Jego drzwi były zawsze otwarte dla przyjaciół. Ludzie uwielbiali spotkania z nim, a generał mimo zmęczenia zawsze czekał – na telefon, na spotkanie. Na wieczną wartę odszedł tak, jak żył – w marszu. Pomimo wieku i fizycznych ograniczeń generał Janusz Brochwicz-Lewiński „Gryf” do końca śledził sytuację polityczną w Polsce.
Zmarł w czwartek, 5 stycznia, o godz. 4.30, we śnie. Miał 96 lat. W tym czasie Sejm okupowała jeszcze opozycja, a płk Adam Mazguła, peerelowski oficer, postanowił młodych uczyć patriotyzmu.
– Te wydarzenia go dobiły. Polska to było coś centralnego w jego życiu, włączał się w dyskusję polityczną, wypowiadał się na swojej stronie na Facebooku. Uważał, że politycy ostatnio nie tylko nie liczą się z dobrem Polski, ale część tzw. elity politycznej to wręcz agentura wpływu, która ma zadanie rozbijania niepodległego państwa – wspomina Agnieszka Bogucka, prezes Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia „Wspólnota Polska”, dzięki której „Gryf” wrócił do Polski z długiej emigracji.
Podkreśla, że nie było to łatwe zadanie. – Z pełną świadomością muszę przyznać, że III Rzeczpospolita postawiła wobec emigracji wojennej, szczególnie politycznej, zapory ogniowe, by nie wrócili. Wystarczył jednak taki człowiek jak ks. prałat Zdzisław Peszkowski czy „Gryf”, którzy zupełnie wywracali całą narrację, że mamy wolny kraj – dodaje.
„Gryf” od początku trafnie diagnozował sytuację. Zresztą miał szczególne polityczne wyczucie i wiedzę na temat agentury, zwłaszcza bolszewickiej. – Nigdy nie mówił inaczej o Rosji jak „bolszewicy” – wspomina Agnieszka Bogucka. Krytykował też publicznie komunę. – Widział, że to wszystko, co się dzieje w Polsce, nie jest szczere, a układy okrągłostołowe były podszyte kłamstwem – dodaje.
Jezus ocalił go wiele razy
Praktycznie przez całe dorosłe życie nie rozstawał się z wizerunkiem Jezusa Miłosiernego, który do Wołkowyska, gdzie urodził się generał, przywiózł bł. ks. Michał Sopoćko. Obrazek ze specjalnym błogosławieństwem „Gryf” otrzymał od swojej matki wraz z kluczem do domu, gdy w 1939 roku został zmobilizowany do 76. pułku piechoty im. Ludwika Narbutta w Grodnie. Już we wrześniu, w swoje 19. urodziny trafił do niewoli bolszewickiej. Cudem ocalał. Potem walczył jako partyzant, a gdy jako powstaniec warszawski został ciężko ranny podczas walk na Woli, sam wspominał, że przeżył tylko dzięki łasce Bożej. Kula niemieckiego snajpera wyrwała mu pół twarzy. Dopiero w Anglii przeszedł operację, która przywróciła mu zdrowie. Podczas pracy w wywiadzie, jak wspominał, też wielokrotnie cudem uszedł z życiem.
Generał nieustannie dawał świadectwo działania Jezusa Miłosiernego w jego życiu. W dowód wdzięczności żołnierze GROM ofiarowali mu wizerunek Jezusa Miłosiernego. Obraz wisiał na honorowym miejscu w pokoju „Gryfa”.
Powrót
Pani Agnieszka wspomina, że powrót generała też wiąże się z tym obrazkiem. W liście z prośbą o pomoc w powrocie do Polski, jaki otrzymała, był obrazek Jezusa Miłosiernego od mamy.
– Nie miałam wyboru, musiałam zająć się tą sprawą, niezależnie od tego, ile miało mnie to kosztować. Kiedy udało się namówić „Gryfa”, by przyjechał do Polski, okazał się fascynującym człowiekiem. Wówczas był cztery dni na 58. rocznicy Powstania Warszawskiego – wspomina Agnieszka Bogucka.
