logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Radek Pietruszka/ PAP

Berlin się cofnął

Piątek, 27 maja 2016 (20:18)

Komisja Europejska musiała ustąpić w obliczu zdecydowanej postawy rządu Beaty Szydło.

Wielu obserwatorów zastanawia się, skąd bierze się tupet Komisji Europejskiej, która od dłuższego czasu w nachalny sposób atakuje prawicowy rząd w Polsce, wykorzystując pretekst perturbacji dotyczących Trybunału Konstytucyjnego. Ingerencja w wewnętrzne sprawy przez Komisję byłaby nie do pomyślenia w przypadku zachodnich krajów. KE jakby chciała przetestować, jak daleko może się posunąć w podporządkowaniu swojej woli krajów środkowej Europy. Jednakże każdy powinien wiedzieć, że komisarze nigdy nie odważyliby się wywoływać międzynarodowego konfliktu, gdyby nie mieli polecenia od swoich mocodawców – w tym wypadku od Berlina. Niemcy od jakiegoś czasu wyciszyli w sprawie Polski swoich polityków (milczy w tej materii nawet skandalista Martin Schulz), nie ulega jednak wątpliwości, że Komisja Europejska jest mocno uzależniona od Berlina i wykonuje bez zastrzeżeń główne cele polityki niemieckiej w Europie Centralnej.

Pacyfikacja oponentów

Niemcy prą z całą siłą do realizacji projektu islamizacji Europy, a zarazem do centralizacji UE. Podporządkowanie nowych członków Unii jest tutaj bardzo ważne. Wszak to Europa Środkowa najbardziej buntuje się przed swobodnym napływem imigrantów. To tutaj do władzy dochodzą politycy, dla których tradycje suwerenności państwowej mają ogromną wagę (Węgry, Polska). Najlepiej by było zatem rozbić rysujące się porozumienie tych państw i doprowadzić do ich pacyfikacji. Stąd tak wielki szum na arenie międzynarodowej, stąd niespodziewane „ultimatum” Komisji Europejskiej pod adresem Polski w sprawie Trybunału Konstytucyjnego sprzed kilku dni. Komisja, jak donosiły media, miała zażądać od władz polskich rozwiązania sporu o Trybunał w trybie nagłym, w przeciwnym razie miało dojść do uruchomienia kolejnego etapu procedury ochrony praworządności, która w perspektywie miałaby się zakończyć sankcjami przeciwko naszemu krajowi.

Odpowiedź Polski była bardzo mocna. Z trybuny sejmowej padły bardzo jednoznaczne słowa premier Beaty Szydło dotyczące suwerenności, bardzo ostro skrytykowana została Komisja Europejska. Wszak to jej polityka doprowadziła do kryzysu imigranckiego w całej UE i do eskalacji nastrojów antyunijnych w Wielkiej Brytanii. Jednoznaczna, nieugięta postawa polskich władz i polskiego parlamentu wprawiła zarówno Berlin, jak i Brukselę w osłupienie. Naciski zewnętrzne ani na chwilę nie spowodowały spodziewanej uległości, a sondaże pokazały, że Prawo i Sprawiedliwość zwiększyło swoje poparcie społeczne. Stąd już tylko krok do nasilenia eurosceptycznych nastrojów w społeczeństwie polskim i wśród innych krajów środkowoeuropejskich.

Wszystko to działo się w kontekście walki wyborczej w Austrii. O mały włos wyborów prezydenckich nie wygrał eurosceptyczny Norbert Hofer z Austriackiej Partii Wolności. Wyrównany wynik wyborów prezydenckich w tym kraju pokazał potęgujące się w piorunującym tempie antyimigranckie, a zarazem anty-brukselskie nastroje w Austrii. Niemcy kraj ten traktują niemal w kategoriach kolejnego landu niemieckiego. Przewrót na wiedeńskiej scenie politycznej wieszczy analogiczny przewrót w polityce niemieckiej. Widząc to wszystko, rząd niemiecki musiał wydać dyspozycję Komisji Europejskiej, by zwolnić tempo i powstrzymać napór na rząd w Warszawie. Potęgujący się konflikt na linii Bruksela – Warszawa musiałby nasilać nastroje eurosceptyczne w innych krajach środkowoeuropejskich, a zarazem skłaniać Brytyjczyków (również emigrantów zamieszkujących Wyspy) do głosowania za wyjściem tego kraju z Unii Europejskiej.

Polskie zwycięstwo

Zamiast realizacji zapowiadanego „ultimatum” Frans Timmermans przybył do Warszawy i wszedł w kolejny „etap dialogu” z premier Szydło i polskim rządem. Można to śmiało ocenić jako ważny sukces Polski w zmaganiach o ochronę własnej suwerenności. Egzamin został zdany przez rządzącą prawicę, zupełnie inaczej ta sytuacja wygląda w przypadku ugrupowań opozycyjnych. Interwencja Komisji Europejskiej w wewnętrzne sprawy Polski to największa nadzieja opozycji na szybką zmianę rządów w naszym kraju. Jej wycofywanie się z gry o Trybunał Konstytucyjny stawia opozycję w skrajnie niekomfortowej sytuacji. Polacy coraz surowiej oceniają włączanie czynnika zewnętrznego w wewnętrzne spory polityczne. W sytuacji gdy twarda polityka rządu Beaty Szydło daje rezultaty, wizerunek Platformy Obywatelskiej czy Nowoczesnej cierpi coraz bardziej. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej z uwagi na wewnętrzne wśród partii opozycyjnych podziały. Kukiz’15 całkowicie dystansuje się od włączania Brukseli do naszych wewnętrznych rozgrywek. Między Nowoczesną a Platformą toczy się zacięta rywalizacja, kto obejmie przywództwo w obozie antypisowskim. Najbardziej pogubiony w tej całej sytuacji wydaje się Grzegorz Schetyna, który w kraju jest zbyt słaby w nieskutecznej rywalizacji z Ryszardem Petru. Śmiertelne zagrożenie dla niego idzie, o dziwo, z Brukseli (sic!) od Donalda Tuska, który coraz bardziej uaktywnia się w walce o przywództwo w Platformie. Niedawno podejmował Mateusza Kijowskiego, szefa Komitetu Obrony Demokracji, co zostało odebrane wprost jako zapowiedź budowania w oparciu o KOD alternatywnej siły politycznej.

Widząc to wszystko, Berlin i Bruksela zdają sobie sprawę, że szybkie wywrócenie porządku politycznego nad Wisłą się nie powiedzie. Opozycja zamiast się wzmacniać, słabnie. Kontynuowanie zatem zaciętej wojny Komisji Europejskiej z polskim rządem musi się jawić jako niebezpieczne. W Unii postępuje polityczna destabilizacja. W Grecji powraca widmo bankructwa. W Wielkiej Brytanii nie słabnie zagrożenie Brexitu. W Austrii i Niemczech rosną w siłę antyimigranckie i eurosceptyczne siły polityczne. Eskalowanie konfliktu z Polską w sytuacji, gdy nie da się szybko zmienić w Warszawie rządu na proniemiecki, jawić się może w tej sytuacji jako nadto ryzykowne. Stąd krok w tył KE.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Prof. Mieczysław Ryba

Nasz Dziennik