logo
logo

,,BARTEK” - KRÓL PODBESKIDZIA

Oddział Henryka Flamego „Bartka” (pierwszy z prawej) liczył około 400 uzbrojonych żołnierzy. To najliczniejsza grupa podziemia antykomunistycznego na Górnym Śląsku i w Beskidach Zdjęcie: arch./ -

Operacja „Lawina”

Środa, 27 kwietnia 2016 (19:34)

Gdy wybuchła druga wojna światowa, Henryk Flame był młodym kapralem pilotem i walczył w Brygadzie Pościgowej nad Warszawą. Po klęsce przeszedł przez obozy internowania na Węgrzech i w Austrii, skąd w połowie 1940 roku wrócił do rodzinnych Czechowic (niedaleko Bielska-Białej). Jako maszynista kolejowy w Dziedzicach działał w podziemnej organizacji H.A.K., podległej Armii Krajowej, zajmującej się wywiadem i sabotażem. Ale kiedy w 1944 roku, jak wielu Ślązaków, został powo- łany do niemieckiego wojska, uciekł do partyzantki i pod pseudonimem „Grot” w podbeskidzkich lasach zorganizował samodzielny oddział, który w październiku 1944 roku wszedł do Narodowych Sił Zbrojnych jako jedna z drużyn Akcji Specjalnej.

Po zajęciu Czechowic i Dziedzic w lutym 1945 roku przez Armię Czerwoną Flame, zgodnie z zaleceniami dowództwa NSZ, zgłosił się ze swoją grupą do dyspozycji „władzy ludowej” i mimo protestów czechowickich komunistów został komendantem posterunku MO w rodzinnym mieście. Obsadził swoimi ludźmi komisariat i zaczął gromadzić broń do nieuchronnej walki z komunistami. Już jednak w kwietniu 1945 roku, zagrożony dekonspiracją i aresztowaniem, zabrał swoich ludzi i znów poszedł do lasu.

W Beskidach, z kwaterą na Baraniej Górze, zaczął odtwarzać oddziały partyzanckie nowo powołanego VII Ślą- sko-Cieszyńskiego Okręgu NSZ. „Grot” stał się wtedy „Bartkiem”, już wkrótce dowódcą jednego z najliczniejszych i najgroźniejszych zgrupowań leśnych walczących z komunistami o niepodległość Polski, najsławniejszym śląskim partyzantem i królem Podbeskidzia.

Oddziały Zgrupowania NSZ kpt. Flamego przeprowadziły dziesiątki akcji bojowych. Partyzanci rozbili m.in. posterunki MO w Górkach Małych, Zabrzegu, Komorowicach Krakowskich, Rudzicy, Strumieniu, Międzyrzeczu, Jeleśni, Chybiu, Pruchnej, Kończycach Wielkich. Wszystkie te akcje przyćmiło jednak zajęcie 3 maja 1946 roku przez oddziały „Bartka” Wisły

Nocna masakra

Do połowy 1946 roku Zgrupowanie „Bartka” właściwie nie poniosło większych strat, było świetnie dowodzone i cieszyło się poparciem miejscowej ludności. Jednak w dowództwie VII Okręgu udało się bezpiece zwerbować wyjątkowego agenta. Szantażowany aresztowaniem córek, we wrześniu 1945 roku na współpracę poszedł Kazimierz Zaborski – zastępca komendanta i szef sztabu, który po rozbiciu komendy okręgu i Komendy Głównej przystąpił do odtwarzania organizacji na Górnym Śląsku już jako agent UB występujący pod pseudonimem „mjr Górny – Łamigłowa”.

Wkrótce do gry operacyjnej został wprowadzony funkcjonariusz MBP zwią- zany z kontrwywiadem Smiersz Henryk Wendrowski. Jako „kpt. Lawina” w lipcu 1946 roku, podając się za przedstawiciela „Okręgu NSZ”, dotarł do jednego z łączników Flamego, a ten zaprowadził go prosto na Baranią Górę. To Wendrowski przekonał „Bartka” do „przesiedlenia się” oddziału w rejon Jeleniej Góry, przekazując rzekomy rozkaz Okręgu NSZ.

