logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: M.Borawski/ Nasz Dziennik

Gazowy imperializm

Wtorek, 13 listopada 2012 (02:14)

Aktualizacja: 29 maja 2013 (13:09)

Bliska zagranica to termin z zasobów polityki zagranicznej Związku Sowieckiego, a teraz Rosji, zarezerwowany dla terytoriów dawnych republik, a nawet krajów dawnego RWPG. Rosja używa go w oficjalnych dokumentach dotyczących swojej polityki zagranicznej i oczywiście realizuje ją tak, jakby do tych terytoriów miała specjalne prawa, choć są to przecież samodzielne kraje, i to od wielu lat.

Putin umacnia wpływy w bliskiej zagranicy

Na celowniku polityki Putina po tym, co się stało w odniesieniu do Gruzji, czyli zaanektowaniu części jej terytorium (Południowej Osetii i Abchazji), znajduje się już od dłuższego czasu Ukraina.

Ponad dwa lata temu Rosja przypilnowała wyborów prezydenckich w tym kraju, i to skutecznie. Prezydentem został Wiktor Janukowycz, zwolennik zbliżenia Ukrainy z Rosją. A teraz – jak się wydaje – przypilnowała wyborów parlamentarnych w Gruzji.

Władimir Putin jeszcze jako premier jeździł na Ukrainę i proponował temu krajowi umowę o utworzeniu strefy wolnego handlu z Rosją, Białorusią i Kazachstanem.

Z kolei UE przez kilka lat zwlekała z podobną propozycją. Potem stratedzy unijni, widząc, jak Rosja „rozpycha się łokciami na Wschodzie”, zdecydowali się zaryzykować i jakiś czas temu przedstawili taki pomysł także Ukrainie.

Ukraina wahała się, zdając sobie sprawę, że z jednej strony taka strefa może być zalążkiem przyszłego członkostwa tego kraju w UE, a na krótką metę daje szansę przyspieszenia rozwoju gospodarczego, ale z drugiej strony słyszała z Rosji wyraźne przestrogi, z których niektóre były zwyczajnymi groźbami.

Premier Putin zaproponował Ukrainie na jesieni poprzedniego roku strefę wolnego handlu, do której weszły ostatecznie: Rosja, Białoruś, Ukraina, Kazachstan, Armenia, Kirgistan, Mołdawia i Tadżykistan, a przed paroma dniami także Uzbekistan.

Na zachętę rzucono Ukrainie obniżenie cen sprzedawanego temu krajowi gazu ziemnego. Kilka lat temu Putin postawił byłą premier Ukrainy Julię Tymoszenko pod ścianą i ta zgodziła się na zmianę formuły cenowej w kontrakcie gazowym (za tę właśnie zgodę siedzi w więzieniu).

Obecnie Rosjanie mamią Ukraińców obniżkami, które ich zdaniem mogą przynieść temu krajowi spore oszczędności przy zakupie gazu po nowych preferencyjnych cenach.

Oczywiście Rosjanie oczekują w zamian obniżenia opłat, jakie przedsiębiorstwa ukraińskie pobierają za tranzyt rosyjskiego gazu przez ten kraj zarówno na Zachód, jak i na południe Europy, a także chcą przejąć ukraińskie sieci przesyłowe gazu i ropy naftowej.

Ukraina parafowała również porozumienie o wolnym handlu z UE, ale daleko jeszcze do jego ratyfikacji, więc – jak się wydaje – nieprędko wejdzie życie (szczególnie po ostatnim rozstrzygnięciu wyborów parlamentarnych, które zdecydowanie wygrała partia prezydenta Janukowycza).

Przy okazji należy zwrócić uwagę, że Polska jako jeden ze współtwórców tzw. Partnerstwa Wschodniego (obok Szwecji) jest ciągle zwolennikiem przybliżania Ukrainy do UE, a realizacja tego programu była jednym z priorytetów naszej prezydencji w UE (niestety niezrealizowanym).

Wszystko wskazuje na to, że Rosja chce osłabić albo wręcz uniemożliwić realizację tego programu i jest gotowa wykorzystać w tym celu wszelkie dostępne jej środki polityczne i ekonomiczne.

