logo
logo

Dziś w
„Naszym
Dzienniku”

W Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej banderowcy zamordowali ponad 1000 Polaków Zdjęcie: / Nasz Dziennik

Nowe fakty o zbrodni wołyńskiej

Poniedziałek, 28 listopada 2016 (18:40)

Z dr. Leonem Popkiem, historykiem z Instytutu Pamięci Narodowej, rozmawia Adam Kruczek 

W kwestii upamiętnienia ofiar zbrodni w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej, gdzie 30 sierpnia 1943 roku banderowcy zamordowali ponad tysiąc niewinnych mieszkańców, zapadła niepokojąca cisza.

– Faktycznie, pomnik na cmentarzu w Ostrówkach jest niedokończony. Choć stoi od 2011 roku, brakuje na nim dwunastu tablic z imionami i nazwiskami zamordowanych. Na tablicach po lewej stronie krzyża miało być 6 tablic z nazwiskami 575 osób zamordowanych w Woli Ostrowieckiej, a po prawej 6 tablic z nazwiskami 470 zamordowanych mieszkańców Ostrówek.

Czy istnieją merytoryczne podstawy do kwestionowania tych liczb?

– To są całkowicie pewne nazwiska, efekt moich kilkudziesięciu już lat badań, choć z pewnością nie jest to pełna lista ofiar. Problem ludobójstwa na Wołyniu, widoczny jak na dłoni w przypadku Ostrówek, polega na tym, że wiele rodzin było z sobą silnie spokrewnionych, wiele osób nosiło te same imiona i nazwiska, co utrudnia policzenie ofiar. Ponadto wiele rodzin zostało całkowicie wymordowanych, a jeśli nikt nie ocalał, to nie miał kto przekazać o nich relacji. Dotyczyło to zwłaszcza mieszkańców tzw. kolonii.

Ale nawet dziś, po ponad 70 latach, znajdują się nowi świadkowie. Dzięki temu mogliśmy w tym roku uzupełnić listę ofiar UPA w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej o kolejne osoby. Są to Rozalia Ulewicz z domu Soroka, zamordowana wraz z synkiem, którego imienia ani wieku nie zdołaliśmy ustalić, Katarzyna Popek z domu Gołębiewska mająca około 70 lat, Zygmunt Soroka wraz dzieckiem o nieustalonym imieniu, wieku ani płci, dziecko Andrzeja i Józefy Soroki, którego imienia też nie udało się ustalić, oraz jeszcze jedna osoba o nazwisku Ulewicz.

Dotarliśmy też do danych osobowych kolejnych 6 osób zmarłych na skutek ran odniesionych w czasie zagłady Ostrówek i Woli Ostrowieckiej w szpitalach w Lubomlu i Jagodzinie, które zostały pochowane na cmentarzach w Lubomlu i Rymaczach.

Ale właściwie dlaczego na cmentarzu w Ostrówkach nie wolno postawić tablic z nazwiskami ofiar?

– Niewątpliwie przyczyną jest opór strony ukraińskiej. Faktycznych przyczyn mogę się tylko domyślać, gdyż nie uczestniczę w tych negocjacjach. Strona ukraińska próbowała kwestionować z różnym natężeniem w różnych czasach liczbę zabitych. Ba, próbowano wmawiać, że tyle osób w ogóle nie mieszkało w tych wsiach. Gdy pokazałem im ostatni spis ludności z 1931 roku, zaczęto podważać liczbę ekshumowanych. W 2011 roku oskarżono polskich archeologów biorących udział w ekshumacji o łamanie kości w celu zawyżenia liczby ofiar. Gdy i to się nie udało, ponieważ liczby kości stanowią niepodważalny dowód, wymyślono, że na tablicach możemy umieścić tyle nazwisk, ile wynosi liczba ekshumowanych.

Czy można zidentyfikować ekshumowane osoby?

– Skądże. Może by się to udało, ale zaledwie w kilku procentach. Tam ginęły całe rodziny, a więc nawet badania genetyczne są niemożliwe. Żeby zadowolić stronę ukraińską, trzeba by dokonać makabrycznej selekcji, której sobie nawet nie wyobrażam. Kogo miałbym bowiem pominąć, może dzieci do lat siedmiu, może starców, kobiety albo może alfabetycznie umieścić na tablicach pierwszych z listy. W ogóle nie docierają do drugiej strony nasze argumenty.

Dotychczas z 10 dołów śmierci ekshumowaliśmy około 680 osób. Otrzymaliśmy informacje o kolejnych 30 takich dołach. Mamy nowe relacje, nowych świadków, głównie Ukraińców, którzy widząc naszą determinację, przychodzili, pokazywali, pomagali, wskazywali, że gdzieś tam była studnia, dziś zasypana, w której byli topieni Polacy itp. Dużo jest informacji o pojedynczych mogiłach, ale też jedna z relacji mówi o dole śmierci z ponad 20 zabitymi w tzw. kuźni Bałandy, inna o mniej więcej 30 zabitych w gospodarstwie Jesionka. To wymaga dalszych poszukiwań.

