Trudno o lepsze miejsce na refleksję, czym jest Europa. Dziś często, opisując ten kontynent i tę wartość, używamy metafory domu – „wspólnego domu”. Jest to metafora, którą przywoływał i aprobował św. Jan Paweł II.
W stronę wspólnoty
Koncepcja zjednoczonej Europy jawi się w świetle tego pojęcia jako przestrzeń życia, która może być wspólnym domem – Europą ojczyzn i narodów. Budowanie domu jest kształtowaniem przestrzeni, żeby móc w niej mieszkać. Świat już istniejący, ale niepoddany przekształcaniu, nie jest na miarę człowieka. To właśnie przekształcanie świata stanowi o tożsamości człowieka, o jego byciu sobą. Przekształcanie świata, urabianie surowej natury jest domeną kultury. Można więc powiedzieć, że to kultura decyduje o zadomowieniu, czyli o takim wydarzeniu, które sprawia, że człowiek jest sobą u siebie, odnajduje własną tożsamość.
Być sobą u siebie to zarazem doświadczać sensownej wolności.
Metafora Europy jako domu wyraża zatem doniosłą rolę kultury w procesie określania tożsamości i w procesie realizowania wolności na miarę prawdy o człowieku. Ten element zyskiwał w papieskim nauczaniu – jak pamiętamy – niezwykle znaczący walor.
Rola kultury wynika też z drugiego aspektu metafory domu. Bowiem druga istotna prawda wynikająca z fenomenologii budowania wspólnego domu to ta, że człowiek buduje dom z „pomocą” innego człowieka. Dom jest przełamaniem samotności w stronę obecności i wspólnoty. Jak zauważa prof. Stanisław Grygiel: „Europa w swojej arché jest zaprzeczeniem samotności i związanej z nią klęski człowieczeństwa w człowieku”.
Model budowania domu jest doświadczeniem kultury i wolności. Znajduje to potwierdzenie w negatywnym doznaniu utraty wzajemności. Wówczas w to miejsce pojawia się odwet. Ale to z kolei powoduje, że dom, w którym człowiek był sobą u siebie, staje się zaledwie kryjówką. Z czasem przestaje służyć do zamieszkania, a staje się miejscem warownym, służy do dominowania nad okolicą i innymi ludźmi.
Dramat wolności człowieka
Można bez trudu zauważyć, że wydarzenie budowy domu, jego utraty, zmiany statusu z miejsca zamieszkania na miejsce dominacji i ekspansji, wyraża dzieje Europy. Bez trudu można też zauważyć, iż te dzieje naszego kontynentu są dziejami wolności. I że są to dzieje dramatyczne.
Jan Paweł II wydobył owo napięcie doświadczenia wolności w Gnieźnie w 1997 roku w znamiennych słowach: „Okazuje się bowiem w sposób niekiedy bardzo bolesny, że odzyskanie prawa samostanowienia oraz poszerzenie swobód politycznych i ekonomicznych nie wystarcza dla odbudowy europejskiej jedności”.
Z perspektywy „gnieźnieńskiej”, a zatem z perspektywy Europy Środkowej i Wschodniej, dystans dzielący dwa spotkania papieskie w Gnieźnie (1979 i 1997) to czas zburzonego muru berlińskiego, czas supremacji demokracji i realnej, choć zarazem trudnej wolności. To jednocześnie czas ścierania się, a może raczej swoistej osmozy w tym rejonie Europy dwóch tradycji: socjalistycznej i liberalnej. Nurt socjalistyczny pozostawił po sobie dostrzeżenie waloru społeczeństwa w stosunku do jednostek, przekonanie o konieczności interwencji państwa na rzecz równości między ludźmi, jak również w dziedzinie planowania gospodarczego. Zaakcentował, że jednostka jest funkcją społeczeństwa. Nurt liberalny niejako przeciwnie – wskazał na prymat jednostki nad społeczeństwem, wyraził nieufność wobec interwencjonizmu państwa, jak również wiarę w to, że w warunkach sprzyjających wolności zapanuje harmonia; zaznaczył wreszcie rolę społeczeństwa wobec jednostek. Jednak w konkretnych realiach życia obydwa nurty wzajemnie się przenikają; trzeba mówić o charakterze mieszanym współczesnych społeczeństw.
Demokracja w tej części Europy, w której pojawiał się św. Jan Paweł II, była i jest poszukiwaniem równowagi między dwoma nurtami: każda osoba jest kimś niepowtarzalnym i oryginalnym, ale i społeczeństwo jest obszarem rozwoju jednostki. Papież jak mało kto był wszakże wyczulony na istniejące ryzyko – potwierdzane przez współczesne historie – że demokracja przekształci się w system totalitarny. Weryfikacja tego procesu odsłania sedno dramatu wolności współczesnego człowieka – jej błędną koncepcję.
Narody żyją
Mówi się, że historia naszej epoki może być uznana za historię filozoficzną – w obręb dziejowego procesu weszły idee z historii myśli, które przy tym obnażyły swoją bezzasadność, niekonsekwencje czy teoretyczną fałszywość. O ile więc marksizm, mocno zakorzeniony w kulturze europejskiej XX wieku, wskazywał, że filozofie są pochodną dziejów, o tyle historia współczesna jest urzeczywistnianiem się świata różnych filozofii.
Dominowanie pewnych typów filozofii dzisiaj oznacza w praktyce zmierzch idei Europy, jak również zmierzch kategorii narodu. Wystarczy przypomnieć, że w socjalizmie i nazizmie naród został wcielony w państwo, zastąpiony przez mit fundamentalny o charakterze rasowym (nazizm) lub imperatorskim (faszyzm). Zwraca też uwagę fakt, że obydwa reżimy przeskoczyły realną historię tworzenia narodów (chrzest i ewangelizacja ludów), a sięgnęły do rzeczywistości przednarodowej i przedchrześcijańskiej – do Rzymu cezarów i germanizmu Armina czy legend nordyckich.
Właśnie ów zmierzch kategorii narodu był i jest poważnym problemem kultury europejskiej. W Santiago, które mogłoby być – z różnych względów – autentyczną stolicą zjednoczonej Europy, pulsuje jedność w różnorodności. Żaden z przybyszów nie wypiera się swojej narodowości. Przeciwnie, każdy ją manifestuje. W mieście widać porozklejane ulotki zapraszające na Liturgię w katedrze w językach narodowych, w wybrane dni, w poszczególnych kaplicach – w języku angielskim, polskim, włoskim, niemieckim… A po Mszach św. w językach narodowych ci pielgrzymi i tak spotykają się na Mszy pielgrzymiej sprawowanej dla wszystkich i łączącej różne narody, ludy i języki w jedną wspólnotę. To jest piękno Kościoła!

