logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Z refleksji nad Żołnierzami Wyklętymi

Niedziela, 18 września 2016 (22:11)

Żołnierze Wyklęci i Niezłomni dla większości Polaków klasycznych byli obrońcami Polski, rycerzami naszej wolności i godności, po prostu w tamtej sytuacji historycznej – bohaterami, ale dla orientacji socjalistycznej i komunizującej i dla apatrydów byli fatalistycznymi straceńcami, donkiszotami albo nawet „bandytami”, jak ich nazywali enkawudziści, ubowcy i niekiedy także Polacy rezygnujący z polskości, adorujący marksistowskie imperium sowieckie i widzący w nim najwyższą przyszłość „tego kraju”.

Wobec nowej sytuacji politycznej i społecznej

Po roku 1944 ukształtowały się – mówiąc z dużym uproszczeniem – dwie zasadnicze orientacje w Polsce. Pierwsza głosiła, że Sowieci i przystępujący do nich Polacy są ludźmi przyszłości, nowoczesności i wieczystych już perspektyw historycznych. Druga są to drudzy po Niemcach okupanci i napastnicy, a polscy ich zwolennicy – niejako innym rodzajem volksdeutschów. I potocznie ukształtowały się dwie oceny przeciwstawne: dla Polaków klasycznych Sowieci są najeźdźcami, a ich współpracownicy bandziorami i mordercami Polski, a dla drugiej strony Sowieci są wybawcami spod niewoli niemieckiej, a Polacy nieuznający tego „wyzwolenia” są niejako niegodziwcami, a jeśli się bronią, to są „bandytami”. Przy czym Sowieci i ich współpracownicy nasi oczyszczali swoje sumienia traktowaniem ateistycznego marksizmu jako nowej „religii i etyki”.

A zatem dla większości polskiej Sowieci i ich współpracownicy są po prostu krwawymi okupantami i złoczyńcami, a ludzie broniący się przed nimi na wszelkie sposoby, także z bronią w ręku, są patriotami i bohaterami walczącymi o wolność i o Polskę. Ale wystąpiły bardziej skomplikowane motywacje postaw. Sowieci głosili, że robią wszystko legalnie, łącznie z mordowaniem patriotów polskich, bo czynią to z mandatu Ameryki i Wielkiej Brytanii, no i że nie są okupantami, lecz twórcami wolnej Polski, tyle że „ludowej”, a nie pańszczyźnianej. Z kolei wielu naszych zwolenników komunizmu i Rosji sowieckiej uznało to za nieodwracalną „konieczność historyczną”, której nie należało się opierać ani przeciwstawiać, zwłaszcza z narażaniem życia i zbrojnie, bo to jest bunt i głupota albo anachronizm, choć druga strona uznała to za zdradę Polski i Ojczyzny. Do tej przeciwstawności przyczyniły się także, czego wielu historyków i polityków nie bierze pod uwagę, dwie postawy duchowe: z jednej strony ateizm, a z drugiej katolicyzm, który miał dla marksistów zniknąć ze sceny polskiej.

Wielką chytrością posłużył się tu Stalin. Wziął pod uwagę, że tradycyjne społeczeństwo polskie będzie się mocno opierać z dużą szkodą dla propagandy komunistycznej, dlatego najpierw zajął się dziedziną społeczno-polityczną, a dopiero potem stroną kościelną. Ale w jednym i drugim przypadku posłużył się na początku głównie komunistami pochodzenia żydowskiego, zarówno sowieckimi, jak i polskimi, którzy uciekali przed Niemcami do Rosji. Uznał, że będą bardzo przydatni, bo dla nich Polacy byli „antysemitami” przed wojną. Poddał im także w dużej mierze polskie grupy komunistów, dawnych volksdeutschów, no i różnych przestępców pospolitych. Stalin nie miał zaufania do Polaków. Nawet kościuszkowców wysłał pod Lenino na rzeź, nie dając wsparcia. Stąd poparcie takiej fali Polacy uznali za zdradę Polski, a z czasem i Kościoła.