Co więcej, tak ostentacyjne umacnianie wpływów rosyjskich w krajach bliskiej zagranicy powinno być ostrzeżeniem dla rządzących Polską, że nasz sąsiad nie cofnie się przed niczym.

W świetle tylko tych faktów nasza polityka wobec Rosji, a także nasze sugestie do polityki unijnej wobec tego kraju grzeszą co najmniej naiwnością, żeby nie napisać zdecydowanie mocniej.

Rząd Tuska zachowuje się tak, jakby tego wszystkiego nie dostrzegał, a jeżeli już dostrzega, to jakby tego nie rozumiał. Rosja odzyskała wigor, w tym także ten ekonomiczny, w związku z korzystnymi cenami na nośniki energetyczne (ropa, gaz), które są podstawą jej oferty eksportowej, a jej przywódcy (teraz już prezydent Putin i premier Miedwiediew) nie oddadzą bez walki żadnego kraju uważanego za bliską zagranicę. „Nieśmiało” wypada tylko przypomnieć, że Polska jako były członek RWPG, przez polityków pokolenia Putina, jest ciągle do tej strefy zaliczana.

Imperialna polityka Gazpromu wobec Polski

Utrzymujące się wysokie ceny ropy naftowej – na skutek niepokojów w krajach Afryki Północnej, a także spodziewanego konfliktu zbrojnego pomiędzy Iranem i Izraelem – powodują, że rosyjski Gazprom, główny dostawca gazu ziemnego do Europy i do Polski, zaciera ręce.

W 2011 r. Gazprom sprzedał w Europie ok. 160 mld m3 gazu, a przychody z tego tytułu sięgnęły 70 mld USD. Ceny sprzedawanego gazu do Europy rosną tak jak rosną ceny ropy naftowej i w całym roku 2011 wyniosły przeciętnie blisko 400 USD za 1000 m3.

Ceny gazu dla naszego kraju są jeszcze wyższe. Już w tamtym roku, kiedy kraje Europy Zachodniej płaciły za gaz po blisko 400 USD za 1000 m3, my płaciliśmy przynajmniej 500 USD za 1000 m3 i ta sytuacja utrzymuje się w roku obecnym (w ostatnich dniach uzyskaliśmy 10-15-proc. obniżkę tej ceny w zamian za kolejne ustępstwa, w tym być może oddzielny kontrakt gazowy dla potrzeb nowego gazowego bloku energetycznego, który ma być budowany w elektrowni w Ostrołęce).

Większość zachodnich firm kupujących gaz od Gazpromu domaga się od niego zmiany formuły ustalania jego ceny i odejścia od opierania jej na cenach ropy naftowej. Żąda także obniżek obecnych cen. Niektóre z nich złożyły już stosowne wnioski do sądu arbitrażowego w Sztokholmie, ale Gazprom doskonale wie, że spory te mogą ciągnąć się latami.

Także nasze PGNiG, które negocjowało obniżenie cen, nie doszło z Gazpromem do żadnego porozumienia, choć w wyniku porozumienia międzyrządowego oddało tej firmie władzę w EuRoPol Gazie i spowodowało, że spółka ta odstąpiła od dochodzenia zaległych opłat za przesył gazu przez Polskę do Niemiec.

My także wystąpiliśmy o obniżenie cen przez Gazprom do sądu arbitrażowego, ale po symbolicznej obniżce cen, jaką uzyskaliśmy od Rosjan, wniosek ten w ostatnich dniach został wycofany.

Rosjanie, mając coraz lepszą sytuację finansową, starają się dokonywać inwestycji w sektorze gazowym w krajach Europy Zachodniej. Za zgodą rządu Angeli Merkel rozpoczęli negocjacje z niemieckim koncernem energetycznym RWE.

Zaproszenie Gazpromu do nabycia udziałów w RWE (być może w formie podwyższenia kapitału tej spółki) jest jednak posunięciem o ogromnym znaczeniu strategicznym nie tylko w stosunku do gospodarki niemieckiej, ale także w stosunku do kilku innych krajów, w których RWE jest obecny. Posunięciem strategicznym, ale niestety sprzecznym z zapisaną w traktacie lizbońskim solidarnością energetyczną, która zakładała dywersyfikację źródeł dostaw nośników energii z koniecznością zmniejszenia uzależnienia od dostaw tych nośników z Rosji.

