logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Logika, polityka i Trybunał

Poniedziałek, 14 marca 2016 (21:05)

Należy liczyć się z eskalacją działań opozycji i kręgów międzynarodowych w ramach „obrony Trybunału”.

Ostatnie wydarzenia związane z Trybunałem Konstytucyjnym znacznie poszerzyły naszą wiedzę o „logice demokratycznego państwa prawa”. Dowiedzieliśmy się więc, że „rutynową rzeczą” jest to, że wyroki są gotowe na długo przed rozprawą i wysłuchaniem stron sporu prawnego. To się okazuje tylko marnym teatrem, skoro wyrok już dawno zapadł i został nawet napisany. Na czym polega skandal? Na tym, że proceder ustalania wyroku na długo przed rozprawą został ujawniony przez jeden z portali internetowych. Tak przynajmniej można sądzić po oświadczeniu prezesa TK prof. Andrzeja Rzeplińskiego, który wszczął „wewnętrzne postępowanie” w sprawie ustalenia, w jaki sposób z góry powzięty i zapisany wyrok wyciekł do opinii publicznej.

Ponad prawem?

Dowiedzieliśmy się ponadto, że TK nie obowiązują żadne unormowania uchwalane przez Sejm RP drogą ustawy, a dotyczące trybu pracy Trybunału. Mówi o tym co prawda Konstytucja RP, na którą tak chętnie powołują się „obrońcy demokracji”, ale to, co mówi Konstytucja, tak naprawdę nie jest istotne. Istotne jest to, co mówią sędziowie TK, a w każdym razie ich większość. Ta ostatnia ustami sędziego Stanisława Biernata orzekła 9 marca, że Trybunału nie wiążą żadne ustawy przyjęte przez parlament dotyczące regulacji prac w TK, bo Trybunał „bezpośrednio stosuje Konstytucję”.

Zauważmy, że w ten sposób otwiera się nawet nie furtkę, ale szerokie wrota ku destrukcji całego porządku prawnego w państwie. Przyjmując bowiem taką interpretację, okazać się może, że można dokonać zmiany Konstytucji, nie dysponując w Sejmie konstytucyjną większością. Jak wiadomo bowiem, tryb zmiany Konstytucji reguluje obowiązująca Konstytucja, która stawia wymóg większości dwóch trzecich. Stosując jednak wykładnię zdefiniowaną przez sędziego Biernata, można wyobrazić sobie sytuację, że jakaś większość sejmowa stwierdzi, że rygor ten „paraliżuje jej pracę” i stojąc na gruncie „demokratycznego państwa prawa” oraz bezpośrednio odwołując się do „ducha Konstytucji”, który mówi, że suwerenem jest naród, dokona zmiany Ustawy Zasadniczej zwykłą większością głosów.

Można powiedzieć (i powiedzieć słusznie), że jest to argument ad absurdum. Z drugiej jednak strony nie jest to pierwszy przypadek w ostatnim czasie, gdy TK do tej granicy błyskawicznie się zbliża.

Dowiedzieliśmy się wreszcie, że zasada „domniemania konstytucyjności” powędrowała do kosza. Z tej zasady bowiem w swoim komunikacie większość sędziów Trybunału wyjęła przyjętą w grudniu ubiegłego roku nową ustawę o TK. Wynika więc z tego, że odtąd „logika demokratycznego państwa prawa” ma polegać na tym, że ustawy przyjęte przez parlament i podpisane przez prezydenta RP są niekonstytucyjne, a w każdym razie podejrzane (wiadomo – „pisowska większość” jest synonimem „uderzenia w podstawy polskiej demokracji”), aż do momentu, gdy zasłony niepewności nie zerwie Trybunał.

Opozycja na „Rubikoniu”

Rekapitulując najnowszą interpretację „logiki demokratycznego państwa prawa”, okazuje się, że w jej ramach nie obowiązują zasady rzymskiej jurysprudencji mówiące o tym, że należy wysłuchać drugiej strony (po co, skoro wyrok już jest dawno ustalony), i zakazujące bycia sędzią we własnej sprawie (sędziowie TK w czerwcu 2015 r. uczestniczyli w pracach nad ustawą o Trybunale, potem arbitralnie orzekli, że ustawa o TK z grudnia 2015 r. ich nie dotyczy, i stwierdzili, że obowiązuje ich ta z czerwca, którą współtworzyli).