Dla nas powstał zasadniczy problem: jaką zająć postawę wobec nowej sytuacji? Jeśli państwem polskim będą rządziły oddziały wrogów, zdrajców i przestępców, to zniszczą oni naród, państwo i kulturę albo uczynią nas całkowitymi więźniami. Toteż z czasem pewna, coraz liczniejsza grupa Polaków zaczęła ustępować i żeby ratować kraj, zgodzili się na pewien „surogat” Polski, udając, że jest pełnoprawna i wolna, a tylko współpracująca z Rosją. I tu powstały znowu dwie postawy: jedni służyli Rosji i marksizmowi z koniunkturalizmu, drudzy w duchu wallenrodyzmu. Ale powstała też liczna grupa, zwłaszcza wśród inteligencji, ideowców socjalistycznych i komunistycznych, niekiedy też motywująca się panslawizmem, w każdym razie byli to już „nowi Polacy”, którzy zerwali z tradycją klasyczną.

Jak oceniać te różne grupy „polskich komunistów”? Jeśli dołączyli do Sowietów przestępcy, to nadal byli przestępcami. Ale jak ocenić tych Polaków, którzy byli względnie uczciwi, lecz wyznawali socjalizm i komunizm jako nową religię? A także jako nową etykę? Jest problem w tym, że jednocześnie dla nich Naród Polski, Ojczyzna, patriotyzm klasyczny to przeżytki, a przynajmniej coś drugorzędnego. W każdym razie pierwsze miejsce zajmuje ideologia i rzeczywistość komunistyczna, i to raczej sowiecka. Otóż ci, jeśli czynią to zgodnie ze swym sumieniem, nie mogą być potępiani, należało z nimi dialogować, choć, niestety, pozostaje w nich wiele rzeczy złych, a mianowicie uważanie powstań i ruchów oporu, zwłaszcza zbrojnego, za obłęd, zacofanie, i potępiają w czambuł partyzantów, przede wszystkim militarnych, tradycję polską, bohaterów polskich itd.

Kryteria ocen

Otóż ludzie cierpiący na „ukąszenie marksistowskie” nie są patriotami w naszym znaczeniu, tylko jakimiś „europolitami” i kosmopolitami. Nie akceptują też pojęcia „bohater”, zwłaszcza militarny. A nawet mają do tego stosunek negatywny. Stąd – jak widzimy – ilekroć wynosimy kogoś jako bohatera, patriotę, szlachetnego, to oni starają się przedstawić tego człowieka jako „biało-czarnego”, starają się wydobyć, a nawet zmyślić jakieś jego złe strony czy czyny. Toteż kiedy my przedstawiamy kogoś jako bohatera, to oni mogą nawet oceniać go jako „bandytę”, równego ubowcowi, jeśli używał broni nawet w samoobronie lub w obronie Polski. Jest to więc rozumowanie o innej logice. Podobne stosują też np. Ukraińcy. Według nich, nacjonaliści ukraińscy nie byli gorsi od AK, bo i „AK mordowała Ukraińców”, nieważne, że w odwecie czy w obronie Polaków. I tak nasi odbrązawiacze głoszą, że każdy żołnierz występujący zbrojnie przeciw Sowietom czy i naszym ubowcom „miał coś na sumieniu”, przede wszystkim był „nierozumny”, choćby walczył dla Polski, bo trzeba ratować życie, a nie Ojczyznę, która jest już pojęciem przestarzałym. A poza tym uważają, że i polscy komuniści, i ubowcy, zabijając partyzantów, mogą być bez winy, jeśli działają zgodnie ze swym „sumieniem socjalistycznym”, a i sama prawda jest względna, nie ma prawdy absolutnej.