Koncern RWE to bowiem dostawca prądu dla przynajmniej 20 mln odbiorców i gazu ziemnego dla kolejnych 10 mln odbiorców w Europie. Co więcej, koncern w znacznym stopniu jest obecny na rynkach energetycznych na Słowacji, w Czechach, a także w Polsce.

W naszym kraju RWE jest właścicielem warszawskiej spółki energetycznej Stoen, która dostarcza prąd mieszkańcom Warszawy i ma 5 proc. udziałów w rynku sprzedaży energii w Polsce. Wcześniej był także zainteresowany nabyciem udziałów większościowych w poznańskim koncernie energetycznym Enea.

RWE to także uczestnik strategicznego przedsięwzięcia UE, czyli konsorcjum Nabucco. Ma ono wybudować gazociąg o tej samej nazwie, którym dostarczany byłby gaz z dawnych republik ZSRS na zachód Europy z pominięciem Rosji.

Gazprom, chcąc tej inicjatywie przeciwdziałać, zmontował koalicję kilku firm, w tym włoskiego potentata gazowego ENI, z którymi chce zbudować 900-kilometrowy Gazociąg Południowy (South Stream) będący konkurencją dla unijnego Nabucco.

Jak się wydaje, Gazprom, nabywając udziały w RWE, mógłby paraliżować działania Unii w sprawie Nabucco i tym samym doprowadzić do tego, że Gazociąg Południowy zostanie zrealizowany jako pierwszy. Wtedy Nabucco nie znajdzie już odbiorców gazu w Europie Zachodniej i stanie się nieopłacalne.

Mimo że Gazprom prowadzi w imieniu Rosji już prawie otwarcie politykę imperialną, rząd Donalda Tuska w kontaktach z tą firmą zachowywał się i zachowuje tak, jakby tej polityki nie dostrzegał.

Jednocześnie mimo gigantycznych ustępstw na rzecz Gazpromu pozwoliliśmy sobie narzucić bardzo wysokie ceny gazu (wyraźnie wyższe niż kraje Europy Zachodniej), które będą powodowały wzrost kosztów wytwarzania w przemyśle i wzrost kosztów utrzymania wielu polskich rodzin. I to są także wymierne koszty naszego zbliżenia z imperialną Rosją.

Źle pilnujemy swoich interesów z Rosją

Prezydent Bronisław Komorowski i premier Donald Tusk w zasadzie w każdej wypowiedzi poświęconej naszym relacjom z Rosją podkreślają, że stosunki ze wschodnim sąsiadem są coraz lepsze.

Nie bardzo wiadomo, co jest kryterium tej oceny, bo w sprawach gospodarczych wyraźne korzyści osiąga przede wszystkim strona rosyjska. Co więcej, coraz częściej dowiadujemy się, że Rosja jest gotowa nawet szkodzić naszym interesom na Wschodzie.

Zupełnie niedawno niezależne rosyjskie pismo „Nowaja Gazieta” za słynnym portalem WikiLeaks opublikowało depesze z amerykańskich ambasad w Wilnie i Moskwie na temat zablokowania przez rosyjskiego wicepremiera Igora Sieczina dostaw ropy naftowej z Rosji do rafinerii Możejki na Litwie. Rzecz działa się dosyć dawno temu, w lipcu 2006 roku, tuż po nabyciu akcji rafinerii Możejki przez polski Orlen (maj 2006), wtedy kiedy czekano jeszcze na zatwierdzenie tej transakcji przez Komisję Europejską.

Amerykańscy dyplomaci twierdzą, że rosyjski wicepremier zakazał rosyjskiej firmie Transnieft dostaw ropy naftowej do rafinerii i pod koniec lipca Rosjanie poinformowali rafinerię w Możejkach o awarii ropociągu „Przyjaźń”, którym dostarczano do niej surowiec.

Awaria trwa do tej pory (a więc ponad 6 lat), co potwierdza, że wstrzymanie dostaw tą najtańszą drogą przesyłania surowca było decyzją polityczną i z najwyższym zdumieniem można tylko odnotować, że ani prezydent Komorowski, ani premier Tusk podczas licznych swoich kontaktów z przywódcami Rosji nie domagali się od tego państwa normalnych zachowań handlowych.

