Niedzielę Chrystusa Króla 1956 roku Prymas Polski ks. kard. Stefan Wyszyński wrócił z trzyletniego uwięzienia do Domu Arcybiskupów Warszawskich.
Czy warto pamiętać o takiej rocznicy? Wydawać by się mogło, że okres uwięzienia to lata zmarnowane. Rzeczywiście po ludzku był to trudny czas. Prymas był całkowicie odcięty od współpracowników, rodziny oraz wiadomości o tym, co się dzieje w Polsce.
W pierwszym miejscu odosobnienia, w Rywałdzie, woda ściekała po ścianach, a w zimie „zamieniały się one w lodowe tafle”. W kolejnych nie było lepiej. „Od dnia przyjazdu do Stoczka, do końca pobytu, ani w dzień, ani w nocy nie rozgrzałem stóp” – przyznał Prymas.
Jestem gotowy
Mimo trudnego położenia cieszył się, że może „cierpieć dla imienia Chrystusowego”. Sam przecież nauczał, że cierpienie przyjęte za Kościół zawsze ma wielką cenę i wielki sens.
Osobiście spodziewał się swojego aresztowania. Kiedyś rozmawiał o tym z Marią Okońską w saloniku w domu biskupim. Za oknami padał deszcz. Krople wody spływały po okiennych kratach. Prymas powiedział: „Spójrz, Marysiu, kraty płaczą”. Kobietę jakby piorun przeszył, bo zrozumiała aluzję Prymasa co do jego więziennej przyszłości. „Nie, Ojcze, to nie nastąpi”.
Kardynał spokojnie odpowiedział: „Nie wiem, czy nastąpi, czy nie, ale w pełni poddaję się woli Bożej i z nią się zgadzam. Pamiętaj, że biskup po to nosi purpurę, aby ona mu przypominała, że jak trzeba będzie, to musi krew przelać za wiarę. Jestem na to gotowy”.
Uwięzienie okazało się dla Prymasa czasem najlepszych rekolekcji. Owoce ich wkrótce przełożyć się miały na „kondycję” Kościoła w Polsce poprzez wielką moralną odnowę Narodu Polskiego. Mimo uwięzienia ksiądz kardynał odzyskał pełną wewnętrzną wolność poprzez Akt Oddania się w całkowitą niewolę Maryi, którego dokonał 8 grudnia 1953 r. „Przez 3 tygodnie przygotowywałem duszę swoją na ten dzień. Idąc za wskazaniami bł. Ludwika Marii Grignion de Montfort […] – oddałem się dziś przez ręce mej Najlepszej Matki w całkowitą niewolę Chrystusowi Panu. W tym widzę łaskę dnia, że sam Bóg stworzył mi czas na dokonanie tego radosnego dzieła”.
Uwięziony Prymas oddał się modlitwie i pracy. „Czas wypełniam tak szczelnie, by nie pozostawała ani jedna chwilka na bezcelowe rozmyślania”. I tak powstały m.in. „Rozmyślania na tle roku liturgicznego”, „List do moich kapłanów”, „Rozmyślania liturgiczne” – w sumie około 3 tys. stron różnych szkiców i konferencji. Przyznał później: „Chleba darmo nie jadłem, nawet w więzieniu”.
Kiedyś Prymas stwierdził, że gdyby komunistyczna władza wiedziała o przyszłych owocach jego odosobnienia, to nigdy nie zdecydowałaby się na to aresztowanie. Podczas uwięzienia zdał sobie sprawę ze zbliżającej się rocznicy ogłoszenia Maryi Królową Polski, złożenia przez króla Jana Kazimierza ślubów lwowskich i że to wszystko należałoby ponowić. Zakiełkowała w nim wizja „wielkiego programu odrodzenia Narodu przez Nowe Przymierze z Maryją Królową, która jedyna, wbrew wszelkim przeszkodom, może go przygotować godnie na 1000-lecie Chrztu”.
Uwolnić Prymasa
Po śmierci zmarłego w Moskwie Bolesława Bieruta w partii rozgorzała walka o władzę. Coraz więcej więźniów politycznych odzyskiwało wolność; nasilały się żądania uwolnienia Prymasa i wyzwolenia społeczeństwa spod dyktatu komunistycznego państwa.
