logo
logo

Zdjęcie: KSC/ -

"Polski Cukier" ma się dobrze

Czwartek, 18 października 2012 (06:05)

Z mec. Elżbietą Barys rozmawia Mariusz Kamieniecki

Krajowa Spółka Cukrowa obchodzi 10-lecie istnienia. Jest co świętować?

- Jest, mimo wszystko jest. W zasadzie to jedyna firma, którą na przestrzeni ostatnich 20 lat udało się utworzyć na bazie polskiego majątku. Szkoda tylko, że reformy unijne doprowadziły do tego, iż zamiast ponad 20 cukrowni wchodzących w skład Krajowej Spółki Cukrowej, dzisiaj mamy ich tylko siedem. Trzeba się jednak cieszyć, że te, które pozostały, są pięknymi fabrykami i mają dzisiaj 40 proc. udziału w rynku produkcji cukru w Polsce. W innym wypadku bylibyśmy skazani na konsumpcję wyłącznie niemieckiego cukru, który de facto nie jest tak dobry jak nasz.

A zatem jednak sukces?

- Trzeba mieć satysfakcję, że przynajmniej w jednej dziedzinie udało się skonsolidować majątek i ustawowo powołać tę firmę. Z góry było wiadomo, że przyniesie ona sukces, bo takie były wyliczenia. Opór materii był okrutny, a mimo wszystko się udało. Przynajmniej część polskich ziem jest obsiewana burakami cukrowymi, co jest niezmiernie ważne także dla samej gleby, która potrzebuje tej uprawy jako płodozmianu.

W jakich okolicznościach i kiedy zrodził się pomysł utworzenia KSC i marki "Polski Cukier"?

- W 1990 r. zaraz po wyborach do kontraktowego Sejmu do Polski zjechali lobbyści - przedstawiciele koncernów niemieckiego, francuskiego i brytyjskiego, którzy niczym sępy rzucili się na polskie cukrownie i wywierali naciski na polski rząd, brali udział w obradach parlamentu. Wówczas tak naprawdę Polska została podzielona i przygotowana do prywatyzacji, zresztą nie tylko tej gałęzi. Zgodnie z mapą cukrową całym południem od Śląska aż po cały wschód Polski miał rządzić Sźdzucker, centrum - czyli kalisko-konińskie, leszczyńskie miał mieć Pfeifer & Langen, zachodnio-północna część miała należeć do Nordzucker, a część północno-wschodnia miała być pod wpływami British Sugar. Robiono wszystko, aby doprowadzić do obniżenia wartości polskich spółek cukrowych, a w efekcie do ich przejęcia za grosze przez zachodnie koncerny. Ministerstwo skarbu sprzedawało wówczas na lewo i prawo państwowy majątek i los ten podzieliły także cukrownie, chociażby Śląska Spółka Cukrowa czy pięć cukrowni kalisko-konińskich, które w efekcie zostały oddane w ręce niemieckie za śmieszne pieniądze. To, co się działo, można śmiało określić mianem złodziejskiej prywatyzacji. Robiliśmy, co tylko możliwe, aby ustawa o regulacji rynku cukru, tzw. ustawa cukrowa, która powoływała do życia Krajową Spółkę Cukrową "Polski Cukier", jak najszybciej weszła w życie. W 2001 r. Sejm przyjął ustawę o regulacji rynku cukru i powołaniu Krajowej Spółki Cukrowej, do której miały trafić wszystkie niesprywatyzowane dotąd cukrownie, tworząc jeden duży podmiot zdolny do sprostania konkurencji firm zagranicznych. Krajowa Spółka Cukrowa SA powstała rok później, w sierpniu 2002 roku.

Co przemawiało za powołaniem KSC?

