logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Chrystus naszym królem

Niedziela, 27 listopada 2016 (18:36)

Z rodzicami prezydenta RP Andrzeja Dudy prof. Janiną Milewską-Dudą i prof. Janem Dudą rozmawia Małgorzata Rutkowska.

Siedzimy przy stole, przy którym mają Państwo zwyczaj omawiać najważniejsze sprawy. Czy to właśnie tu zapadła decyzja o udziale w uroczystościach Jubileuszowego Aktu Przyjęcia Jezusa za Króla i Pana, czy był to raczej impuls, poryw serca?

Prof. Janina Milewska-Duda: – To płynęło raczej z głębi serca. Wiedzieliśmy, że bardzo dużo grup w całej Polsce chce, by taki Akt się dokonał. Dlatego mieliśmy tę sprawę w naszej modlitwie.

Prof. Jan Duda: – Dla nas to była oczywistość, że taki Akt oddania się Chrystusowi Królowi powinien być w Polsce przyjęty. Przecież były Śluby Jasnogórskie, oddaliśmy się w opiekę Maryi. Dlaczego więc mamy nie uznać Chrystusa za Króla? Przecież codziennie w modlitwie mówimy: Przyjdź królestwo Twoje. Każdego dnia składamy deklarację, że uznajemy Chrystusa za Króla. Dla mnie nie było w tym nic nadzwyczajnego, że taki Akt może być zrobiony.

Czyli nikt Państwa nie musiał zachęcać?

J.M.D.: – Nie, nas nie trzeba było specjalnie zachęcać. Uznaliśmy, że będziemy tego dnia wśród wiernych zgromadzonych w bazylice w Łagiewnikach.

Widzieliśmy jednak tylko Panią Profesor.

J.M.D.: – Zwykle bywamy razem na takich uroczystościach, ale tak się zdarzyło, że mąż akurat 19 listopada od godz. 8.00 rano do godz. 11.15 miał zajęcia ze studentami. Nie ma możliwości ich przesuwania, nie było też mowy, żeby mąż opuścił zajęcia, bo nigdy tego nie robi, w związku z tym było wiadomo, że będzie jechał w ostatniej chwili. Ponieważ nie chciał, żebym czekała na niego i denerwowała się gdzieś na uczelni, wieczorem poprzedniego dnia zadzwoniliśmy do Andrzeja i spytaliśmy, czy wybiera się na tę uroczystość.

Nie wiedzieli Państwo, czy Pan Prezydent będzie obecny w Łagiewnikach?

J.M.D.: – Owszem, wiedzieliśmy, ale nie rozmawialiśmy o tym wcześniej. Więc wieczorem zadzwoniliśmy, czy nie mogłabym z nim pojechać, bo Jaś ma zajęcia i dojedzie później.

Jak zareagował Pan Prezydent?

J.M.D.: – Andrzej się bardzo ucieszył. Powiedział: Bardzo się cieszę, mamo, że pojedziesz ze mną. I tyle. To było takie naturalne i spontaniczne. Poza tym tak naprawdę ja tę sprawę powierzyłam Panu Bogu: Panie Boże, Ty nas prowadzisz i Ty wiesz, gdzie nasze miejsce, gdzie mamy być. I tak Pan Bóg poukładał nasze sprawy, że mogliśmy być na uroczystościach.

Jak przeżyli Państwo ten podniosły dzień? Dlaczego był tak ważny?

J.M.D.: – Uważam, że to dopiero początek naszej przemiany. Ten rok jest cały wyjątkowy, bo oprócz rocznicy chrztu Polski był to rok poświęcony miłosierdziu, więc połączenie wejścia w chrześcijaństwo i praktykowania nauki Chrystusa, realizacji najważniejszego przykazania – miłości Boga i człowieka.

J.D.: – Jeśli będziemy się miłować, to będziemy budować silne wspólnoty, a jeśli będziemy się kłócić, to się wzajemnie pozjadamy. Przykazania zawsze są dla mnie wyrazem miłości Pana Boga do ludzi, są nam dane po to, żeby nam było lepiej, a nie gorzej. Powinniśmy na co dzień ufać Panu Bogu, bo to jest w interesie naszego Narodu. Dlatego traktuję ten Akt jako naturalne domknięcie rocznicy chrztu, na 1050-lecie uznajemy królowanie Chrystusa – w święto Chrystusa Króla.