Pozostaje oczywiście problem polityczny, czyli odpowiedź na pytanie: co dalej? Opozycja twardo siedzi na „Rubikoniu” (copyright R. Petru). Ten znawca imperium rzymskiego i wojen domowych schyłku rzymskiej republiki stwierdził ostatnio, że „PiS dokonał konstytucyjnego zamachu stanu”. Czy miał na myśli zamach stanu przeprowadzany zgodnie z Konstytucją, czy też doszedł do wniosku, że partia rządząca dokonuje zamachu stanu (zbrojnie przejmuje władzę) przeciw samej sobie – trudno powiedzieć. Jedno jest pewne, ostatnie wydarzenia wokół TK dadzą paliwa opozycji, która już dawno ogłosiła, że nie interesują jej żadne kompromisy, bo jest „opozycją totalną” realizującą się „na ulicy i w Europie” (G. Schetyna). Przed nami kolejna odsłona „obrony Trybunału”. Należy się liczyć z eskalacją typu wezwanie do kampanii obywatelskiego nieposłuszeństwa.

A rządzący? Z jednej strony mogą czekać dziewięć miesięcy, czyli do połowy grudnia 2016 r., gdy zakończy się kadencja sędziego i jednocześnie prezesa TK prof. Andrzeja Rzeplińskiego. Po drodze jednak nie będzie łatwo. Czeka nas kolejna odsłona postępowania inkwizycyjnego przed Parlamentem i Komisją Europejską. Należy się liczyć z interwencjami „naszych amerykańskich przyjaciół”. A w zanadrzu pozostaje broń w postaci agencji ratingowych albo innych instrumentów nacisku ze strony „zaniepokojonych inwestorów”. Z tej strony należy oczekiwać najmocniejszego uderzenia. Ekonomiczne uderzenie w państwo polskie, czyli powtórka z włoskiego scenariusza (wysadzenie w 2011 roku rządu Silvio Berlusconiego na skutek gwałtownego ataku spekulantów na włoskie papiery dłużne), jest scenariuszem, z którym należy się liczyć.

Oczywiście jest coś takiego jak nieprzewidziane okoliczności. Nie wiadomo, jak rozwinie się sytuacja w Europie w związku z kryzysem imigracyjnym, z polityką rosyjską wobec Ukrainy i innych państw „bliskiej zagranicy”, jaki będzie wynik brytyjskiego referendum w sprawie wyjścia Zjednoczonego Królestwa z UE. Nie wiadomo, jak rozwinie się sytuacja na Bliskim Wschodzie (Syria) i w Afryce Północnej (zainstalowanie się islamistycznego „kalifatu” w Libii i jego ekspansja w kierunku Tunezji).

Mnogość tych niewiadomych (a do tego dochodzą zmiany na scenie politycznej w Niemczech i we Francji) nie usprawiedliwia w mojej ocenie twardego kursu, jeśli rozumieć go jako taktykę „na przeczekanie” do odejścia prezesa TK. Należałoby pomyśleć o jakiejś formie rozwiązania kompromisowego (trop podany przez europosła K.M. Ujazdowskiego jest dobrym przykładem), wykorzystując jednocześnie maksymalnie szybko możliwości, które dają ustawy czekające w kolejce do zakwestionowania przez TK. Myślę w tym kontekście przede wszystkim o ustawie o służbie cywilnej, która z pewnością jest następna w kolejce do „ścięcia”.

Przyjmując nawet, że Trybunał jako kolejny akt prawny odrzuci nową ustawę medialną („mała nowelizacja”) i tak pozostanie to bez realnych konsekwencji, zważywszy na to, że stoimy przed niechybną zmianą składu Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, której roczne sprawozdanie raczej nie uzyska akceptacji ani obu izb parlamentu, ani prezydenta.

Odrębną kwestią pozostaje to, czy TK zdecyduje się na obalenie ustawy „500+”. Moim zdaniem, najważniejszej ze wszystkich ustaw uchwalonych w tym Sejmie. Kompromis, o którym mówię, mógłby polegać na jakiejś formie „gentlemen’s agreement” wedle zasady: nasza ustawa, wasz Trybunał. Tym bardziej że w kwietniu i grudniu wygasają dwa mandaty sędziów TK, które łatwo może obsadzić obecna większość sejmowa.

Ponadto należy pamiętać o tym, że przed rządem – czy szerzej: przed obozem rządzącym – jest cały wachlarz działań, którym „nie grozi” interwencja TK. Dość wymienić szeroko pojętą politykę historyczną, politykę naukową czy zmiany w edukacji. Sukcesy w tych dziedzinach w połączeniu z powodzeniem projektu „Rodzina 500+” oznaczać będą realną szansę na reelekcję.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Prof. Grzegorz Kucharczyk

Nasz Dziennik