Jeśli jeszcze do niedawna zdawało się niektórym, że ataki terrorystyczne ominą Niemcy – w końcu jedno z najbardziej tolerancyjnych i otwartych państw w Europie, gotowe zrobić wszystko, byle tylko imigranci czuli się tu lepiej niż u siebie w domu – teraz nie ma już żadnych wątpliwości. W ciągu jednego tygodnia doszło do czterech zamachów terrorystycznych, których sprawcami byli wyznawcy islamu, zamieszkali bądź przybyli do Niemiec w ostatnim czasie jako uchodźcy.
18 lipca 17-letni muzułmanin pochodzący z Afganistanu, który jako uchodźca przybył przed dwoma laty do Niemiec, zaatakował siekierą i nożem podróżnych w pociągu w okolicach Würzburga w Bawarii. Chłopak zdawał się być na dobrej drodze do pełnej integracji w społeczeństwie niemieckim, od dwóch tygodni mieszkał już w rodzinie zastępczej, uczęszczał na kurs piekarza, miał rozpocząć samodzielne życie. 22 lipca urodzony w Niemczech w rodzinie irańskiej 18-latek zabił z pistoletu maszynowego w monachijskim centrum handlowym 9 osób, a 27 ciężko ranił, po czym popełnił samobójstwo. Dwa dni później w Reutlingen w Badenii-Wirtembergii 21-letni syryjski uchodźca oczekujący w Niemczech na azyl zabił maczetą kobietę, która okazała się obywatelką Polski, oraz ranił dwie inne osoby. Tego samego dnia wieczorem w bawarskim mieście Ansbach 27-letni Syryjczyk, któremu zostało odmówione prawo do azylu, wysadził się w powietrze, raniąc przy tym 12 osób. 28 lipca został aresztowany 15-latek w Ludwigsburgu, który planował zamach w swojej szkole i który miał kontakty z nastoletnim zamachowcem z Monachium.
Medialne manipulacje
Niemal codzienne doniesienia o dokonanych lub planowanych atakach terrorystycznych na terenie Niemiec mrożą krew w żyłach mieszkańcom, którzy przez ostatnie miesiące byli zapewniani przez rząd Angeli Merkel o maksymalnych środkach bezpieczeństwa podejmowanych na rzecz niemieckich obywateli. Najbardziej jednak denerwują przeciętnych obywateli Niemiec doniesienia medialne, które – z małymi wyjątkami – na ogół przybierają jedną wspólną linię: zamachy nie mają podłoża terrorystycznego, tylko stoją za nimi rzekome zaburzenia psychiczne ich sprawców. Ponadto media ignorują pochodzenie i islamskie wyznanie agresorów. I tak na przykład, opisując zamach w Monachium, niemieckie media najczęściej pomijały pierwsze imię sprawcy Ali, podając tylko drugie imię, brzmiące europejsko – David. Od razu też zaklasyfikowały sprawcę jako „prawicowego radykała” wzorującego się na Andersie Breiviku, norweskim zamachowcu, tylko dlatego, że miał krzyczeć „jestem Niemcem”. Na wszelki wypadek media dołączyły też wiadomość o chorobie psychicznej nastolatka i jego długim leczeniu. Innej manipulacji niemieckie media dopuściły się, donosząc o zamachu w Reutlingen, kiedy z miejsca podały, że ofiara – Polka pracująca w lokalu z kebabem – miała romans ze sprawcą i że kłótnia między kochankami była przyczyną jego ataku. Także sprawcy z Ansbach przypisano chorobę psychiczną lub co najmniej depresję. W opisie wszystkich tych zamachów pojawia się niezwykle często jedno słowo: „amoklauf” – działanie w amoku. Przy czym niektórzy wypowiadający się psychiatrzy twierdzą, że trudno nazwać działaniem w amoku zamach przygotowywany przez cały rok, jak miało to miejsce w przypadku strzelaniny w Monachium.