J.M.D.: – Wtedy powstało nasze państwo, tworzył się Naród, który rozwija się od 1050 lat i dziś postawił pieczęć, wyznając: Tak, Panie, jesteśmy z Tobą, Ty jesteś naszym Królem i Przewodnikiem.

Jakie znaczenie miał dla Państwa fakt, że przyjęcie Chrystusa za Króla i Pana miało charakter publiczny?

J.M.D.: – To było bardzo ważne, zwłaszcza że odbyło się w obecności Episkopatu i władzy, którą reprezentował prezydent wybrany przez Naród.

J.D.: – Obowiązkiem prezydenta jest dbać o dobro Narodu, a to dobro uzewnętrznia się też w wymiarze religijnym.

Czuła się Pani wyróżniona, stojąc u boku Pana Prezydenta?

J.M.D.: – Nie, chociaż dla mnie to była historyczna chwila. Przepiękna Eucharystia, te tysiące ludzi, którzy przyjechali, nie szczędząc trudu. Myślę, że Pan Jezus szczególnie nad tymi pielgrzymami się pochylał. Bo my wygodnie siedzieliśmy, a ludzie stali w tłumie. Mąż stał na końcu bazyliki – ze zgromadzonymi tam wiernymi.

Udało się więc dotrzeć Panu Profesorowi na uroczystości?

J.D.: – Miałem wyjątkowe szczęście, bo z uczelni normalnie jadę do Łagiewnik 40 minut, a w sobotę jechałem niecałe 20. Już za kwadrans dwunasta byłem w kościele. Stanąłem z tyłu i tam uczestniczyłem w uroczystościach.

J.M.D.: – Ale duchem byliśmy razem, bo wiedziałam, że mąż na pewno będzie. Reprezentowaliśmy więc naszą rodzinę.

Jak przygotowywali się Państwo do Jubileuszowego Aktu?

J.M.D.: – My modliliśmy się, jak mówiłam, przez cały rok. Oczywiście codziennie przez dziewięć dni poprzedzających tę uroczystość odmawialiśmy piękną nowennę ułożoną przez Episkopat, ponieważ my się zawsze wspólnie modlimy.

J.D.: – Przecież te nowenny są po to, żeby dobrze przeżyć takie doniosłe uroczystości, o co trudno w natłoku codziennych obowiązków. 9 dni refleksji nad tym tekstem zawierzenia było bardzo ważne, tam każde słowo było przemyślane, doskonale dobrane czytania ewangeliczne. Piękna nowenna.

Medytowali Państwo poszczególne wezwania?

J.M.D.: – Dla mnie wieczór to jest już duże zmęczenie, jestem rannym ptaszkiem, wstaję najpóźniej o 5.00 rano i właśnie wtedy bardzo się lubię modlić. Więc odmawialiśmy wspólnie nowennę wieczorem, a ja rano ją pogłębiałam.

J.D.: – Poza tym w październiku byliśmy na całonocnym czuwaniu modlitewnym na Świętym Krzyżu.

J.M.D.: – Już wiedzieliśmy, że uroczystość odbędzie się 19 listopada, ale chcieliśmy się modlić w intencji, żeby to wypadło zgodnie z wolą Bożą. Bo to był akt ogólnonarodowy, zawierzenie całego Narodu i dlatego nasze serca musiały być gorące. Za inne serca, które nie są gorące.

Mieliśmy też naszą własną modlitwę.

Ułożoną specjalnie na dzień poddania się pod władzę Chrystusa?

J.M.D.: – My z Janem modlimy się tą modlitwą od dawna, w zasadzie codziennie. Na okoliczność Aktu dodałam tylko fragment zaczerpnięty od św. Brata Alberta i św. Faustyny. Proszę posłuchać. „Królu Nieba cierniem ukoronowany, ubiczowany, w purpurę odziany. Ecce Homo. Królu znieważony i oplwany, na koniec ukrzyżowany, lecz zwycięski. Zmartwychwstały Panie, z sercem pełnym miłosierdzia dla każdego. Jezu, ufam Tobie. Bądź Królem i Panem Narodu Polskiego, w życiu rodzinnym, gospodarczym, politycznym, kulturalnym. Teraz i na wieki. Króluj nam, Chryste! Króluj nam, Chryste! Króluj nam, Chryste!”.

