim modelem, jakim chce: jedne urny są z tektury, inne ze sklejki, jeszcze inne z plastiku. A już symbolem ostatnich wyborów była urna wykonana z kosza na śmieci.

Do takiej urny łatwiej jest dorzucić głosy, zwłaszcza jeśli komisja jest w „swoim” gronie. Trzeba tylko pamiętać, żeby potem dostawić odpowiednią ilość podpisów w spisie wyborców, żeby zgadzała się ona z liczbą kart wyjętych z urny. Jeszcze łatwiej jest to zrobić, stosując manewr z „przepełnioną urną”. Takie rzeczy też się u nas zdarzają, komisja powinna być na nie przygotowana , bo jeśli ma małą urnę, to w pogotowiu musi czekać druga. Tylko że ta druga od razu powinna być opieczętowana i stać cały czas w lokalu wyborczym. Kto bowiem zagwarantuje, że gdy urna jest gdzieś schowana i wnoszona dopiero po południu, to ktoś do niej wcześniej nie wrzucił odpowiednio wypełnionych kart? To jest nie do wykrycia, jeśli nie zapomni się podrobić brakujących podpisów wyborców, którzy rzekomo głosowali, choć nikt ich w lokalu nie widział.

Co jakiś czas wychodzą na jaw dziwne historie z kartami wyborczymi. W 2010 roku, podczas wyborów prezydenckich, z urny w polskiej ambasadzie w Brukseli wyjęto 98 kart do głosowania więcej, niż wydano ich wyborcom. I nikt nie był w stanie stwierdzić, jak to się stało, bo wszystkie karty były prawidłowo opieczętowane. Sprawy nie wyjaśniono, winnych nie ukarano.

Z kolei w 2011 roku warszawska prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie paczki z wypełnionymi kartami wyborczymi, które znaleziono po wyborach samorządowych w 2010 roku w bagażniku byłego szefa komendy policji z warszawskiej dzielnicy Białołęka. Paczka miała rzekomo przypadkowo zostać w samochodzie już po wyborach, gdy funkcjonariusze przewozili karty do archiwum.

Za duża liczba kart wyjętych z urny to także częsty powód składania protestów wyborczych. Również w tym roku. Przykładem niech będzie sprawa z gminy Nurzec-Stacja na Podlasiu. Tam jeden z kandydatów na radnego przegrał wybory o jeden głos, ale jak się okazało z urny wysypano o dwie karty do głosowania więcej, niż ich wydano. Przypadek? Rozstrzygnie to Sąd Okręgowy w Białymstoku rozpatrujący protest wyborczy.

Michał Góras mówi o jeszcze jednym sposobie na „poprawianie wyników”, który stosuje się zwłaszcza w małych, wiejskich okręgach wyborczych, gdzie głosuje niewielu ludzi i o zdobyciu mandatu radnego decydują pojedyncze głosy. – W lokalu wyborczym zjawia się człowiek i otrzymuje karty wyborcze bez sprawdzenia jego tożsamości. Przewodniczący komisji mówi, że to niepotrzebne, bo wyborca mieszka tutaj i wszyscy go znają. Tylko kto zagwarantuje, że ten ktoś nie przyszedł drugi raz głosować albo jest podstawiony, zupełnie stąd nie pochodzi? – pyta Góras.

Po każdych wyborach słychać też doniesienia o tym, że kandydat lub kandydaci kupowali głosy. Czasami wystarczy 20 złotych, innym razem butelka wódki. Najczęściej do takich kroków posuwają się kandydaci z małych gmin, gdzie nie trzeba przekupywać dużej liczby wyborców. Ale najgłośniejsza tego typu afera wybuchła w Wałbrzychu po wyborach samorządowych w 2010 roku. Trzech mężczyzn: Robert S., Stefan W. i Mirosław P. wręczyli łącznie 8 tys. zł i alkohol mieszkańcom kilku dzielnic, aby w zamian oddawali głosy na kandydatów na radnych z listy Platformy Obywatelskiej. To samo miało dotyczyć głosowania podczas drugiej tury wyborów na prezydenta miasta – 5 tys. zł wydano na wsparcie kandydatury Piotra Kruczkowskiego.

Ostatnim wąskim gardłem jest zliczanie głosów, co widać było po ostatnich wyborach, gdy pojawiły się dowody, iż łatwo można było włamać się do systemu informatycznego. Państwowa Komisja Wyborcza twierdzi, że do żadnych fałszerstw nie doszło. Czy aby na pewno?

Jaki model?

Polski Kodeks wyborczy wymaga gruntownych zmian. Musimy poradzić sobie z problemem, który inni już dawno rozwiązali. W Grecji nie ma broszur jak u nas. Wyborca otrzymuje kopertę i nieduże kartki – na każdej z nich jest jedna lista wyborcza z nazwiskami kandydatów. Wyborca wybiera jedną kartę, wkłada ją do opieczętowanej koperty i wrzuca do przezroczystej urny i liczą się tylko głosy obecne w kopertach, a niewykorzystane karty zbiera komisja. Co ciekawe, przezroczyste urny są stosowane w wielu krajach, nawet w Rosji i na Białorusi, a te dwa ostatnie państwa raczej nie są wzorem demokratycznego ustroju.

We Francji każdy wyborca na długo przed głosowaniem dostaje pełną informację o kandydatach, listach wyborczych. Wie, kto startuje w jego okręgu, z jakiego komitetu. Można więc lepiej przygotować się do głosowania. Nad Sekwaną, gdzie demokracja ma dłuższy żywot niż u nas, za wybory odpowiada MSW, a nie jakaś tam PKW, i ich wyniki znane są po kilku godzinach od zamknięcia lokali komisji obwodowych. We Francji dokładnie wiadomo, kto za co odpowiada, na jakim etapie głosowania i łatwo jest wykryć jakąkolwiek próbę manipulacji.

Paweł Soloch relacjonuje, że z kolei w USA praca komisji wyborczych jest jawna. Miejsce głosowania jest oddzielone barierkami albo pleksą od reszty sali. Za taką przegrodą może stanąć każdy obywatel i przyglądać się samemu głosowaniu, jak i potem liczeniu głosów. W takich warunkach fałszerstwo jest w praktyce niemożliwe, bo zawsze ktoś by coś zauważył. A to grozi wybuchem gigantycznej afery, co nikomu się nie opłaca.

Krzysztof Losz

Nasz Dziennik