Janusz Brochwicz-Lewiński wrócił do Polski na stałe w wieku 83 lat. Dzięki ówczesnemu prezydentowi Warszawy Lechowi Kaczyńskiemu otrzymał mieszkanie, na którego zakup nie byłoby go stać. – Powrót, moim zdaniem, był z jego strony bohaterstwem. Był bardzo źle przyjęty w Polsce. Mówiono mu wprost: „Wracaj, skąd przyjechałeś” – przypomina pani Agnieszka.
Wielu żołnierzy z jego oddziału, z Batalionu „Parasol”, współpracowało z komunistycznym reżimem. „Gryf”, będąc pracownikiem wywiadu, dużo wiedział, dla wielu była to wiedza bardzo niewygodna. – Z drugiej strony wiedział, że wiele osób na niego w Polsce czekało, interesowało się jego życiem – kim jest, co robił, jaki był jego szlak bojowy – wspomina Agnieszka Bogucka. Już podczas pierwszego pobytu w Polsce „Gryf” spotkał się z drużyną harcerską „Parasol”. Potem takich spotkań było więcej. Chciał i mówił młodym o swoim życiu, etosie powstańców, dlaczego poszli do walki. Mówił, że „człowiek może być szczęśliwy tylko w Ojczyźnie. To wielki skarb, który trzeba bardzo cenić”.
– Jak jeszcze chodził, organizowałam wiele spotkań. Bardzo pokochali go komandosi, przyznali mu honorowe członkostwo swojej jednostki w Lublińcu. Zapraszali na uroczystości do Pałacu Prezydenckiego. Ci młodzi żołnierze fantastycznie rozmawiali z „Gryfem”, który miał dużą wiedzę na temat historii wojskowości, uzbrojenia, zwłaszcza broni pancernej. Wiele lat spędził w pułku pancernym – opowiada pani Agnieszka. Co ciekawe, to „Gryf” wspierał szefa komandosów w utworzeniu Wojsk Obrony Terytorialnej.
Wzór dla młodzieży
W poszukiwaniu autorytetu trafił do „Gryfa” ksiądz profesor Włodzimierz Gałązka. Szukał wzoru dla młodych ludzi, którymi się zajmuje oprócz prowadzenia wykładów na UKSW. Co szczególnie ujmowało go w generale?
– Prostota, mądrość, ukochanie Polski i otwartość na drugiego człowieka – mówi wykładowca i dodaje, że w tym roku młodzi, którymi się opiekuje, otrzymają koszulki z wizerunkiem „Gryfa” oraz znakiem „Parasola”. Ostatnio „Gryf” ze względu na stan zdrowia z dziećmi już się nie spotykał, ale poprzez księdza profesora i zaprzyjaźnione młodsze osoby wyznające podobne poglądy dzielił się tym, czym żył. – To był dżentelmen w każdym calu, człowiek niesłychanie ułożony, człowiek, który nie sprawiał żadnych problemów psychicznych. Rzadko się ktoś taki zdarza – mówi Agnieszka Bogucka, która przez ostatnie trzy lata mieszkała razem z generałem po tym, jak po złamaniu nogi wymagał większej opieki. – Kochał życie nad życie. Cenił je może szczególnie dlatego, że tak wiele razy wisiało ono na włosku. Widział śmierć z bliska. Dziękował Bogu za każdy kolejny dzień. Odszedł tak, jak żył – w marszu. Zawsze, póki życia, będziemy go pamiętali – wielkiego, mądrego nauczyciela wolności. Kustosza pamięci Niepodległej. Mówił o niej z żarliwą miłością i nie wybaczał jednego: zdrady Ojczyzny – kończy swoje wspomnienia Agnieszka Bogucka.
Drogi Czytelniku,
cały artykuł jest dostępny w wersji elektronicznej „Naszego Dziennika”.
Zapraszamy do zakupu w sklepie elektronicznym