Bardzo piękna. I tak wiele mówi o Państwa miłości do Jezusa. Czy w Państwa domach rodzinnych żywy był kult Najświętszego Serca Pana Jezusa?

J.M.D.: – Pamiętam, że u was w domu, Jasiu, wisiały dwa obrazy: Najświętszego Serca Pana Jezusa i obok Niepokalanego Serca Maryi.

J.D.: – To jest naturalny komponent religijności. W maju odmawialiśmy litanię loretańską, w czerwcu do Serca Pana Jezusa. Ponieważ byłem ministrantem, mieliśmy swoje własne modlitwy, które były poświęcone Sercu Pana Jezusa. To było 15-minutowe nabożeństwo wieczorem, codziennie. Czytało się wtedy zawsze akt oddania Sercu Pana Jezusa. Tę modlitwę znałem na pamięć. Mało tego, ten słynny obraz Serca Pana Jezusa w cierniowej koronie był na bardzo eksponowanym miejscu w zakrystii, mieliśmy go też w domu. Dla mnie to jest symbol jedności Kościoła. Gdy służbowo wizytowałem uczelnie w Danii, choć nic nie rozumiałem z duńskiego języka, ale widząc w kościele ten obraz, wiedziałem, że wszystkich nas na świecie łączy kult Serca Pana Jezusa.

Dlatego zaangażowali się Państwo w odbudowę i powrót Pomnika Chrystusa Króla w Poznaniu, który z powodu oporu prezydenta miasta z PO wciąż nie może powrócić na swoje miejsce?

J.D.: – Ten pomnik pamiętam z dzieciństwa, mieliśmy w domu rocznik „Przewodnika Katolickiego” z 1938 roku, przeglądaliśmy regularnie to piękne pismo. Dlatego z przyjemnością włączyliśmy się w przekazanie pomnika przez artystę Kościołowi. Spór wokół tej sprawy jest dla mnie niezrozumiały. Przecież to było wotum za zjednoczenie ziem polskich i Narodu po zaborach. Ludzie chyba nie zdają sobie sprawy, co to znaczy być rozdzielonym przez 123 lata granicami obcych państw. To, że społeczeństwo się zjednoczyło, to jest cud.

Pomnik został zdewastowany i sprofanowany na samym początku okupacji niemieckiej. Bo Niemcy wiedzieli, że to jest najważniejszy przeciwnik.

J.M.D.: – Wróg zawsze niszczy filary Narodu.

J.D.: – I teraz ktoś jeszcze ma wątpliwości, czy taki pomnik należy restytuować? Chyba trzeba być ciemnym, za przeproszeniem, gdy ktoś tego nie rozumie. Bezczelność tych kręgów – wrogich jakimkolwiek symbolom religijnym – jest po prostu niewiarygodna.

Chrystofobia zbiera też, niestety, swoje żniwo w Polsce.

J.D.: – To jest otwarta wojna z naszą religią, prowadzona przez religię, którą można nazwać antyreligią. Jeśli oni domagają się od nas, żebyśmy nie eksponowali swojej wiary, to dlaczego eksponują swoją? Dla mnie to jest chory objaw. Pomnik powinien wrócić, jest tylko kwestia gdzie.

Musimy zatrzymać ten trend rugowania Chrystusa z przestrzeni publicznej. To jest nasz obowiązek jako Narodu.

Do obrony obecności Chrystusa w każdym obszarze życia zobowiązaliśmy się Jubileuszowym Aktem. Jezus chce być z nami.

J.D.: – Tak, ten Akt był bardzo potrzebny, żeby przypomnieć ludziom, że my mamy zobowiązania wobec Chrystusa, do tego, żeby utrzymać w sercach wiarę, że On jest Królem. Że powinniśmy dążyć, aby było królestwo Boże na świecie.

Co to znaczy budować królestwo Boże?

