logo
logo

Zdjęcie: Arch. / -

Generałowie spod czerwonej gwiazdy

Sobota, 13 grudnia 2014 (02:00)

Przynieśli na polski grunt obcą, barbarzyńską tradycję sowieckiego wojska – ludzie kształtowani w wojsku organizowanym w ZSRS od 1943 roku przez Związek Patriotów Polskich, z woli Stalina. To oni utrwalali w skrwawionym dwiema okupacjami kraju władzę „ludową” – i oni ją ratowali, gdy była zagrożona.

Władze PRL zwykło się utożsamiać z PZPR i Służbą Bezpieczeństwa – zawsze jednak, gdy sytuacja stawała się dla komunistów krytyczna, czynnikiem decydującym o przebiegu wydarzeń było wojsko, stanowiące organiczną część struktur Układu Warszawskiego. Pozbawione samodzielności i bezwzględnie podporządkowane Moskwie, pacyfikowało podziemie niepodległościowe, umożliwiając zainstalowanie się w Polsce władzy sowieckiej; dławiło poznański Czerwiec w 1956, wzięło udział w inwazji na Czechosłowację w 1968, strzelało do ludzi na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku. A wojskowy wywiad niszczył po wojnie emigrację polityczną.

Runął mit „polskiej” armii

W 1980 i 1981 roku społeczeństwo chciało wierzyć, że jeżeli „wejdą” ze wschodu, to wojsko, w odróżnieniu od bezpieki – „polskie i patriotyczne”, stanie po stronie Narodu. Po masakrze grudniowej 1970 roku rozprze- strzeniano przecież pogłoski, że minister obrony gen. Wojciech Jaruzelski odmówił wydania rozkazu strzelania do pracowników stoczni, że został zamknięty w areszcie domowym, że naprawdę strzelała milicja przebrana w wojskowe mundury. Jeżeli wierzyć Benjaminowi Weiserowi, biografowi Ryszarda Kuklińskiego, nawet pułkownik tkwiący w samym środku tej machiny usiłował przekonać Amerykanów na pierwszym spotkaniu w Hadze w 1972 roku, że powinni wspierać organizację antysowiecką w siłach zbrojnych.

Gdy 13 grudnia 1981 roku gen. Jaruzelski ogłaszał powstanie Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, mit runął i stało się jasne, która siła służy Moskwie do utrzymania porządku nad Wisłą. Do zdławienia „Solidarności” na pierwszy front walki wystawiono generalicję ludową. Minister obrony gen. Jaruzelski został w gorącym 1981 roku – jako pierwszy w historii PRL wojskowy – premierem, a zarazem – tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego – przywódcą PZPR. Kontrolę nad resortem spraw wewnętrznych przejął gen. Czesław Kiszczak.

W składzie WRON znaleźli się też dowódcy różnych rodzajów wojsk i Okręgów Wojskowych, wprowadzeni na stanowiska cywilne – to oni objęli kluczowe ministerstwa, by zabezpieczać walkę z „kontrrewolucją”.

Z kuźni sowieckich kadr

Część członków WRON należała do grona kontynuatorów „elitarnej” tradycji „riazańczyków”, wywodzących się z powstałej w 1943 roku w Sowietach kuźni kadr – Szkoły Oficerskiej 1. Korpusu Polskich Sił Zbrojnych, której pomieszczeń użyczyła Oficerska Szkoła Piechoty w Riazaniu. Tam właśnie dojrzewała grupa przyszłych generałów w czasie, gdy w Londynie działał uznawany przez Zachód polski rząd. Stalin potrzebował do tworzonego przy Armii Czerwonej polskiego wojska oficerów – wszak ogromna większość z nich została wymordowana przez NKWD z jego rozkazu. Niezbędni byli ludzie wychowani według sowieckiego modelu, którzy okażą się przydatni w przyszłej sowieckiej Polsce. „Hartowali nas do walki komuniści polscy” – mówili o sobie „riazańczycy”.