Jakie jest zatem kryterium oceniania? Jest takie kryterium! A mianowicie moralne! Oczywiście, nie partyjne ani rewolucyjne, lecz po prostu ludzkie! Jeśli komunista – sowiecki czy też współpracujący z nim polski – zachowuje Dekalog w okupowanym przez siebie kraju i nie zabija okupowanych, nie osadza ich w więzieniu, nie osadza ich w obozach, nie wyzyskuje, nie okrada, nie poniewiera, nie odbiera im praw obywatelskich, to nie może być zabijany ani karany przez partyzantów. Jeśli jednak czyni coś takiego złego, to jest nie tylko współpracownikiem złego okupanta, ale jest pospolitym przestępcą, a nie komunistą, i nie może zasługiwać na szacunek ani godność, i walka z nim, także zbrojna, jest uprawniona. I jeśli niektórzy myślą, że współpracując z okupantem krwawym lub prześladując lub mordując okupowanego, nie są przestępcami, a tylko wyznawcami innej ideologii politycznej i społecznej, to są w konflikcie z ludzkim sumieniem, stosują fałszywy wybieg i włączają się w całe zło napaści niesprawiedliwej na kraj. Można mieć różne poglądy na życie, społeczne czy polityczne, ale jeśli już dochodzi do udziału w ciężkim krzywdzeniu okupowanych, to są pospolitymi złoczyńcami i walczący z nimi okupowani mają prawo się bronić, bronić swej wolności i godności, natomiast bandytami są tamci przestępcy. Te właśnie oceny w Polsce Ludowej zostały odwrócone: okupanci i inni komuniści brali obrońców za „bandytów”, tymczasem sami byli najbardziej podłymi bandytami, a tamci patriotami i jeśli się nie złamali – bohaterami.

A kompromis?

Była tu jeszcze inna pułapka moralna. Oto przeciwnicy zbrojnego oporu przed krwawym najeźdźcą i przed niszczycielami Narodu powiadają często, że można było pójść na kompromis w całości bez oporu zbrojnego, bo najważniejsze jest ratowanie życia. Oto partyzanci bywają uważani za fanatyków i szalonych bezkompromisowców. Istotnie, sam Pan Jezus mówi o przypadku kompromisu w dyplomacji wojennej: „Albo który król, mając wyruszyć, aby stoczyć bitwę z drugim królem, nie usiądzie wpierw i nie rozważy, czy w dziesięć tysięcy ludzi może stawić czoło temu, który z dwudziestoma tysiącami nadciąga przeciw niemu. Jeśli nie, to wyprawia poselstwo, gdy tamten jest jeszcze daleko, i prosi o warunki pokoju” (Łk 14,31-32). Otóż Jezus mówi o kompromisie politycznym, żeby nie doszło do wojny, a nie jest to ustępstwo i poddanie się bez oporu niszczycielowi i zabójcy napadniętego i podbitego narodu. Przy tym najważniejsze jest nie tylko życie biologiczne, ale wolność człowieka i narodu, samo człowieczeństwo duchowe i prawda moralna. Bez wolności, zwłaszcza moralnej, nie wypełnia się zadań życiowych jednostki czy narodu i nie jest się istotą ludzką. Przy tym nie ma dowolności moralnej, czyli też kompromisu moralnego, kompromisu co do prawdy. Może być tylko kompromis praktyczny – co do sposobu życia, dyplomacji, tolerancji. Nigdy kompromis nie może być łamaniem prawdy czy fundamentów etyki. Na przykład nigdy nie może być kompromisu co do prawdy, że Bóg istnieje, można jedynie nie walczyć fizycznie o zachowanie tej prawdy. Nie można pertraktować, czy Bóg istnieje, czy też nie, można natomiast dyskutować.

