logo
logo

Zdjęcie: / Reuters

Presja wydarzeń

Poniedziałek, 30 stycznia 2017 (18:33)

Aktualizacja: Poniedziałek, 30 stycznia 2017 (19:02)

Postawa Niemiec wobec antypolskiej polityki energetycznej inicjowanej przez Rosję to test na prawdziwe intencje Berlina.

Kiedyś zapytano premiera Wielkiej Brytanii Harolda McMillana o to, co mogłoby wpłynąć na zmianę przedstawionego przez niego, rozpisanego na kolejne etapy programu rządowego. Brytyjski premier odpowiedział wówczas: „Wydarzenia. Tylko wydarzenia mogłyby coś tutaj zmienić”. Te słowa doskonale pasują do obecnego stanu relacji polsko-niemieckich. Cała seria wydarzeń politycznych, które miały miejsce w ciągu ostatniego roku po obu stronach Odry, w Unii Europejskiej i za oceanem, sprawiają, że stosunki między Niemcami a Polską wchodzą w nową fazę.

Dwutorowo wobec Polski

W Berlinie z pewnością zauważono, że nie ma szans na odejście w krótkim czasie „nacjonalistyczno-katolickiego” (jak pisze tzw. poważna prasa niemiecka) rządu stworzonego przez Prawo i Sprawiedliwość. Zsynchronizowana w czasie kompromitacja działającej w Polsce opozycji totalnej (PO i Nowoczesna) oraz tzw. oddolnej, obywatelskiej opozycji (KOD) musiała skłonić niemieckie elity polityczne do zmiany taktyki – bo przecież nie strategii – postępowania wobec wschodniego sąsiada.

Nie należy jednak mieć złudzeń co do tego, że zostanie zarzucona nad Sprewą zasada dwutorowości polityki wobec Polski. Z grubsza rzecz ujmując, polega ona na tym, że tzw. oficjalne niemieckie czynniki rządowe co rusz powtarzają deklaracje o „ciągle poprawiających się relacjach z naszym polskim partnerem”, a na drugim torze jedzie pociąg propagandy pod ładnie brzmiącą nazwą „soft power”.

Jak powiada Joseph Nye, amerykański teoretyk „miękkiej siły”, jest ona dyplomacją realizowaną innymi środkami. W ostatnich dniach mieliśmy kolejny przykład jej funkcjonowania, gdy jeden z tygodników sprzedawanych w naszym kraju przez niemiecki koncern wydawniczy poczuł się w obowiązku przekonywać opinię publiczną, że jednak istniały „polskie obozy koncentracyjne” (nic to, że tworzone przez NKWD i sowieckich agentów działających w Polsce po 1944 roku). Na marginesie można zauważyć, że tego typu akcje (przypomnijmy sobie dywersyjne akcje propagandowe ZDF, czy to z serialem „Nasze matki, nasi ojcowie”, czy ostatnio z „przeprosinami” za używanie kłamliwej nazwy „polskie obozy śmierci”) nie spotkały się nad Wisłą ze stanowczą reakcją wszystkich dotychczasowych szefów MSZ, którzy napisaliby list otwarty przeciw tego typu propagandowym przedsięwzięciom. A przecież w 2011 roku, podczas toczącej się akurat kampanii wyborczej przed wyborami parlamentarnymi, taki list powstał, tyle że w obronie dobrego imienia kanclerz Angeli Merkel rzekomo szkalowanej przez Jarosława Kaczyńskiego. Zaiste, zadziwiająca gorliwość byłych szefów polskiej dyplomacji, chętnie przyjmujących na siebie rolę zazwyczaj wypełnianą przez biuro prasowe urzędu kanclerskiego w Berlinie.