- Argumentów było kilka. Przede wszystkim 200-letnie tradycje cukrownicze w Polsce, ponadto konsolidacja majątku zawsze daje efekt i korzyści nie tylko dla danej branży, ale także dla państwa. Ważne jest to, że społeczeństwo jest zaopatrywane w swój produkt, którego nie trzeba u nikogo kupować i sprowadzać z zagranicy. Tym, co przemawiało za powołaniem "Polskiego Cukru", było również to, że taka firma miała szanse wyjść poza Polskę i za granicą zarabiać konkretne pieniądze dla państwa. Ustawę cukrową charakteryzowało także to, że dawała ona pewność, iż ten nasz produkt nigdy już nie zostanie wypuszczony z polskich rąk. W ustawie, którą wraz z innymi przeprowadziłam przez Sejm, był również zapis, że 70 proc. akcji poza 30 proc., które już zostały wydane w ramach ustawy o komercjalizacji i prywatyzacji, ma trafić do rąk pracowników i plantatorów, a gdyby oni chcieli się wyzbyć tych akcji, to mogą je sprzedawać tylko między sobą: pracownik - pracownikowi, plantator - plantatorowi. SLD, kiedy doszedł do władzy, niestety rozluźnił te zapisy ustawy cukrowej.

Zanim powstała marka "Polski Cukier", mówiło się, że nie ma racji bytu, że cukrownie trzeba sprzedać.

- Pamiętam, jak kilkanaście minut przed głosowaniem ówczesny premier Jerzy Buzek zaprosił nas do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i prosił, żebyśmy odstąpili od tej ustawy, a on sam powoła "Polski Cukier", ale bez ustawy. Oczywiście nie mogliśmy się na to zgodzić. Z kolei już w Sejmie premier Buzek w swoim wystąpieniu przeciwko powołaniu KSC podkreślił, że jest to sprzeczne z decyzjami Unii Europejskiej i tymi rozwiązaniami prawnymi, które dotyczą rynku cukru. Warto przy tym dodać, że w tym czasie Polska nie była jeszcze członkiem wspólnoty, a tym samym wdrożenie prawa unijnego było niemożliwe, zresztą groziło to procesem w Strasburgu i wysokimi karami, mimo to używano tego argumentu.

"Polski Cukier" stanowił zagrożenie dla cukru unijnego?

- Oczywiście, zwłaszcza dla potentatów - firm, które miały potężny lobbing, jak chociażby Sudzucker, która ma swą siedzibę naprzeciwko Parlamentu Europejskiego i lobbuje tam bez przerwy. Wszystkimi metodami próbowano zniszczyć "Polski Cukier", zanim jeszcze powstał. Próbowano nas ośmieszyć w mediach, których dziennikarze często bywali m.in. w Kolonii w siedzibie Sźdzucker. Była to dzika nagonka i niestety ówcześni polscy dziennikarze uczestniczyli w medialnym mobbingu przeciwko powstaniu "Polskiego Cukru".

Jak ówcześni ministrowie gospodarki traktowali temat "Polskiego Cukru"?

- Trwała batalia przeciwko KSC, w której uczestniczyli kolejni ministrowie: Kamila Sowińska, Emil Wąsacz czy Wiesław Kaczmarek. Robili oni wszystko, by sprzedać, co się tylko da, a branża cukrownicza nie była wyjątkiem.

Zgadza się Pani z opinią, że utworzenie "Polskiego Cukru" było decyzją polityczną?

- Była to wyłącznie decyzja ekonomiczna, co pokazują obecne osiągnięcia. Niech przeciwnicy "Polskiego Cukru" wskażą, która inna rodzima firma ma dzisiaj takie zyski, może inwestować, w Mołdawii kupować fabrykę. Jeżeli ktoś nie potrafi znaleźć argumentu, to robi z tego sprawę polityczną. Wyliczenia były jednoznaczne i pokazywały, że to da efekt. Dlatego ta firma dzisiaj tak dobrze prosperuje.

Czy jednak KSC nie powinna powstać wcześniej?

- KSC powinna powstać jeszcze w latach 90. ze wszystkich ówczesnych polskich cukrowni jako koncern produkujący i sprzedający. Gdyby tak się stało, nie mielibyśmy do czynienia ze sprzedażą kolejnych cukrowni, bo byłaby to zbyt mocna firma, trudna do ruszenia dla kogokolwiek, bo nikt nie byłby w stanie wyłożyć tak wielkich pieniędzy.