Są w historii kompromisy, nawet daleko idące, ale tylko co do dyplomacji. Rzeczywiście, nieraz brak kompromisu takiego powodował straszliwe skutki, zwłaszcza gdy jedną ze stron był morderczy imperator. Kiedy pod koniec IV w. przed n.Chr. wiele miast-państw greckich zwróciło się do królów macedońskich, Filipa i jego syna, Aleksandra Wielkiego, by zjednoczyli państwa greckie, to Teby się temu sprzeciwiły. Aleksander trzy dni stał z wojskiem pod miastem, proponując rokowania. Nadaremnie. Czwartego dnia, kiedy grupa Tebańczyków zdradziła miasto, Aleksander je zdobył. I wbrew radzie swojego mistrza Arystotelesa, żeby się nie mścił, Macedończycy zabili 6 tysięcy Tebańczyków, 30 tysięcy wzięli do niewoli, resztę sprzedali sąsiadom, a samo miasto zrównali z ziemią.

Albo weźmy przypadek bliższy i mniejszego kalibru. Oto we wrześniu 1953 r. komunistyczni zdrajcy Polski aresztowali Prymasa Stefana Wyszyńskiego, a innych biskupów zmusili do wydania listu do wiernych, jakoby się z tym godzili. Byłem wtedy studentem. Razem z kolegami bardzo cieszyliśmy się, że nasz biskup lubelski nie podpisał tego listu, bo po prostu nie pojechał na to posiedzenie. Ale po paru dniach patrzę, a pod domem biskupim stoją trzy auta z rejestracją warszawską. I co? Zmusili biskupa, by jednak ów list podpisał. Bardzo gorszyliśmy się, że taki „słaby”. Było nam łatwo, bo my za nic nie odpowiadaliśmy. Dopiero po pewnym czasie dowiedzieliśmy się, że biskupowi zagrożono zlikwidowaniem seminarium duchownego, wzięciem kleryków do wojska, zakazem budów w diecezji i totalną walką z Kościołem. I nie był to blef. Przecież w owym czasie robili to komuniści w innych demokracjach ludowych. W Czechosłowacji zamykali seminaria, rozwiązywali zakony, zakonników brali do obozów lub do więzień czy też musieli się oni ukrywać. A także polscy komuniści okazali się w pewnym punkcie gorsi niż Stalin, którego już nie musieli przecież słuchać, bo zmarł 5 marca 1953 roku. Podobno komunistyczne władze Polski chciały się popisać rewolucyjną ortodoksją i wcześniej aresztować Prymasa, na podobieństwo Węgier, gdzie ich Prymas Józef Mindszenty już w roku 1949 został aresztowany, torturowany i skazany na dożywocie, ale Stalin się nie zgodził. Miał powiedzieć: „Żebym to ja miał takich ludzi u siebie”.

Albo nie tyle rozważny, ile raczej cwaniacki jest atak niektórych dzisiejszych historyków na rektora pewnego uniwersytetu za to, że „kumał się” z rządem komunistycznym w obronie uczelni i zdradził Polskę. A ów rektor chciał ratować uniwersytet przed rozwiązaniem, a zapewne już potem do dziś nie byłby wznowiony. Zresztą sądzono, że komunizm będzie trwał bardzo długo. Jest nieodpowiedzialne zarzucanie komuś, że nie poświęcił uniwersytetu, żeby zachować osobistą godność. Łatwo tak mówić człowiekowi młodemu, który nie doznał goryczy kompromisu, sam zdobył wykształcenie, ma stanowisko społeczne, może wyjeżdżać za granicę i za nikogo nie odpowiada. A rozwiązanie takiego uniwersytetu to tysiące katolików bez wyższego wykształcenia, bez stanowisk społecznych i państwowych, bez wyjścia poza wieś, bez rozwijania kultury katolickiej i pełne oddanie kraju inteligencji komunistycznej. W owych czasach popularna była maksyma: „Bóg uratował Daniela w lwiej jamie, ale zabronił mu lwów szarpać”.