Nie było także naszych interwencji w tej sprawie ani w Komisji Europejskiej, ani na posiedzeniu Rady UE, choć obydwie te instytucje wypowiadały się przecież w kwestii przystąpienia Rosji do WTO, nie zgłaszając żadnych zastrzeżeń.

Od momentu zmiany drogi dostaw ropy efektywność inwestycji Orlenu na Litwie uległa znacznemu pogorszeniu. Rafineria nie wykorzystuje swoich zdolności przetwórczych i pracuje ze stratą, choć ostatnio jest z tym na szczęście trochę lepiej.

Na jesieni 2010 r. został wybrany przez Orlen bank Nomura, który miał sprawdzić możliwości i opłacalność sprzedaży całości albo części akcji Możejek. Do tej pory tego raportu nie ogłoszono, bo ewentualni nabywcy to tylko i wyłącznie rosyjskie firmy naftowe. Orlen do tej pory zaangażował w inwestycję na Litwie około 3,5 mld USD (koszt nabycia akcji i koszty modernizacji rafinerii), a według znawców rynku naftowego, sprzedając ją Rosjanom, obecnie nie uzyska więcej niż 1 mld USD.

Wygląda na to, że rząd Tuska jest gotowy zaakceptować stratę rzędu 2 mld USD, aby tylko nie upominać się u Rosjan o wywiązywanie się z dobrych praktyk handlowych i nieużywanie dostaw surowców jako narzędzi uprawiania polityki.

Co więcej, tą ewentualną transakcją w najwyższym stopniu zaniepokojona jest Litwa, której rząd w 2006 r. zawarł porozumienie z polskim rządem w sprawie tej transakcji po to tylko, żeby już wówczas Możejek nie nabyli Rosjanie. Jeżeli rafinerię w Możejkach kupią od Polaków Rosjanie, nasze stosunki z Litwą, które i tak z innych względów nie są najlepsze, ulegną pogorszeniu.

Ponieważ pakiet kontrolny Orlenu w dalszym ciągu posiada Skarb Państwa, sprawa braku reakcji rządu na polityczne szykany Rosji wobec Orlenu oznacza, że polski rząd akceptuje polityczne zachowania Rosji wobec polskich przedsiębiorstw i nawet nie próbuje przeciwdziałać ponoszonym przez nie z tego powodu stratom.

Jest to szczególnie bulwersujące w sytuacji, kiedy premier Tusk swoimi publicznymi wypowiedziami wręcz zachęcał rosyjskie firmy naftowe do zainteresowania się nabyciem pakietu większościowego na przykład koncernu petrochemicznego Lotos SA (teraz jest to trochę mniej aktualne w związku z wpłynięciem do Sejmu obywatelskiego projektu ustawy zakazującej prywatyzacji Lotosu).

Wygląda na to, że w czasie rządów Tuska Rosjanie mogą robić interesy w Polsce (bo nie możemy przecież dyskryminować żadnego kapitału), a Polacy nie mogą prowadzić takich interesów nawet na Litwie, bo nie podoba się to Moskwie.

Jak Rosjanie realizują swoje interesy w Europie

W połowie ubiegłego roku miało miejsce wydarzenie, które dobitnie pokazuje pozycję Rosji w polityce europejskiej. Zakończona została budowa pierwszej nitki Gazociągu Północnego, co oznacza, że już w drugiej połowie tego roku z Rosji do Niemiec popłyną miliardy metrów sześciennych gazu.

Budowa pierwszej nitki gazociągu kosztowała około 5,4 mld euro. Budowa drugiej, która właśnie została oddana do użytku, zamknie się w sumie około 11 mld euro. Jest to więc koszt blisko 10 razy wyższy od kosztów rozbudowy gazociągu jamalskiego przebiegającego przez Polskę, który był szacowany tylko na mniej więcej 2 mld USD.

Pierwszą nitką Gazprom będzie mógł przesłać 27 mld m3 gazu. Już w tej chwili w zasadzie ma na taki przesył odbiorców, czemu zresztą niespecjalnie trzeba się dziwić, bo udziałowcami konsorcjum, które gazociąg budowało, były firmy niemieckie, francuskie i holenderskie zużywające znacznie większe ilości gazu.

