logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Od dawna czekam na to muzeum

Czwartek, 7 lipca 2016 (18:46)

Z Zofią Pilecką-Optułowicz, córką rotmistrza Witolda Pileckiego, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Na Rakowieckiej w Warszawie, gdzie więziony był Pani Ojciec, powstanie Muzeum Żołnierzy Wyklętych. Długo czekała Pani na takie upamiętnienie w stolicy?

– Tak, i bardzo się cieszę, że powstaje to muzeum. Myślę, że w krótkiej perspektywie będzie możliwość zagospodarowania tamtejszej całej przestrzeni na te cele. To muzeum jest dla mnie rzeczą bardzo ważną. W Warszawie musi być taka placówka, i to z prawdziwego zdarzenia. Tak jak Muzeum Powstania Warszawskiego, tak też Muzeum Żołnierzy Wyklętych, którzy w tym miejscu tak wiele swojej krwi przelali, powinno mieć swoje miejsce na mapie stolicy. Trzeba pomagać, by za wszelką cenę to muzeum zaistniało. Ja jestem pierwsza w szeregu do tego.

Jak według Pani powinno ono wyglądać?

– Jestem z panem Jackiem Pawłowiczem, dyrektorem powstającego Muzeum Żołnierzy Wyklętych, w bardzo dobrych kontaktach osobistych i organizacyjnych. Myślę więc, że wszelkie sprawy związane z tym muzeum będą także przekazane mi do konsultacji. Na to liczę. Trzeba zebrać tutaj wszystkie materiały dotyczące tych żołnierzy, którzy zginęli na Rakowieckiej, a jest ich sporo. Część z nich została już znaleziona na Łączce i zidentyfikowana, ale zostało ich jeszcze bardzo wielu do odszukania.

To będzie wielki dzień dla Polski, kiedy ekipie prof. Krzysztofa Szwagrzyka uda się odnaleźć na Łączce szczątki rotmistrza Witolda Pileckiego.

– Cały czas czekam na swojego tatusia, lecz możliwe, że się nie doczekam. Nie znam osoby, która bezpośrednio przekazała te informacje, i znam je tylko z drugiej ręki, ale podobno ciała Witolda Pileckiego i generała Augusta Fieldorfa „Nila” miały zostać spalone w nieistniejącym już obecnie palenisku. Nie wiem, ile w tym prawdy, a ile bajki. Wiem tylko, że Witold Pilecki nie zginął w samym więzieniu, lecz był prowadzony do kotłowni, obok której była także szubienica. Rzadko kiedy osoby do rozstrzelania były prowadzone drogą, która wiodła do kotłowni. Ja jednak w dalszym ciągu czekam na kolejny etap prac pana profesora Szwagrzyka. Jestem optymistką i wierzę, że te kosteczki mojego taty zostaną wydobyte z jakiegoś dołu.

Niedługo mają rozpocząć się prace poszukiwawcze na terenie więzienia na Rakowieckiej.

– Czekam na nie, bo mogą one przynieść nam nowe, cenne informacje. Dzięki nim muzeum tam powstające będzie stale żyło, gdyż na bieżąco uzupełniane będzie o nowe wiadomości. Nie wiem dokładnie, jakie są propozycje pana Jacka Pawłowicza co do wykorzystania terenu więzienia, ale mam do niego ogromne zaufanie, chociażby przez jego działalność dotyczącą rotmistrza Witolda Pileckiego. Przypomnę jednak, że jeszcze kiedy więzienie normalnie funkcjonowało, padały stwierdzenia, żeby jego część zachować w oryginalnym stanie. Jest tam chociażby cela, która w swoim kształcie czy wyposażeniu w ogóle się nie zmieniła. Można więc zobaczyć, jak cele wówczas wyglądały, jakie były łóżka, możliwość umycia się, co więźniowie rysowali bądź pisali na ścianach czy jak wyglądał karcer. I ta część oryginalna na pewno zostanie jako świadectwo. Myślę, że Jacek Pawłowicz ma też na uwadze to, żeby pokazać, jak wyglądało stracenie więźniów. Niezależnie od tego będą zapewne również sale informujące o losach poszczególnych więźniów zamordowanych na Rakowieckiej. Tak to sobie wyobrażam.

Jest to dla Pani pewne zwieńczenie batalii o upamiętnienie Żołnierzy Niezłomnych, o które od lat Pani zabiegała, przychodząc w godzinę śmierci Ojca pod mur więzienny?

– Na pewno tak. Od momentu, kiedy mogłam dostać się do archiwów wojskowych, wiedziałam, że mój tato został stracony w tym więzieniu 25 maja 1948 roku o godz. 21.30. Na początku nikt oprócz mnie o tym nie wiedział. Paliłam tam stale znicze i szybko to miejsce stało się dla mnie miejscem świętym. Oczywiście nie tylko ze względu na mojego tatę, ale również tych wszystkich, którzy zostali zgładzeni w więzieniu mokotowskim. Dziś tę pamięć kultywują nie tylko członkowie Rajdu Katyńskiego, ale różne organizacje patriotyczne i młodzieżowe. Mamy obecnie już taki czas, że możemy to czynić otwarcie, wierząc w słuszność naszych intencji. I na pewno mamy za sobą takie siły, które będą nam w tym jedynie pomagać, a nie niszczyć nasze starania czy zakłamywać prawdę o naszych bohaterach, jak to było dawniej.

 

Prawdopodobnie już od września byłym funkcjonariuszom PRL-owskich służb bezpieczeństwa zostaną obniżone świadczenia emerytalne i rentowe. Sprawiedliwości stanie się zadość?

– Mamy w Polsce trudną sytuację i brakuje pieniędzy na wszystko, a jesteśmy przecież biednym krajem. W związku z tym uważam, że ci, którzy mordowali Polaków, nie powinni mieć tak wygórowanych rent czy emerytur. I to ponad wszelkie moje wyobrażenie. Ja sama dostaję 1800 zł emerytury za 36 lat bardzo ciężkiej i trudnej pracy w sytuacji, kiedy mój ojciec był człowiekiem wyklętym. Tamci mordowali i mieli zupełnie inne wyobrażenie o Polsce, a mogą dziś żyć spokojnie i ponad stan. Tak nie powinno być. Uważam, że ta sprawa powinna być już dawno załatwiona. Jeżeli dziś taka możliwość istnieje, to trzeba to uczynić, choć zapewne wywoła to potworną burzę w szklance wody. Róbmy jednak swoje, to jest bowiem ta sprawiedliwość, której tak mało doświadczamy. Liczę, że kadencja obecnej władzy powtórzy się jeszcze ze trzy razy i wtedy Polska będzie już zupełnie na dobrej drodze.

Dziękuję za rozmowę.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w wersji elektronicznej

Piotr Czartoryski-Sziler

Nasz Dziennik