Charyzmat bohaterstwa

Niedoścignionym wzorem bohatera wojennego jest król spartański Leonidas, który bronił Grecji przed wielką armią króla perskiego Kserksesa I, w wąskim przesmyku między górami, Termopile. Z nielicznym wojskiem Greków odpierał przez dwa dni ataki Persów, a kiedy zdrajca grecki pokazał Persom przejście przez góry, to różni Peloponezyjczycy uciekli, Tebańczycy Persom się poddali, a Leonidas z 300 spartiatami, zaatakowany z dwu stron, bronił się aż do śmierci (480 przed n.Chr.) w obronie Grecji, bo tak rozumiał honor wojskowy spartiaty. Właśnie, można powiedzieć, że i polscy Żołnierze Wyklęci, jak Danuta Siedzikówna „Inka”, Feliks Selmanowicz „Zagończyk”, August Emil Fieldorf „Nil”, Hieronim Dekutowski „Zapora”, Witold Pilecki „Witold” i setki i tysiące innych, broniących Polski, jej wolności i ducha, nawet człowieczeństwa przed mordercami, są polskimi Leonidasami, czego oczywiście karłowatej osobowości apatrydzi bez duszy zrozumieć nie potrafią. Takie polskie Termopile miała cała armia podziemna walcząca o wolność, o życie, o duszę ludzką i polską, o powstrzymywanie słabych przechodzących na stronę potwornego wroga, o wiarę i honor prześladowanych i mordowanych. Dzięki Bogu dziś i nasza dobra młodzież wolna zaczęła rozumieć bohaterstwo owych ludzi, a także że bez ich przykładu i wzorów mogły skarleć całe następne pokolenia Polaków, co niestety w pewnej części nawet po roku 1989 zaczęło się dokonywać w zezwierzęcających się grupach bez duszy i bez ideałów.

Rzadko kiedy w dziejach funkcjonowała sprawiedliwość i etyka polityczna. Nic dziwnego, że różni minimaliści socjalistyczni, komunistyczni i pseudoliberalni nie mają zrozumienia dla bohaterstwa. Ale ciekawe, że gdy się czci bohaterów, to traktują tę część jako niemądrą, a zarazem jako krytykę ich minimalistycznej postawy. Jednak mimo wszystko owi bohaterowie są dziś zarzewiem odrodzenia polskiego i papierem lakmusowym prawdziwej Polski, wolnej i niezłomnej, choć nie każdy byłby w stanie taką ofiarę za Polskę złożyć. Co więcej, jest w tym coś z Ducha ofiary Chrystusa, który nie szedł za swoją korzyścią, na kompromis duchowy, pozbawiający treści i sensu życia oraz misji zbawczej. Tymczasem karłowaci duchowo ludzie nie przyjmują najwyższych idei. Co więcej, nie poprzestają na ustawicznej krytyce bohaterów, ale nawet w sposób przestępczy ciągle ich poniżają i zwalczają, i chcą za wszelką cenę pokazać, że „jak my wszyscy”, mieli wielkie wady i grzechy lub nawet że byli pomyleni. Motyw fałszywego usprawiedliwiania siebie przez poniżanie wybitnych jest jednym z grzechów głównych ludzi słabych.

Zdarza się to nawet teologom. Na przykład niemieccy teologowie długo nie chcieli uznać ofiary św. Maksymiliana Kolbego za czyn bohaterstwa chrześcijańskiego, lecz tylko za gest polityczny i nacjonalistyczny w walce z Niemcami. I od Papieża Polaka długo domagali się do beatyfikacji i kanonizacji okazania innego cudu niż ofiara za bliźniego. Nie widzieli cudu w czynie ofiarowania swego życia za bliźniego. Po prostu uważali, że polski „konserwatysta i nacjonalista” nie może być chrześcijańskim świętym. Byli też przeciwni beatyfikowaniu tak licznych Polaków, ofiar obozowych. Mieli coś z takiego myślenia jak pewna Niemka, matka, która powiedziała mi, że nienawidzi wszystkich Polaków, bo „Polacy zabili jej syna” w bitwie nad Bzurą w roku 1939. Tak trudno niektórym być obiektywnymi. Tak i ona nienawidziła nas i brała za zbrodniarzy, bo zabiliśmy agresora, który przyszedł mordować Polaków.