J.M.D.: – Jasio pamięta z dzieciństwa taki wierszyk: „Królestwo Boże jest w Maćkowej chałupie, bo tam tyle ludzi siedzi w kupie, razem sieją, orzą, młócą, a nigdy się ze sobą nie swarzą, nie kłócą”.

Dla mnie królestwo Boże to jest królestwo, które budujemy w każdej rodzinie.

J.D.: – I takiego chcemy działania, żebyśmy wszyscy mieli świadomość, że mamy obowiązek działać na rzecz wspólnoty. Mówią, że Kościół nie będzie nam dyktował, jak mamy żyć. Przecież Kościół nikomu nic nie dyktuje, tylko radzi i ostrzega przed skutkami. Dlatego sprawa poznańska jest dla mnie niezrozumiała, ta bezczelność i zacietrzewienie tych ludzi. To już jest otwarcie antypolskie działanie.

W Polsce trendy dechrystianizacyjne, choć napierają z zewnątrz, zostały w jakimś stopniu przyhamowane?

J.D.: – Jest coś takiego w człowieku, co mimo całej machiny propagandowej pozwala mu odróżnić prawdę od fałszu. Do pewnego momentu można ludzi bałamucić, wydawać olbrzymie pieniądze na manipulację, żeby przekazywać, co się chce. To jest skuteczne chwilowo, potem ludzie zaczynają się orientować, że coś tu nie gra. Wtedy znika efekt manipulacji. Tak stało się teraz w USA, przedtem w Polsce.

Ludzie mają dość kagańca poprawności politycznej, arogancji tzw. oświeconych?

J.D.: – Oczywiście, jeśli ktoś mi tłumaczy, że nie ma różnicy między kobietą a mężczyzną poza różnicami kulturowymi, to jest ewidentne wciskanie ciemnoty. Oczywiście cel jest jasny: depopulacja Europejczyków. Malthus obliczał, jaką moc musiałaby mieć gilotyna, by ściąć iluś ludzi, i uznał, że to jest niemożliwe, no to teraz wymyślili inny sposób. Pan Lukas (ideolog nowej lewicy) wymyślił, że wystarczy obrzydzić kobiecie mężczyznę, a mężczyźnie kobietę i jeszcze cały czas mówić, jakie to są problemy z dziećmi, że rodzina to przemoc, patologia. Bzdury, kompletne bzdury. To są ewidentnie przemyślane sposoby niszczenia rodziny i depopulacji. I o to właśnie im chodzi.

Oczy wielu narodów europejskich są zwrócone na Polskę. U nich taki Jubileuszowy Akt z udziałem prezydenta byłby niemożliwy.

J.D.: – Uważam, że naszym obowiązkiem jest pokazać, że nie tędy droga. Przez dechrystianizację do niczego nie dojdziemy.

Mamy święte prawo do tego, żeby cieszyć się, że Chrystus jest naszym Królem, to nas buduje. Dlatego powtarzam, że tym prawem powinniśmy się chwalić, nie dać się podporządkować propagandzie drugiej strony, która usiłuje zrobić z nas jakichś zacofanych ludzi. To właśnie my jesteśmy nowocześni, bo uwalniamy energię ducha przez takie akty jak Wielka Pokuta i Jubileuszowy Akt Przyjęcia Chrystusa za Króla i Pana. Budujemy energię Narodu, jeżeli jej nie ma, nie ma motywacji, by dawać coś z siebie.

Jubileuszowy Akt to początek wielkiej przemiany?

J.M.D.: – Zostaliśmy zaproszeni, żeby iść dalej, żebyśmy naprawdę zadbali o drugiego człowieka, żeby jak najmniej było rozstań w rodzinach, zostawiania dzieci.

Co drugie małżeństwo w Polsce się rozpada.

