logo
logo

Dziś w
„Naszym
Dzienniku”

Przed Wałęsą ostrzegali też od lat ludzie ze środowiska Wolnych Związków Zawodowych na Wybrzeżu, tacy jak śp. Anna Walentynowicz Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Na razie jeden „Bolek”

Poniedziałek, 22 lutego 2016 (18:49)

Aktualizacja: Poniedziałek, 22 lutego 2016 (19:27)

Na wyjaśnienie czeka wiele spraw ważnych dla polskiej racji stanu dotyczących choćby uzależnień służb specjalnych, uwikłań wysokich wojskowych.

O tym, że Lech Wałęsa był tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie „Bolek”, opinia publiczna wie od roku 2008, kiedy ukazała się niepozostawiająca wątpliwości, solidnie udokumentowana praca naukowa Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii”, a po niej popularne książki Cenckiewicza „Sprawa Lecha Wałęsy” i „Wałęsa. Człowiek z teczki”. Przed Wałęsą ostrzegali też od lat ludzie ze środowiska Wolnych Związków Zawodowych na Wybrzeżu, tacy jak Joanna i Andrzej Gwiazdowie, Krzysztof Wyszkowski czy śp. Anna Walentynowicz, ale nikt ich nie słuchał – cóż mogli mieć do powiedzenia ci, których media głównego nurtu przedstawiały jako zawiedzionych i pełnych żalu do świata frustratów, odstawionych na boczny tor? Zapominano, że sami taką drogę wybrali, odcinając się od okrągłostołowych machinacji. Nie było końca szczuciu przeciwko Kazimierzowi Świtoniowi, gdy w noc obalenia rządu Jana Olszewskiego wykrzyczał z trybuny sejmowej: „Prezydent Lech Wałęsa jest na drugiej liście jako agent SB”.

Kto chciał poznać prawdę o „zwycięzcy komunizmu”, ten ją poznał. Ludzi ślepo wierzących w jego niewinność i spisek „zawistnych ludzi”, opętanych „teoriami spiskowymi” czy chcących zrobić na nazwisku Wałęsy karierę, nic nie przekona. Nawet, jeśli zobaczą na własne oczy jego denuncjatorskie zobowiązanie z odręcznym podpisem, powiedzą, że to kolejna fałszywka.

Pochodzące z domu Czesława Kiszczaka dokumenty nie wnoszą zatem do sprawy „Bolka” nic nowego. Jedyna korzyść, jakiej można się spodziewać po jej rozdmuchaniu od nowa, to utrata przezeń twarzy na Zachodzie, gdzie uchodzi za człowieka, co to własnymi rękoma obalił komunizm. Ale i temu zapobiegną artykuły korespondentów związanych ze środowiskami dawnej Unii Wolności oraz jej spadkobierczyni Platformy Obywatelskiej.

Niewykluczone, że niebawem prokurator zawita do domu Wojciecha Jaruzelskiego, a pewnie i do innych. Ile jeszcze podobnych spraw wypłynie? Aparatczycy przechwalali się przecież niemal otwarcie, że mają w zanadrzu „polisy ubezpieczeniowe”.

Istotne jest pytanie, dlaczego dopiero teraz prokuratorzy przeprowadzili rewizję u Kiszczaka. Czy nie było sposobności dokonania tego wcześniej? Toczyły się przecież procesy w sprawie zbrodni w kopalni „Wujek” w 1981 roku, w 2014 roku Główna Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu informowała, że „sprawa kierowania zabójstwem ks. Jerzego Popiełuszki jest jednym z wątków obszernego śledztwa w sprawie funkcjonowania związku przestępczego w strukturach MSW od 1956 do 31 grudnia 1989 roku”, śledztwo w sprawie śmiertelnego pobicia Grzegorza Przemyka w Warszawie w 1994 roku zostało umorzone; śledztwo w sprawie wprowadzenia stanu wojennego ciągnęło się latami, aż podejrzani rozstali się z tym światem, a ostatni z nich, Stanisław Kania, został uniewinniony w 2012 roku. Co stało na przeszkodzie, by wejść z nakazem prokuratorskim do domów kilku prominentnych funkcjonariuszy reżimu? Pakt zawarty pod okrągłym stołem, przypieczętowany fortunami zbitymi na lewej prywatyzacji, miliardowymi nielegalnymi interesami, a także krwią tych, którzy wyłamywali się z ferajny.