Jednym słowem, dziś bylibyśmy potentatem?

- Mało tego, moglibyśmy kupować cukrownie na Wschodzie - na Ukrainie czy na Białorusi. Pamiętam, jak Ukraińcy byli skłonni sprzedać nam wszystkie swoje cukrownie, a Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju chciał nawet dać nam kredyt. Bylibyśmy potęgą, ale korzyści odnieśliby też ukraińscy rolnicy, bo mieliby pracę.

Potęgą byliśmy jeszcze w chwili powoływania "Polskiego Cukru", zajmując trzecie miejsce w produkcji cukru w Europie, po Francji i Niemczech.

- Zgadza się, i dlatego robiono wszystko w sposób celowy, żeby tę gałąź polskiego przemysłu położyć i odkupić ją za psie grosze. Nie do pojęcia jest to, jak w tej sytuacji zachowywały się kolejne polskie rządy, które robiły wszystko, aby utopić dobrze zapowiadający się interes. Tą drogą szedł Milton Friedman - twórca neoliberalizmu, który twierdził, że ekonomiczne funkcje państwa powinny być ograniczone, a jego działalność winna się koncentrować na zapewnieniu zewnętrznego bezpieczeństwa państwa oraz na stworzeniu mechanizmu rynkowego. Proponował wprowadzenie zasady wolnego handlu międzynarodowego oraz odchodzenie od polityki protekcjonizmu celnego. Tam, gdzie funkcjonowała jego doktryna, pierwszym działaniem była wyprzedaż majątku. Tą drogą poszedł Leszek Balcerowicz, który zasady Friedmana uznał za panaceum na wszystko i zaczął stosować je w Polsce. Podobnie było na Węgrzech czy w Austrii. Jak widać, nie wszyscy chcieli dobrze dla Polski i dla polskiego społeczeństwa.

Mogliśmy mieć 10 proc. udziału w europejskim rynku cukru, a mamy zaledwie 4 procent. Jak dzisiaj KSC wygląda na tle Europy?

- Dzisiaj nie jest to jeszcze wielka firma, ale taka która, moim zdaniem, ma przyszłość. Jak już wspomniałam, KSC wypracowuje dziś takie zyski, które pozwalają na nabycie cukrowni, i wcale nie chodzi tu o Europę Zachodnią, ale o Wschodnią. Są tam jeszcze fabryki, które można przejąć i robić interesy na dużą skalę. Bynajmniej nie chodzi tu o zakup jednej cukrowni w Mołdawii, ale o dziesięć czy więcej takich fabryk, i to jest możliwe. Zachodnia Europa chyba się już pogodziła, że KSC funkcjonuje. Owszem, próbują ją jeszcze "szczypać" z różnych stron, mając nadzieję, że uda się coś przejąć. Takie zakusy nie ustaną nigdy, ale nie sądzę, by się to udało.

Komu szczególnie zależy, żeby nas "podszczypywać"?

- Oczywiście koncernom, które tu działają: Sudzucker i Pfeifer & Langen, które wciąż mają ambicje i zapędy, żeby przejąć cały rynek cukru. Doskonale pamiętam, jak w dniu uchwalenia ustawy na galerii sejmowej siedzieli przedstawiciele niemieckich koncernów i wykrzykiwali przekleństwa. To są ludzie zdeterminowani, którzy za wszelką cenę dążą do osiągnięcia celu, jaki sobie postawią. Ze mną nie chcieli rozmawiać, ale doskonale czuli się np. w polskich ministerstwach. Żeby porozmawiać z ministrem gospodarki, musiałam się nieźle nagimnastykować, a oni biegali sobie po ministerstwie, kiedy chcieli i jak chcieli. Zaniżali ceny cukru na rynku w sposób celowy po to, żeby położyć nasze cukrownie na łopatki i przejąć je za bezcen. Łatwiej było im rozmawiać z rządem, który był uległy, niż ze specjalistami i przeciwnikami wyprzedaży majątku narodowego.