Coraz więcej pytań
Niemieccy obywatele coraz mniej ufają własnym mediom, które zresztą często idą w parze z wypowiedziami członków rządu – jeśli się one w ogóle zdarzą, ponieważ w krwawym dla Niemiec tygodniu zarówno kanclerz Merkel, jak i minister spraw wewnętrznych Thomas de Maizière przebywali na urlopie. Jako pierwszy zabrał po jakimś czasie głos ten ostatni, który stwierdził, iż „spodziewa się kolejnych ataków”. Nietrudno sobie wyobrazić reakcje obywateli, kiedy minister po prostu stwierdza fakt, o którym i tak wszyscy wiedzą, nie podając żadnych przesłanek do tego, aby mieszkańcy mogli poczuć się chronieni przez państwo. Po długim milczeniu również Angela Merkel przerwała swój urlop i stawiła się w ubiegłym tygodniu na konferencji prasowej. Jej przekaz był niestety bardziej niż rozczarowujący: ponowne „damy radę” („Wir schaffen das”) nie uspokoiło społecznych nastrojów, ale wywołało falę żartów, tym razem również w mediach. Pani kanclerz potwierdziła raz jeszcze liberalną politykę imigracyjną, dzięki której „już i tak wiele nam się udało”. Jej słowa o tym, że ataki w Niemczech są „wstrząsające, frustrujące i deprymujące”, niczego nie zmieniają, bo o tym wiedzą wszyscy. Jej 9-punktowy plan na rzecz bezpieczeństwa nie wnosi niczego nowego, bo takie procedury jak deportacja imigrantów, którym odmówiono azylu, działają z różnym skutkiem już od kilku miesięcy. „Dziś jestem tak samo jak wówczas przekonana, że damy radę sprostać naszemu historycznemu zadaniu” – za tę wypowiedź gazeta „Frankfurter Allgemeine Zeitung” nazwała Merkel „niesuwerennym, pozbawionym instynktu i mylącym się w tej sprawie uparciuchem”. Der „Tagesspiegel” odpowiedział z kolei pytaniem: „W jaki sposób (damy radę)? I czy z nią (Merkel), czy bez niej?”. „Süddeutsche Zeitung” stwierdził natomiast, że „Merkel prawdopodobnie również zatonięcie Titanica […] określiłaby jako ’próbę wytrzymałości’”.
Całkowicie odmienne reakcje wobec krwawego tygodnia w Niemczech płyną z obozu CSU, który w osobie ministra spraw wewnętrznych Bawarii, Joachima Hermanna, obecnie najbardziej popularnego polityka po bawarskim premierze Horscie Seehoferze, stawia na uzbrojenie i wywieranie nowego nacisku na Angelę Merkel. Bawarski rząd zaaprobował właśnie pakiet środków mających na celu zwiększenie bezpieczeństwa, jak np. dodatkowe oddziały policji obywatelskiej złożone z wolontariuszy. Bawarski minister finansów z CSU Markus Söder wyraził rozczarowanie wystąpieniem Merkel, stwierdzając, że powtarzanie przez Merkel „damy radę” nie uczyni tego wyrażenia bardziej prawdziwym.
Również opozycja nie pozostawia na kanclerz suchej nitki. Szef Zielonych Cem Özdemir zarzuca jej zignorowanie humanitarnych katastrof i zaniechanie walki z przyczynami ucieczki mieszkańców Bliskiego Wschodu do Niemiec. Natomiast wiceszef liberalnej partii FDP Wolfgang Kubicki żąda od Merkel odpowiedzi na pytanie: „W jaki sposób poradzimy sobie z setkami tysięcy ludzi, którzy przekroczyli niemiecką granicę bez rejestracji i do dzisiaj oficjalnie zniknęli”. Z samej jednak partii CDU, której przewodzi Merkel, brak na razie jakichkolwiek komentarzy. Przy całej krytyce, jaka na nią spadła, Angela Merkel stanowczo wierzy w to, iż – jak powiedział były redaktor naczelny „Bild am Sonntag” Claus Strunz – rozwiąże problem, który sama stworzyła.
Drogi Czytelniku,
zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w wersji elektronicznej