Zmiany po obu stronach Atlantyku

Nowe i ważne wydarzenia rozgrywały się również na politycznej scenie Starego Kontynentu, na którym – wiele na to wskazuje – nic już nie będzie po staremu. Nadchodzi Brexit i zbliżają się wybory prezydenckie i parlamentarne we Francji, które przyniosą zmianę polityczną nad Sekwaną. To, że zmiana nastąpi, jest pewne. Pytanie dotyczy tylko skali i kierunku tej zmiany. Każde dalekowzroczne elity polityczne, a do takich zaliczają się niemieckie kręgi rządowe, muszą stawiać sobie już teraz pytanie: jak dalej będzie wyglądała oś francusko-niemiecka (powszechnie wskazywana jako polityczny rdzeń UE) po możliwym bardzo wygraniu wyborów prezydenckich przez Marine Le Pen. Niewykluczona będzie korekta tych relacji także w wypadku zwycięstwa François Fillona. Ostatnia porażka rządu Matteo Renziego przy okazji referendum we Włoszech pokazuje, że również nad Tybrem wyborcy mają dość bezalternatywnej wizji „dalszej integracji”.

Z drugiej strony jest Grupa Wyszehradzka czy ogólnie „wschodnia flanka” UE, w której Polska odgrywa coraz poważniejszą rolę. Warszawy nie można więc ignorować lub zaspokajać jej żądań za pomocą kolejnych europejskich laurów. Polskie weto w sprawie wrogiej wobec nas wspólnej polityki energetycznej niemiecko-rosyjskiej (sprawa gazociągu OPAL, nie mówiąc już o inicjatywie Nord Stream 2) jest tego dobitnym przykładem.

A przecież w ostatnich dniach mamy do czynienia z kolejnym istotnym wydarzeniem, jakim było przejęcie władzy 20 stycznia 2017 roku przez administrację Donalda Trumpa. Dotychczasowym aksjomatem polityki Waszyngtonu wobec Europy (czytaj: Unii Europejskiej) było utrzymywanie tzw. specjalnych stosunków (special relations) z Wielką Brytanią. W czasie prezydentury Baracka Obamy do tej rangi zostały podniesione relacje Waszyngtonu z Berlinem. Były prezydent USA niejednokrotnie dawał wyraz swojemu przekonaniu, że tym państwem, które miało w imieniu Stanów Zjednoczonych dbać o „porządek” w Europie, są właśnie Niemcy. Wysoce znamienna pod tym względem była ostatnia wizyta Obamy w Niemczech pod koniec 2016 roku, już po wyborach prezydenckich za oceanem. Nie tylko chodzi tutaj o fetowanie nad Renem i Sprewą Obamy przez zgodny chór mediów i polityków niemieckich (amplituda uczuć względem byłego prezydenta jest tam porównywalna do kultu „Gorbiego” na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych). Symptomatyczne były deklaracje Obamy, który publicznie dawał wyraz swojemu przekonaniu, że tylko rząd kanclerz Merkel jest w stanie nie tylko zapewnić stabilność instytucji demokratycznych na Starym Kontynencie, ale w ogóle dać szansę przetrwania demokracji jako takiej w obliczu „wzbierającej fali populizmu i nacjonalistycznych resentymentów”.

Co konkretnie na agendzie?

Tymczasem od 20 stycznia Biały Dom zamieszkuje lokator wybrany przez „populistów i ludzi kierujących się resentymentami” (jak pisze niemiecka prasa w całkowitej zgodności z „New York Timesem”). Jeszcze nie wiemy, jak będzie wyglądała polityka administracji Trumpa wobec Unii Europejskiej i konkretnie wobec Niemiec. W tej sytuacji nie zawadzi raz jeszcze ocieplić relacji z „naszymi polskimi partnerami” (por. niedawne zaproszenie z niemieckiej inicjatywy wicepremiera Morawieckiego na spotkanie ministrów finansów krajów G20 w Wiesbaden). Takie są wymogi wydarzeń politycznych.

Na agendzie rozmów polsko-niemieckich obecne są bardzo ważne zagadnienia: kwestia postawy Niemiec wobec wrogiej Polsce polityki energetycznej inicjowanej przez Rosję, sprawa tzw. kryzysu imigracyjnego zainicjowanego przez jednostronne decyzje Berlina z 2015 roku, wreszcie kompleks zagadnień polityki państwa niemieckiego wobec Polaków mieszkających w Bundesrepublice, zaczynając od ich statusu jako mniejszości narodowej. Zachowanie polityki niemieckiej w każdej z tych spraw będzie testem na prawdziwe intencje naszego zachodniego sąsiada.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Prof. Grzegorz Kucharczyk

Nasz Dziennik