Za kulisami „transformacji”

Formacja polityczna powstała przy Okrągłym Stole, pochodząca ze zmowy dawnych aparatczyków i bezpieków z tzw. konstruktywną opozycją, rządząca Polską od ćwierćwiecza z krótkimi przerwami, stara się zachować po totalnej klęsce wyborczej 2015 roku maksimum swoich aktywów. Temu właśnie celowi służyć ma operacja wokół Trybunału Konstytucyjnego, mająca zablokować uzdrowienie struktur państwa i pozbycie się z nich patologii rodem z Magdalenki, mianowanie swoich ludzi na stanowiska niewybieralne czy rozpaczliwe, choć zakończone klęską, próby utrzymania mediów publicznych.

Czy dla chcących ratować wpływy nie nadszedł właściwy czas po temu, by zacząć opróżniać schowki po zmarłych moskiewskich sprzedawczykach, którzy rządzili komunistyczną Polską? Albo niepotrzebnych już agentach wpływu, których akta podobno nie istnieją?

Przecież pogrążenie kilku byłych prominentnych postaci rodem z PRL, zwłaszcza tych zmarłych, może się przydać dla uwiarygodnienia różnych instytucji odpowiedzialnych za praworządność, na które PiS przygotowuje „zamach”. Józef Oleksy nie żyje, więc na światło dzienne mogą wyjść kulisy dawno zapomnianej sprawy „Olina” i jego kontaktów z płk. KGB Władimirem Ałganowem. Zmarły w 2014 roku Oleksy, uznany w 2004 i 2005 roku przez sąd lustracyjny pierwszej i drugiej instancji za współpracownika KGB, doczekał się umorzenia sprawy przez Sąd Najwyższy w 2007 roku z uzasadnieniem, że nie wpisał do oświadczenia lustracyjnego swojej współpracy z Agenturalnym Wywiadem Operacyjnym „w wyniku błędu”. Bez większej szkody da się zatopić Aleksandra Kwaśniewskiego – nie jest już potrzebny. Kiedy w 2000 roku wypłynęła afera „Alka”, przekonywano nas, że niemal cała dokumentacja jego dotycząca – Kwaśniewski miał być pod tym pseudonimem zarejestrowany jako współpracownik organów bezpieczeństwa w latach 1983-1989 – została zniszczona. A jeśli odnajdzie się w mieszkaniu albo na daczy kolegi z dawnych czasów? Towarzysze z dawnej PZPR i bezpieki również na siebie zbierali haki.

Spektakularne ujawnienie dokumentów dotyczących Wałęsy odwraca uwagę od spraw daleko dziś ważniejszych. Szeroka akcja poszukiwawcza może – oprócz odgrzewanych kotletów – dostarczyć informacji nowych, istotnych dla wyjaśnienia okoliczności transformacji 1989 roku, ważnych dla polskiej racji stanu, a dotyczących aktualnych jeszcze uzależnień służb specjalnych od putinowskiej Rosji, uwikłań wysokich wojskowych, roli rosyjskiej agentury w wielkim biznesie.

W obronie Wałęsy na jego oskarżycieli wylano szambo. Grożono im i ich rodzinom, szantażowano utratą pracy. A oni mieli rację. A skoro tak, wyobrazić sobie łatwo, ile jeszcze porażającej wiedzy czeka na odsłonięcie. Co nam po „Bolku”, skoro nie znamy następców?

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Anna Zechenter

Nasz Dziennik