W czasie drugiej wizyty „kpt. Lawiny”, 20 sierpnia 1946 roku, uzgodniono szczegóły przerzutów. Zorganizował je „por. Korzeń”, czyli Czesław Krupowies, kolejny funkcjonariusz z MBP.

We wrześniu 1946 roku około 160- -200 żołnierzy „Bartka” w trzech transportach, w kilkudniowych odstępach, wyjechało podstawionymi jakoby przez dowództwo NSZ ciężarówkami na zachód, a jak się okazało – na śmierć. Zostali zamordowani na Opolszczyźnie, na poniemieckim lotnisku w Starym Grodkowie i w okolicach Barutu, na polanie w pobliżu leśniczówki Hubertus (trzecie miejsce, gdzie zginęła pierwsza, największa grupa, nie jest jeszcze znane). Partyzantom podawano jedzenie oraz wódkę zaprawioną środkami nasennymi. W barakach, w których nocowali, pod- łożono miny przeciwczołgowe.

W nocy budynki ze śpiącymi żołnierzami zostały wysadzone w powietrze. Rannych dobijano strzałami. W masakrze uczestniczyło około 70 ubeków i 40 funkcjonariuszy NKWD. Żaden z nich nie poniósł jakiejkolwiek kary. Henryk Wendrowski jeszcze wiele lat pracował w MSW, w latach 1968-1973 był ambasadorem PRL w Danii, zmarł w 1997 roku.

Strzał w plecy

„Bartek” miał wyjechać w ostatnim, czwartym transporcie, ale ponieważ podejrzewano zasadzkę, nie doszedł on do skutku. Wkrótce też poznał prawdę o śmierci swoich podkomendnych i nie był w stanie się z nią pogodzić. Po ujawnieniu się w czasie amnestii w lutym 1947 roku jeździł nawet do Barutu i próbował dowiedzieć się prawdy o ubeckim mordzie. Jak twierdzi rodzina Henryka Flamego, po tych wyjazdach zupełnie się załamał.

1 grudnia 1947 roku, parę minut przed jedenastą w nocy, w restauracji Józefa Czyloka w Zabrzegu milicjant Rudolf Dadak strzelił „Bartkowi” w plecy z karabinu. Trafił prosto w serce. Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Katowicach stwierdził szybko, że Dadak był psychicznie chory, ale ze szpitala psychiatrycznego wyszedł już po roku całkiem zdrowy i wrócił do służby. Później ktoś zepchnął go z peronu pod pociąg.

Matka Henryka Flamego, gdy dowiedziała się o śmierci syna, powiedziała, że przeczuwała, że coś się stanie, „bo Henio zapomniał ryngrafu z Matką Boską, z którym nie rozstawał się przez cały okres walki z komuną”. Pogrzeb „Bartka” w Czechowicach był prawdziwą manifestacją patriotyczną; króla Podbeskidzia żegnały setki ludzi, w tym jego podkomendni, którzy nieśli trumnę swojego dowódcy.

W odróżnieniu od wielu Żołnierzy Wyklętych kpt. Henryk Flame zawsze miał grób na cmentarzu. W Zabrzegu na ścianie restauracji, w której został zamordowany, umieszczono pamiątkową tablicę.

Po prawie 70 latach szczątki zamordowanych w Starym Grodkowie żołnierzy „Bartka” odnalazł zespół prof. Krzysztofa Szwagrzyka. Ślady ubeckiego mordu znaleziono także na położonej na granicy województw opolskiego i śląskiego tzw. polanie śmierci pod Barutem, nazywanej uroczyskiem Hubertus i Śląskim Katyniem. – Odnaleźliśmy tu co najmniej kilkanaście fragmentów kości ludzkich, na których były ślady postrzału albo były one rozerwane. Znaleźliśmy fragmenty oprzyrządowania wojskowego, ryngrafy. Nie mamy wątpliwości, że to jest miejsce mordu. Ale do dziś nie udało się niestety odnaleźć […] ani jednej czaszki; ani jednego fragmentu kręgosłupa, żadnej miednicy, żadnej kości długiej – mówił prof. Szwagrzyk. 

dr Joanna Wieliczka-Szarkowa

Aktualizacja 27 kwietnia 2016 (19:41)

Nasz Dziennik