Rodzinna opowieść o Czerwcu ’56 towarzyszyła mi od dzieciństwa. Rodzice nie byli „kombatantami”, nie brali udziału w walkach, ale byli uczestnikami lub świadkami większości wydarzeń. Nasze mieszkanie mieściło się bowiem „w oku cyklonu”. Dodam jeszcze, że moja Mama Bogusława studiowała wówczas w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Poznaniu, a ojciec Mamy, mój Dziadek, przedwojenny polityk, miał za sobą więzienie w Moskwie i w stalinowskiej Polsce. Nie trzeba więc tłumaczyć emocji towarzyszących tego dnia naszej rodzinie.
Głos tłumu
Oddaję głos mojej Mamie: „Było wczesne rano […] Nagle – jakiś dziwny pomruk, taki dźwięk, jakiego jeszcze nigdy wcześniej nie słyszałam, jakby szum, gwar, który potężniał i potężniał. Mama mówi: ’Idą’ – ’Jak to, kto idzie?’ – ’No, idą’ – i wybiegła. A ja tak jak stałam, nieuczesana, nieumyta, wyskoczyłam zobaczyć, kto idzie. Okazuje się – wielki tłum na czele z robotnikami, transparenty, widać, że wyrywali ludzi dosłownie wprost od warsztatów pracy. Przyłączyłam się i szłam z nimi. Po drodze spotkałam trochę znajomych, potem nie chcieli się przyznać, że tam byli, bo każdy się bał. […] Tak przeszliśmy przez całe Jeżyce [dzielnica Poznania] […]”.
„Dotarliśmy wreszcie przed Zamek na ówczesny plac Stalina, dziś Mickiewicza. Tam były już wielkie tłumy, tramwaje, na dachach tramwajów stali ludzie, jakieś nagłośnienie, pieśni patriotyczne i nabożne, jakieś awantury. A przede wszystkim dotarłam pod Dom Partii – i to było najciekawsze, bo robotnicy […] wleźli tam i przez okna wyrzucali różne rzeczy, krzycząc: ’Patrzcie, co oni jedli, co oni pili!’. Radość była niesamowita, klaskaliśmy, śpiewaliśmy ’Boże, coś Polskę’”.
Strzały
„Postanowiłam polecieć na Wildę [dzielnica Poznania], do mojego późniejszego męża, Czesia, wówczas kolegi z roku – mieszkał na stancji razem z Rajmundem Hałasem [późniejszym znanym projektantem, profesorem ASP] – […] wyciągnęłam ich z łóżek […] [kiedy] usłyszeliśmy pierwsze strzały, postanowiłam wycofać się do domu. Nasz dom stoi na końcu ulicy Kochanowskiego, róg Sienkiewicza – kilkaset metrów dalej […] była siedziba UB. […] Po drodze przy Domu Chłopa widziałam wóz, […] ktoś podcina konia – ’Kto z nami? Jedziemy po broń!’. Kiedy już wpadliśmy do domu, widziałam przez okno, jak przywieźli broń i z ciężarówki rozdawali ludziom karabiny [była to broń zdobyta w rozbitym więzieniu na Młyńskiej]”.
„Tłum parł w kierunku Kochanowskiego, do Urzędu Bezpieczeństwa. Mam od tej strony balkon, z którego świetnie było widać te wszystkie wydarzenia […] Widziałam […] jak złapali jakiegoś pracownika UB – szarpali go, wrzeszczeli […] Ludzie rozpoznawali tych, którzy ich aresztowali, torturowali; chcieli odwetu. Widziałam z balkonu, jak na skrzyżowaniu robili barykadę z tramwajów – potem się dowiedziałam, że tę barykadę budował też i Rajmund. A potem widziałam czołgi. Pierwszy czołg się poddał, stanął na krzyżówce – żołnierz wyszedł z tego czołgu, potem były następne – i widziałam chłopców z butelkami z benzyną, chowali się za murkami, które odgradzały od chodnika ogródki przed kamienicami [Domu Tramwajarza]. Tego pewnie już nikt nie pamięta, ale wszystkie te murki zostały potem na wszelki wypadek wyburzone i zamiast nich powstały różne dziwne opłotowania”.
Złudzenia
„Wszystko to trwało do nocy. Dopiero jak się wyciszyło, wyszłam na Dąbrowskiego. […] Ciągle padały strzały. […] W bramach widziałam trupy oparte plecami o ściany. Rajmund opowiadał, że położył się w bramie razem z drugim młodym człowiekiem. Jak strzelanina ustała, mówi: ’Już możemy iść’ – patrzy, a tamten leżał i nie żył. […]
Koledzy plastycy, zwabieni tym, co się działo, odwiedzili mnie w domu, bo przecież mieszkałam w samym centrum wydarzeń. Wydawało się nam, że już Polska jest wolna, że wszędzie jest rewolucja – byliśmy przekonani, że to nie tylko w Poznaniu i że ruszyli nie tylko Polacy, ale wszyscy okupowani przez Związek Sowiecki. […] Najwięcej radowały nas miny naszych sąsiadów […] pracowników UB. Przerażeni tym, co się dzieje, nagle zrobili się niezwykle sympatyczni. Niestety na krótko, potem wszystko wróciło do normy”.
Pouczająca afera z pomnikiem
Tu od wspomnień Mamy powracam do naszych wspólnych. Za „Solidarności” jako dorastający licealista z napięciem obserwowałem pierwsze obchody rocznicy poznańskiego Czerwca ’56, a zwłaszcza budowę pomnika, który miał zostać odsłonięty w dniu 25. rocznicy wydarzeń – 28 czerwca 1981 roku.
Dzieje tej budowy są niezwykle pouczające. Czasu na postawienie monumentu było niewiele. W grudniu 1980 roku pośpiesznie rozpisano konkurs. Jury skierowało do realizacji projekt znanych artystów, którzy otrzymali jedną z trzech pierwszych nagród. Projekt był rzeczywiście piękny i w skali europejskiej oryginalny, ale… płaski. „Dziura w ziemi”. Nie ulegało wątpliwości, że władcy PRL-u życzyliby sobie właśnie czegoś takiego. Mówiliśmy: „Śnieżek zasypie i po sprawie”. Zaprotestowały więc Komitet Budowy i poznańska „Solidarność”. Kiedy jury zmieniło decyzję, wskazując projekt Adama Graczyka i Włodzimierza Wojciechowskiego (ten, który został zrealizowany – „poznańskie krzyże”) – zaprotestował z kolei Związek Polskich Artystów Plastyków. Obawiano się, że „krzyże” postawione na placu „zabiją” swoim ogromem sąsiedni pomnik Mickiewicza. Anonimowe listy jakichś rzekomych „filomatów” zapowiadały nawet… wysadzenie pomnika, w razie gdyby tam go postawiono. Rodzice podzielali obawy swojego artystycznego środowiska, ale też (jak wielu innych plastyków) doskonale rozumieli determinację „Solidarności”, podejrzewając, że te wszystkie protesty inspiruje SB w celu zablokowania budowy pomnika. Kursowały pokątne podejrzenia, który to z kolegów najwięcej „miesza”. W końcu jednak pomnik stanął… i co się okazało? Że doskonale pasuje do wybranego miejsca, a obawy były bezpodstawne… Czy nam to czegoś nie przypomina?
Drogi Czytelniku,
zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w wersji elektronicznej