J.D.: – Sygnalizuję to, gdzie mogę, że to największy problem dla nas w tej chwili, większy niż słaba innowacyjność. Gdy będzie trwał kryzys rodziny, będziemy kalekim Narodem. Jestem radnym w sejmiku, mówię cały czas: Ludzie, czy będą ścieżki rowerowe, czy nie będą, to jest kompletnie nieważne, chodzi o to, żeby ratować rodziny. Róbmy coś, zastanówmy się. Może trzeba przydzielić asystenta takiej rodzinie, w której jest konflikt, może ktoś z zewnątrz pomoże rozwiązać im problemy, np. ksiądz z parafii od serca by poradził. Słyszę, że się nie da… Nasza córka chciała iść na kurs asystenta w rodzinie, okazuje się, że nie ma chętnych, bo ludzie nie chcą pracować za 1500 złotych. A przecież tego typu praca jest ważniejsza niż kopanie rowów dla kabli telekomunikacyjnych czy inne też ważne przedsięwzięcia. Pomoc rodzinie to jest w tej chwili najważniejsza sprawa w Polsce, na drugim miejscu kryzys demograficzny, bo ludzie nie chcą mieć dzieci.

Dziś mamy władze, które starają się pobudzić energię Narodu. Natomiast to lewackie i libertyńskie wstecznictwo niesie tylko rozkład, szczególnie moralny. Musimy być czujni.

J.M.D.: – Bez zasad zginiemy. A już sprawdziliśmy, że zasady naszej wiary, zasady Chrystusowe, są nieprzemijające.

J.D.: – Religia jest taką liną, która nas trzyma przy zasadach. Jeżeli mówię: jestem chrześcijaninem, to nie mogę odejść od zasad, które głosi chrześcijaństwo. Nie mogę powiedzieć, że mnie nic nie obchodzi bliźni.

J.M.D.: – Mało tego, po tej linie możemy iść tylko w górę. Bo jak stracimy ducha, to zaczniemy iść w dół, cofać się w społecznym rozwoju.

Jakie mają Państwo nadzieje na owoce Jubileuszowego Aktu?

J.M.D.: – To nas zobowiązuje do jeszcze większej modlitwy i troski o to, żeby ten Akt działał.

J.D.: – Duch wymaga pewnych klamr pozaduchowych, żeby mógł być aktywny. Taką klamrą są właśnie wielkie akty religijne. To będzie ważny punkt na osi czasu, stały bodziec, żeby podejmować aktywność, która jest zgodna z tym Aktem.

Zmieni się teraz jakoś Państwa wspólna modlitwa?

J.M.D.: – Codziennie odmawiamy Różaniec, jadąc razem do pracy.

J.D.: – Korki uliczne nam wtedy służą, nie denerwujemy się, bo jesteśmy trochę dłużej razem.

J.M.D.: – Zdążymy rozważyć przynajmniej jedną całą część. To nam zajmuje 20 minut, tyle ile przejazd do pracy.

Mama ks. Jerzego Popiełuszki też mierzyła drogę na różańce.

J.D.: – Tak, kiedyś Różaniec to była jednostka czasu. I to jest bardzo dobre wykorzystanie czasu. Dlaczego mam tupać nogą, że stoję w korku, gdy mogę spokojnie odmówić Różaniec? Zwłaszcza od czasu, gdy Andrzej został prezydentem.

Od dnia wyborów inaczej się Państwo modlą?

J.D.: – Od czasu kampanii wyborczej modliliśmy się o siłę dla Andrzeja w wypełnianiu powierzonej mu misji, ale nie o wynik wyborów.

J.M.D.: – Nie prosiliśmy o to, żeby był prezydentem, ale o to, aby Pan Bóg dał najlepsze rozwiązanie, a my je przyjmiemy z pokorą.

J.D.: – Ale swoje plany człowiek musi realizować. Trzeba sobie postawić zadania, wsłuchiwać się w swoje powołanie i próbować robić to, do czego jesteśmy powołani. Oczywiście mogę się modlić o sukces zamierzonego przedsięwzięcia, ale tak naprawdę nie wiem, czy ono jest celowe, i dlatego powierzam wszystko Panu Bogu. „Bądź wola Twoja”. W tej modlitwie jest skondensowana cała teologia. Bądź wola Twoja, czyli mamy obowiązek powierzyć Bogu nasze działania, ale musimy je podejmować – i to na własną odpowiedzialność. Chrześcijaństwo łączy duchowość z aktywnością. Nie wolno nam być biernym. Wiara bez uczynków martwa jest, jak mówi św. Jakub.

Dziękuję za rozmowę.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym  

Małgorzata Rutkowska

Aktualizacja 27 listopada 2016 (20:30)

Nasz Dziennik