***

Taka i podobna zła wola kryje się bardzo często w krytyce polskich bohaterów. I tu trudno taką postawę zwalczyć. Jest to ciemność złego. Ale mimo to faktycznie polskie przykłady obrońców Polski, wolności i wiary mają wielki blask człowieczeństwa, coś z wielkości ludzkiej i coś z samego Chrystusa. Żołnierze Wyklęci jako rzekomi „bandyci” mieli coś z wiecznej duszy polskiej i chrześcijańskiej, a zostali wyklęci przez rzeczywistych/prawdziwych bandytów. Dziś jednak, kiedy ustała okupacja Polski i przeminął zaborczy i militarny marksizm, przyszedł czas, żebyśmy jedni i drudzy zrobili rachunek sumienia polskiego, otworzyli na oścież nasze umysły i serca, żebyśmy zaniechali wzajemnych potępień i przyjęli coś z ducha bohaterstwa prawdy, dobra i piękna wspólnej Ojczyzny oraz Boży dar życia w pokoju, wzajemnej życzliwości i twórczości futurystycznej.

Niewątpliwie wielką rolę może odegrać w tym wiara w Chrystusa jako Króla historii i najwyższego jej Interpretatora. Wielką pomocą w tym może się okazać prawdziwie Święty Kościół, który jest jeden i Chrystusowy dla wszystkich. Wszakże wystąpienia i dziś przeciwko wierze i przeciwko Ojczyźnie pozostaną zawsze hańbiącą zdradą. Ale też – z drugiej strony – trzeba wielkiej i nieustannej modlitwy ludzi „ludzkich”, bo pewna część dzisiejszego społeczeństwa w niepojęty sposób swoje człowieczeństwo społecznie i duchowo zatraca, zakłamuje i wprost dziczeje moralnie.

Zresztą trzeba pamiętać, że historia społeczna podlega najczęściej jakiemuś tajemniczemu i niekiedy bardzo bolesnemu „prawu krzyża”, według którego człowiek bardziej wartościowy, wybijający się i twórczy poddawany bywa przez swoją społeczność, nawet i przez bliskich, szczególnej krytyce, atakom, cierpieniom i w ogóle niezrozumieniu, a jego wartość i znaczenie odkrywane jest, wcześniej czy później, dopiero po śmierci.

Niemniej trzeba zawsze prosić o światło Boże, bo i obecne wystąpienia rzekomo w obronie „demokracji i prawa” zdradzają raczej charakter dziedziczonej napaści na „Polaków Wyklętych”, na wiarę publiczną i na etykę ewangeliczną społeczeństwa polskiego, i to wszystko w imię demonicznego egoizmu władzy w duchu marksizmu, socjalizmu i publicznego ateizmu. Bardzo przygnębiający jest widok wściekających się bankrutów „wierzących w ateizm władzy” i wydziedziczających się z etyki Chrystusowej oraz z bogactwa tradycji ojczystej. Niestety, jest wiele symptomów choroby pomarksistowskiej i poateistycznej. I nasze społeczeństwo w pewnej części pokazuje, jak trudno jest taką chorobę, jak zakrzepica, nawet po 27 latach wyleczyć. Jak może tak tracić zmysł wiary społecznej i etyki ojczystej, i ogólnoludzkiej, chyba że pseudointeligencja! Chyba że porzucająca wyższe wartości w życiu społecznym!

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w wersji elektronicznej

Ks. prof.Czesław S. Bartnik

Nasz Dziennik