W filmie „Droga życia” na początku wydarzeń toczą się interesujące dialogi. Przybyły do Saint Jean Pied de Fort amerykański lekarz otrzymuje skremowane ciało syna, który zginął w Pirenejach w pierwszym dniu pielgrzymki do Santiago. Policjant wydający skrzynkę z prochami wyjaśnia:
„[Pański syn] pielgrzymował do Santiago de Compostela. Chodzą tam pieszo przez francuskie Pireneje ludzie z różnych środowisk, różnych wyznań i w różnym wieku. 800 kilometrów od ponad 1000 lat. Podobno przechowywane są tam szczątki św. Jakuba Starszego. Pański syn odbywał taką właśnie pielgrzymkę.
– Dlaczego sam?
– Robi tak wielu ludzi. Droga życia to bardzo osobista wyprawa”. Ojciec postanawia podjąć pielgrzymkę syna. Przy wychodzeniu o świcie z miasteczka spotyka go miejscowy policjant, który wydawał Amerykaninowi ciało jego syna.
„Chcę panu życzyć powodzenia i dać to…
– Amulet?
– Coś w tym rodzaju… Będzie pan wiedział, co z nim zrobić na miejscu.
– Czyli gdzie?
– W Cruz de Ferro. Dotrze pan tam za jakiś miesiąc. To ważny punkt. Znajdzie pan go w przewodniku. Wie pan, po co idzie na Camino de Santiago?
– Chyba dla Daniela…
– To się robi wyłącznie dla siebie.
– No to nie mam pojęcia.
– Ja też straciłem dziecko. Życzę miłej wędrówki. Wam obu”.
Można potraktować te dialogi jako prozaiczne słowa prostej rozmowy. Ale jest w nich kilka ciekawych myśli.
Drogi Czytelniku,
cały artykuł jest dostępny w wersji elektronicznej „Naszego Dziennika”.
Zapraszamy do zakupu w sklepie elektronicznym