To bardzo cyniczne stanowisko Ukraińców de facto całkowicie uniemożliwia umieszczenie na cmentarzu w Ostrówkach nazwisk zamordowanych.

– Myślę, że tak naprawdę chodzi jeszcze o coś innego – o politykę. Mam wrażenie, że Ostrówki stały się jakby trochę zakładnikiem; dopóki nie zostanie uroczyście i oficjalnie odsłonięty przy udziale polskich władz na najwyższym szczeblu pomnik w Sahryniu, dopóty będzie blokada Ostrówek.

Na pomniku w Sahryniu wyryta jest ogromna liczba nazwisk i każdy może tam pojechać i się z nimi zapoznać. Dlaczego nie można tego zrobić w Ostrówkach?

– Nie wiem, to są sprawy polityczne, w które nie wnikam. Mogę tylko wskazać, jakie problemy napotyka upamiętnienie ofiar ludobójstwa na Kresach. Nam chodzi głównie o to, żeby możliwie jak najwięcej szczątków znaleźć, przenieść na cmentarz i pochować po ludzku. Ile znajdziemy, tyle znajdziemy, ale pomnik z nazwiskami wszystkich zamordowanych powinien w Ostrówkach stanąć i liczę, że kiedyś zostanie dokończony.

Od kogo zależy wydanie takiego pozwolenia?

– Formalnie od ukraińskiego urzędu wojewódzkiego w Łucku, ale tak naprawdę decyduje Kijów. Ostrówki stanowią przykład, gdzie jak w soczewce skupiają się wszystkie problemy związane z odnalezieniem, ekshumowaniem i upamiętnieniem ofiar banderowskich zbrodni. Takich miejscowości, co do których wiemy na pewno, że są cmentarzyskiem Polaków, na samym Wołyniu jest około 2 tys. Warto sobie uświadomić, że jak dotąd przez ćwierćwiecze istnienia państwa ukraińskiego udało się Polakom upamiętnić zaledwie ok. 5 proc. ofiar tego ludobójstwa. Pozostałe 95 proc. oznacza tysiące dołów śmierci, które trzeba zlokalizować, aby ekshumować i pochować naszych zamordowanych rodaków. Zapewne wszystkich nie uda się znaleźć, ale podjąć ten wysiłek trzeba. To się tym zamordowanym po prostu należy.

Ostatnie prace poszukiwawcze w Ostrówkach prowadzone w 2015 roku zakończyły się znalezieniem szczątków 33 osób. Dlaczego w tym roku nie podjęto poszukiwań?

– Cóż, nie istnieje już Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, która firmowała i częściowo finansowała te poszukiwania. Musimy z tym pracami poczekać do dogadania się instytucji, które przejęły na siebie obowiązki Rady.

Jak wygląda stan badań nad zbrodnią wołyńską?

– To bardzo dynamicznie rozwijający się dział historii. Co prawda trudno już znaleźć nowych świadków bezpośrednich, ale badacze różnymi drogami zaczynają docierać do niedostępnych dotąd postsowieckich archiwów, które odsłaniają wiele nowych faktów. Ostatnio, dosłownie kilka tygodni temu, w międzynarodowym czasopiśmie „Slavic Review” amerykański historyk dr Jared McBride z United States Holocaust Memorial Museum w Waszyngtonie zamieścił pracę pt. „Chłopi sprawcami: OUN-UPA a etniczna czystka na Wołyniu, 1943-1944”, w której na podstawie akt śledztw prowadzonych przeciwko banderowcom przed sowieckimi sądami odsłania szereg nieznanych dotąd okoliczności mordów dokonanych przez OUN-UPA i miejscową ludność ukraińską w powiecie lubomelskim i szczegółowo zajmuje się też zbrodnią w Ostrówkach.

Doktor McBridge zasadniczo potwierdza nasze ustalenia, ale podaje cały szereg zupełnie nowych faktów. Wymienia z imienia i nazwiska szereg sprawców, podaje, kto zamordował ks. Stanisława Dobrzańskiego i otrzymał za to konia, opisuje osobiste historie zbrodniarzy. Okazuje się, że w większości byli wcześniej policjantami ukraińskimi w służbie niemieckiej, mieli za sobą udział w mordowaniu Żydów. Pisze, że cała operacja nie mogłaby się odbyć bez udziału okolicznych chłopów ukraińskich. Co prawda byli oni przez członków UPA pod przymusem spędzani do udziału w mordach, ale w większości nie protestowali przed mordowaniem i rabowaniem Polaków, a w przeddzień zagłady Ostrówek przygotowali oddziałom UPA prawdziwą ucztę z mięsem, alkoholem i tańcami.

Dziękuję za rozmowę.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Adam Kruczek

Nasz Dziennik