Z jaką determinacją ta inwestycja była przygotowywana i realizowana zarówno przez Rosję, jak i przez Niemcy, widać po politykach, którzy zostali w to przedsięwzięcie zaangażowani. Wystarczy wymienić byłego kanclerza Niemiec Gerharda Schroedera czy byłego premiera Finlandii Paavo Lipponena.

W marcu ubiegłego roku szwedzki dziennik „Dagenes Nyheter”, bazując na materiałach z portalu WikiLeaks, napisał, że Rosja wykorzystała pieniądze, służby specjalne oraz politykę i polityków, żeby przeforsować budowę Gazociągu Północnego, wręcz wymuszając na krajach skandynawskich brak sprzeciwu wobec tej inwestycji. Podobnie oddziaływano na państwa nadbałtyckie i niestety na Polskę.

Mając przeciwko sobie dwa wielkie kraje, które – jak z tego wynika – używały legalnych i nielegalnych oddziaływań, aby tę inwestycję forsować, musiało się to skończyć, jak się skończyło. To, co zaskakuje, to w zasadzie brak reakcji naszego rządu na sposób realizacji tej inwestycji na wysokości naszego portu w Świnoujściu. Jest w tej chwili już poza sporem, że tak położony gazociąg na dnie Bałtyku będzie utrudniał rozwój budowanego w Świnoujściu gazoportu. Mimo wielokrotnych publicznych zapewnień premiera Tuska, że pilnuje tej sprawy, ostatecznie żaden z polskich postulatów przez inwestorów gazociągu nie został uwzględniony.

Po blamażu rządu w tej sprawie dopiero Zarząd Portów Szczecin-Świnoujście złożył w Sądzie Administracyjnym w Hamburgu odwołanie od decyzji niemieckiego Urzędu Hydrografii i Żeglugi zezwalającej na takie, a nie inne położenie rury na dnie Bałtyku. Tyle tylko, że nawet wygrana portów przed tym sądem (co jest bardzo mało prawdopodobne) już nic w tej sprawie nie zmieni, bo wręcz niemożliwe jest zakopywanie w dno morskie rur gazociągu, którym transportowany jest już gaz.

Ta inwestycja jest zresztą ponad prawem do tego stopnia, że nie dotyczy jej tzw. III pakiet energetyczny UE, który wszedł w życie w marcu ubiegłego roku i zobowiązuje kraje unijne do udostępnienia gazociągów transgranicznych także firmom z krajów unijnych, które nie są ich właścicielami.

Właśnie realizując zapis tego pakietu, Polska i Rosja musiały wskazać nowy podmiot do zarządzania gazociągiem jamalskim (spółka Gaz-System) i odebrać to zarządzanie dotychczasowemu właścicielowi (spółce EuRoPol Gaz). Niemiec i Rosji jako właścicieli Gazociągu Północnego te rozwiązania dziwnym trafem nie dotyczą.

Ta rosyjsko-niemiecka „bezkarność” we wszystkich sprawach związanych z Gazociągiem Północnym w świetle powyższych faktów specjalnie nie dziwi, ponieważ wszystko, co do tej pory w tej sprawie przeforsowali Niemcy i Rosjanie, dobitnie pokazuje, że następnym posunięciem będzie rezygnacja z przesyłu gazu do Niemiec gazociągiem jamalskim przez terytorium Polski. Spada bowiem sprzedaż rosyjskiego gazu na rynki europejskie i takie wielkie moce przesyłowe nie są Rosji potrzebne. Jamał więc pewnie już w najbliższych latach będzie gazociągiem, którym dostarcza się parę miliardów metrów sześciennych gazu do Polski i to wszystko.

Oskrzydlanie Europy trwa, ponieważ Rosja uzbierała już tylu zwolenników budowy Gazociągu Południowego, że forsowany przez Unię Europejską gazociąg Nabucco wygląda na przedsięwzięcie kompletnie nieefektywne ekonomicznie.

Jeżeli światowe ceny gazu i ropy będą utrzymywały się na dotychczasowym poziomie, to nie ulega wątpliwości, że Rosja będzie bezwzględnie wykorzystywała ich dostarczanie do odbiorców w Europie także jako ważny składnik swojej europejskiej imperialnej polityki.

Zbigniew Kuźmiuk

Nasz Dziennik