14 sierpnia 1956 r. robotnicy, hutnicy i górnicy z Katowic wystosowali żądanie (imiennie podpisane) uwolnienia ks. kard. Wyszyńskiego oraz biskupów śląskich. Wezwany przez komunistyczne władze przeor jasnogórski o. Jerzy Tomziński w sprawie mającej się odbyć 26 sierpnia 1956 r. uroczystości na Jasnej Górze usłyszał zarzut, że organizuje drugi „Poznań”. Gdy ostrzeżono go, że może dojść do krwawych zamieszek, za które osobiście odpowie, spokojnie odparł, że nie on, tylko władza niepotrzebnie podsyca niepokoje społeczne, m.in. złośliwie zakręcając wodę w miejskich kranach podczas upałów, gdy pielgrzymi przyjeżdżają do Częstochowy, aby się modlić.
26 sierpnia 1956 r. na Jasną Górę zjechały rzesze pielgrzymów z całej Polski; złożono odnowione Śluby Jasnogórskie; ludzie pokonali kolejną „barierę lęku” przed władzą.
Władysław Gomułka zrozumiał, że nie może ignorować żądań społecznych dotyczących m.in. spraw Kościoła, bo może dojść do podobnego powstania jak na Węgrzech. Wysłał więc swoich przedstawicieli do Komańczy, do więzionego Prymasa.
W swoich „Zapiskach więziennych” pod datą 26 października 1956 roku ksiądz kardynał zapisał: „O godzinie 9.00 rano zgłosili się do klasztoru w Komańczy wiceminister Sprawiedliwości Zenon Kliszko i poseł Władysław Bieńkowski, z polecenia Władysława Gomułki […] zostali wydelegowani przez sekretarza Partii, by usłyszeć zdanie Księdza Prymasa. Moja odpowiedź: ’Jestem tego zdania od trzech lat, że miejsce Prymasa Polski jest w Warszawie’”.
Sprawa powrotu Prymasa była na tyle dramatyczna, że po spełnieniu jego warunków proszono go, aby możliwie pilnie udał się do Warszawy, aby można było nadać w mediach informację o jego uwolnieniu i objęciu biskupiego i prymasowskiego urzędowania.
28 października o godz. 20.00 PAP podała komunikat: „W wyniku rozmowy przeprowadzonej przez przedstawicieli Partii i Rządu […] z Ks. Kardynałem Stefanem Wyszyńskim, Ksiądz Prymas Kardynał Wyszyński wrócił do Stolicy i objął urzędowanie”. Wiadomość lotem błyskawicy obiegła całą Polskę. Rzesze warszawiaków ciągnęły ul. Miodową, aby przywitać swojego Pasterza.
Przez najbliższe miesiące po uwolnieniu ks. kard. Wyszyński prawie bez przerwy jeździł po Polsce, bo wszędzie na niego czekano. Witali go biskupi, księża, siostry zakonne, świeccy; przedstawiciele poszczególnych zakładów pracy, uczelni, studenci, uczniowie, profesorowie, robotnicy, inteligencja, młodzi i starzy. Dziewczynka z VI klasy napisała: „Chrystus Król nam Cię powrócił. Jemu Najwyższe Dzięki. Zosia D.”.
Spojrzenie Matki
Najbardziej wzruszające było spotkanie Prymasa na Jasnej Górze z jego umiłowaną Matką i Panią, która mu była „wszystkim, w trudnych, lecz zaszczytnych dniach jego więzienia, wszystkim przez cały ten czas, mocą i wytrwaniem, światłem i oparciem, pociechą, nadzieją i pomocą nieustanną – prawdziwą Dziewicą Wspomożycielką”. Pierwotnie do Niej, na Jasną Górę, pragnął skierować pierwsze kroki z więzienia, ale zrobił ze swego pragnienia ofiarę na rzecz wyższego obowiązku i dotarł do sanktuarium dopiero wieczorem 2 listopada 1956 r.
Wszedł w milczeniu do kaplicy, klęknął na przygotowanym klęczniku i pochylił pokornie głowę. Nie podniósł jej nawet wtedy, gdy odsłaniano Obraz. Powiedział później: „Nie śmiałem… wystarczy, że Ona na mnie patrzyła…”. Łzy toczyły się po jego policzkach. Na koniec przemówił: „O, gdybyśmy umieli przyłożyć ucho do serca zmęczonej ludzkości i wsłuchać się w pragnienia, które są ukryte, poznalibyśmy, że człowiekowi potrzeba prawdy, wolności, sprawiedliwości, miłości!… miłości!… miłości!…”.