Z Riazania przyszedł do Polski Jaruzelski – w PRL szef WRON, ostatni prezydent PRL. Jego powszechnie znany życiorys obfituje w kłamstwa dotyczące „szlaku bojowego”. Po wojnie, gdy zaczął zajmować eksponowane stanowiska, dorobiono mu legendę „prymusa” szkoły i „zwiadowcy” frontowego. W rzeczywistości był uczniem co najwyżej przeciętnym, a jako dowódca plutonu zwiadu konnego nie miał szczególnych osiągnięć. Znamienny jest fakt, że w kronice 5. pułku piechoty nazwisko Jaruzelskiego nie pada ani razu. Hagiografowie przypisali mu nawet przeprawę przez Wisłę 30 września do powstańczej Warszawy w celu ewakuacji powstańców, która miała zakończyć się uratowaniem kilkunastu ludzi.

Prawdą jest natomiast, że po wojnie jego pułk stacjonował nad Nysą Łużycką, gdzie pilnował granicy, by nie przedostawali się przez nią uciekinierzy i kurierzy, że brał udział w likwidacji podziemia zbrojnego w powiecie częstochowskim i Piotrkowie Trybunalskim, gdzie „zwalczał grupy bandyckie” wspólnie z funkcjonariuszami powiatowego UB. Z tamtych czasów pochodzi zredagowana przezeń informacja „Na terenie powiatu Radomsko istnieje zakonspirowana organizacja podziemna WiN”; w raportach opisywał „bojówki terrorystyczne”, „zabezpieczał” referendum 1946 roku, donosił na ludowców. Z dokumentów odnalezionych w archiwum IPN oraz Stasi wynika, że przyszły prezydent „odrodzonej” w 1989 roku Rzeczypospolitej był od 1946 roku tajnym współpracownikiem Informacji Wojskowej pod ps. „Wolski”.

Do środowiska „riazańczyków” należało – obok Jaruzelskiego – trzech członków WRON, wśród nich bliski współpracownik Jaruzelskiego gen. Florian Siwicki – prymus szkoły, który zrobił „u radzieckich” błyskawiczną karierę. Dowodzone przez niego oddziały tłumiły praską wiosnę ’68. W chwili ogłoszenia stanu wojennego był szefem Sztabu Generalnego LWP i wiceministrem obrony narodowej. Do „elitarnego” grona należał gen. Longin Łozowicki, dowódca Wojsk Obrony Powietrznej Kraju, oraz gen. Czesław Piotrowski, minister górnictwa i energetyki, wrażliwych strategicznie gałęzi gospodarki.

Z „tradycji berlingowskiej” wywodzili się także generałowie Tadeusz Tuczapski i Eugeniusz Molczyk. Pierwszy skupił w swoim ręku trzy podstawowe dla systemu obronnego państwa funkcje: Głównego Inspektora Obrony Terytorialnej, szefa Obrony Cywilnej Kraju oraz sekretarza Komitetu Obrony Kraju (KOK). Z kolei Molczyk doszedł na same szczyty sowieckiej hierarchii: został zastępcą naczelnego dowódcy Układu Warszawskiego, a po 13 grudnia 1981 roku był zastępcą Jaruzelskiego – wiceministrem obrony narodowej.

Gdy Sowieci przygotowywali się do agresji Układu Warszawskiego na Europę Zachodnią, obaj przewidywani byli na dowódców przyszłego Frontu Polskiego, Tuczapski w latach 60. XX wieku (w czasie wyższych kursów strategicznych w Moskwie) występował w roli „gubernatora Danii”, zaś Molczyk w kolejnej dekadzie.

Spadkobierca Smiersza

Do dziś żyje nieukarany za zbrodnie członek WRON gen. Czesław Kiszczak. Trafił do polityki z wojskowych tajnych służb. Mianowany na życzenie Moskwy ministrem spraw wewnętrznych w lipcu 1981 roku, był gwarantem skuteczności działania na wypadek, gdyby przerażonemu Jaruzelskiemu nerwy odmówiły posłuszeństwa.

Kontakt z komunistami nawiązał jako 18-latek w Austrii, gdzie Niemcy wywieźli go w 1943 roku na roboty. Do PPR wstąpił w 1945 roku dzięki dokumentowi wystawionemu przez austriackich towarzyszy. Ukończywszy w Łodzi Centralną Szkołę Partyjną, trafił do Głównego Zarządu Informacji, czyli kontrwywiadu – PRL-owskiej kontynuacji sowieckiego Smiersza. Pierwsze powojenne lata spędził na placówce w Londynie, gdzie zajmował się ściąganiem do PRL oficerów Polskich Sił Zbrojnych, których w dokumentach słanych do Warszawy oskarżał o przygotowywanie akcji dywersyjnych i szpiegostwo. Dla przyjeżdżających z Zachodu oficerów zarzuty te oznaczały w komunistycznej Polsce w najlepszym wypadku lata spędzone w więzieniu, częściej śmierć.