Jak dzisiaj, w Pani ocenie, wygląda zarządzanie KSC?

- Początek nie był najszczęśliwszy pod tym względem. KSC była źle zarządzana. Mam nadzieję, że teraz będzie inaczej. Prezes Marek Dereziński to fachowiec i jeżeli nie ulegnie żadnym wpływom politycznym ani finansowym - a mam nadzieję, że nie - to z KSC powinno być dobrze. Prezes pracował w British Sugar, gdzie został potraktowany nie najlepiej i chyba ma świadomość, co mogą znaczyć obcy na naszym terenie.

Tak na dobrą sprawę niedużo brakowało, a bajka o "Polskim Cukrze" skończyłaby się, i to dość szybko...

- Przemysł cukrowniczy jest bardzo ważną gałęzią sektora rolno-spożywczego, w znaczący sposób wpływa na dochody rolników, a poprzez podatki zasila budżety samorządów i budżet centralny. Niestety, polski przemysł cukrowniczy mógł trafić w niepowołane ręce. Niebezpieczeństwo przejęcia kontroli nad KSC przez firmę Maspex, za którą stało Jeronimo Martins, było przecież duże. Jeżeli doszłoby do tego, byłoby to sprzeczne z ustawą o polskim cukrze i sprawa nadawałaby się do postępowania prokuratorskiego. Gdyby minister skarbu wyraził na to zgodę, to Trybunał Stanu byłby w zasięgu ręki. Patrząc na wydarzenia wokół Amber Gold, to przy tak funkcjonującym wymiarze sprawiedliwości chyba wszystko jest możliwe.

Powróćmy jeszcze do procesu prywatyzacji KSC. Minister Skarbu Państwa zdecydował o odstąpieniu od oferty publicznej akcji spółki. To słuszna decyzja?

- Minister skarbu nie zrobił łaski, bo taki jest zapis w ustawie, która mówi wyraźnie, że nie ma mowy o żadnej ofercie publicznej, a udziały mają być podzielone pomiędzy pracowników i plantatorów. Wyjście z ofertą na zewnątrz wiązałoby się z koniecznością zmiany ustawy. Tymczasem takiej woli nie ma nawet w obecnym parlamencie. Część akcji powinna być skupiona przez spółkę i umorzona, a pod akcje pracownicze i plantatorskie zaciągnięty kredyt, który będzie spłacany czy to z części upraw buraka, czy też premii. Z czasem pracownicy i plantatorzy i wyłącznie oni staną się pełnoprawnymi właścicielami KSC. Natomiast jeżeli zechcą sprzedać swoje udziały, to tylko spółce albo między sobą. Tak naprawdę ustawa cukrowa jest niemałym problemem dla państwa, bo gdyby nie ona, to obecna władza już dawno pozbyłaby się tego majątku.

Co powinno być priorytetem dla KSC i wszystkich udziałowców spółki?

- Konieczne jest kontrolowanie i śledzenie zamiarów Ministerstwa Skarbu Państwa, które posiada część udziałów. Trzeba jak najszybciej uwolnić KSC z rąk Skarbu Państwa, bo zapędy, by coś majstrować przy tym majątku, były, są i będą zawsze. Docelowo sto procent udziałów w KSC powinno być w rękach pracowników i plantatorów.

W czym tkwi największy walor spółki cukrowej?

- Wartością "Polskiego Cukru" jest uprawa buraka, a co za tym idzie - żyzna ziemia, z czego korzystają rolnicy. Korzystamy również my, konsumenci, bo mamy dobry jakościowo cukier, dużo lepszy w porównaniu do zagranicznych produkcji. Korzysta również Skarb Państwa, bo otrzymuje dywidendę, a z drugiej strony dostaje podatek od zysku KSC. Ponadto korzystają pracownicy, którzy mają zatrudnienie i niezłe zarobki. Zatem, jak widać, są to same plusy. KSC ma też możliwość i powinna współpracować ze środowiskiem nauki, a wszystko po to, żeby się rozwijać.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

Nasz Dziennik