Jako funkcjonariusz Informacji katował więźniów – świadectwa przytacza historyk Leszek Żebrowski. W 2001 roku – pisze – przesłuchiwana przez Kiszczaka kobieta, złapana podczas ucieczki przez granicę, wspominała w liście do redakcji „Naszej Polski”: „Porucznika Czesława Kiszczaka ’poznałam’ na początku 1948 r. […] Ponieważ nic nie mówiłam, po całodziennym przesłuchaniu por. Cz. Kiszczak wysłał mnie na noc do karceru, bez okien, pryczy, napełnionego powyżej kostek wodą […]”. I jeszcze jeden przykład za Żebrowskim: w 1952 roku ppor. piechoty Zbigniew Kucharski w Ełku został dostrzeżony, gdy wchodził na plebanię. Aresztowany przez UB, trafił w ręce funkcjonariuszy Informacji. „Na drugi dzień przyjechał po mnie kapitan Czesław Kiszczak, szef Wydziału Informacji w Ełku – wspominał. – Kiszczak powiedział dwa słowa: ’Na kafelki!’. […] przez ponad dwa miesiące mnie przesłuchiwali […]. Nie widziałem światła dziennego ponad dwa miesiące”.

W 1967 roku Kiszczak został wreszcie zastępcą szefa Wojskowej Służby Wewnętrznej gen. Teodora Kufla, lecz ten pozbył się go w 1972 roku, widząc w nim przeciwnika w walce o fotel. Został wtedy szefem Zarządu II Sztabu Generalnego LWP (wywiadu wojskowego).

Witalij Pawłow, przedstawiciel KGB w PRL w latach 1973-1984, pisze w książce „Byłem rezydentem KGB”, że już w latach 70. XX wieku namawiał Jaruzelskiego, ówczesnego szefa MON, by Kiszczaka uczynił szefem WSW. Twierdzi, że decyzja o zastąpieniu Kufla Kiszczakiem zapadła w Moskwie. W 1979 roku Kiszczak zajął wreszcie miejsce Kufla jako gwarant lojalności wobec Kremla.

Kościół polski i mit Armii Krajowej – to dręczyło go najbardziej, poza osobistymi ambicjami. Panicznie bał się, że z „Solidarności” po jej rozbiciu narodzi się mit podobny do akowskiego. „Możemy obecnie tylko marzyć, żeby Bóg powołał go jak najszybciej na swoje łono” – te jego słowa o św. Janie Pawle II przytacza Pawłow. Gdy stan zdrowia Ojca Świętego po zamachu pogarszał się, „Kiszczak wypatrywał najmniejszej wiadomości, najdrobniejszego szczegółu, świadczącego, że dni papieża są policzone”.

Odchodzą z honorami

W III Rzeczypospolitej byli nietykalni. Tych najważniejszych po śmierci chowano z honorami wojskowymi na cmentarzu Powązkowskim, żegnał ich Jaruzelski: Piotrowskiego osobiście w 2005, Tuczapskiego w 2009 listem pożegnalnym, podobnie Siwickiego w 2013 roku.

W pogrzebie tego ostatniego uczestniczył także „postsolidarnościowy” minister obrony Janusz Onyszkiewicz – ten, który w 2010 roku jako mąż wnuczki Józefa Piłsudskiego protestował zaciekle przeciwko złożeniu ciała poległego pod Smoleńskiem prezydenta Lecha Kaczyńskiego w katedrze wawelskiej obok Marszałka.

Sam szef WRON Wojciech Jaruzelski został pogrzebany w tym roku zgodnie z ceremoniałem przysługującym byłemu prezydentowi III RP. Był nim przecież z woli działaczy „Solidarności” pokroju Bronisława Geremka i Adama Michnika, którzy bardziej bali się „ciemnego katolickiego” społeczeństwa niż „oświeconych” komunistów.

Anna Zechenter

Nasz Dziennik