logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: arch/ -

Ofiara komunistycznego bezprawia

Środa, 12 grudnia 2012 (02:09)

Eugeniusz Smoliński został stracony 9 kwietnia 1949 r. o godz. 19.30 w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Rodziny nigdy nie powiadomiono ani o wykonanym wyroku, ani o miejscu pochówku. Jego żona przez wiele lat łudziła się, że może żyje on gdzieś na Syberii i wróci do Polski.

Szczątki inż. Smolińskiego odnaleziono latem 2012 r. w kwaterze "Ł" cmentarza Wojskowego na Powązkach w Warszawie.

Eugeniusz Smoliński ps. "Kazimierz Staniszewski" urodził się 8 lipca 1905 r. w Warszawie. Jego ojciec był ślusarzem i pracował na kolei. W 1924 r. ukończył gimnazjum publiczne w Warszawie i rozpoczął studia filozoficzne na Uniwersytecie Warszawskim. Rok później przeniósł się na politechnikę, gdzie kontynuował naukę na Wydziale Chemicznym.

Był wyróżniającym się studentem, pasjonował się produkcją materiałów wybuchowych, dlatego w celach naukowych wyjeżdżał często za granicę: do Jugosławii, Rumunii, Niemiec, Włoch i USA, gdzie odwiedzał zakłady chemiczne.

Pracę dyplomową dotyczącą materiałów wybuchowych obronił w 1931 roku. Jeszcze w czasie studiów podjął praktykę zawodową w Państwowej Wytwórni Prochu w Pionkach k. Radomia. Prowadził też doświadczenia naukowe nad produkcją prochu bezdymnego. W latach 1931-1939 sprawował kierownicze funkcje w laboratorium chemicznym w Pionkach.

Gdy wybuchła wojna, ewakuował się do Tarnopola, a potem przeniósł się do Radomia, gdzie pracował w fabryce kawy zbożowej i marmolady. W 1941 r. wyjechał do rodziców do Ożarowa i tam latem ożenił się z dentystką Pelagią Arciszewską.

Od 1942 r. włączył się w działalność konspiracyjną AK w Warszawie jako ekspert od materiałów wybuchowych. Posługiwał się pseudonimem "Kazimierz Staniszewski". Organizował m.in. podziemną produkcję amunicji na potrzeby Komendy Głównej AK. Był kierownikiem warszawskiego laboratorium przy ul. Polnej 16. Bezpośrednio przed wybuchem Powstania Warszawskiego wycofał się z konspiracji. Nie wiemy, jakie były powody tej decyzji, być może osobiste. Był wówczas ojcem trzymiesięcznej córeczki. Aż do zakończenia wojny pracował jako technik w firmie budowlanej.

Straceńcze zadanie

W lutym 1945 r. Eugeniusz Smoliński został delegowany do Łęgnowa k. Bydgoszczy, gdzie powierzono mu administrację fabryki dynamitu, w której Niemcy w czasie okupacji produkowali nitroglicerynę i trotyl. Na bazie DAG miał stworzyć Państwową Wytwórnię Prochu. Smoliński rozpoczął swoją pracę jako pełnomocnik ministerstwa przemysłu ds. państwowych wytwórni prochu. Dwa miesiące później mianowano go tymczasowym dyrektorem naczelnym.

Jego "dyrektorowanie" było faktycznie fikcją. "Gospodarzem" tego miejsca czuła się Armia Czerwona, która prowadziła rabunek poniemieckiego mienia zakładu. Smoliński z poczuciem bezsilności musiał patrzeć na demontaż niemieckiej fabryki przez Rosjan. Oczywiście próbował interweniować u władz, ale bezskutecznie. Powiadomił swoich przełożonych, że nie bierze odpowiedzialności materialnej za urządzenia w fabryce. 31 sierpnia przejął oficjalnie od Sowietów kompletnie zdewastowany zakład.

Niestety, sporządzony przez przedstawicieli nowego okupanta protokół zdawczo-odbiorczy był bardzo pobieżny, co później wykorzystano przeciwko inż. Smolińskiemu. Po aresztowaniu zeznał: "Protokół był spisany na kolanie, a ilości w nim zawarte były podane na oko. Nie były ustalone przez nas, a protokół został nam dany przez oficerów sowieckich już gotowy do podpisu, przy czym nie dano nam czasu na sprawdzenie zawartych tam pozycji". Później z braku dostatecznej liczby personelu i sprzętu nie doprowadzono do końca inwentaryzacji. Fabryka zajmowała 25 km kwadratowych.

Jednocześnie Smoliński zobowiązał się wobec władz do uruchomienia produkcji trotylu w zakładzie do końca listopada 1946 r., co w warunkach powojennych okazało się zupełnie nierealne. W tym czasie był dyrektorem Zjednoczenia Państwowych Browarów w Gdańsku, a w mieście nad Brdą pojawiał się raz w tygodniu. Sam za kierowanie pracami w Łęgnowie nie pobierał pensji.

Projektował inwestycje, kontrolował roboty budowlane, podejmował decyzje w sprawach finansowych. Bardzo mu zależało na uruchomieniu produkcji prochu, ale musiał borykać się z wieloma problemami. Przede wszystkim brakowało fachowców i inżynierów. Nie mając wystarczającego wsparcia ze strony państwa, Smoliński próbował radzić sobie sam, m.in. z pieniędzy, jakie udało mu się uzyskać ze sprzedaży urządzeń, wypłacał ludziom, na których mu najbardziej zależało, wysokie premie. Miał na to ciche przyzwolenie władz zwierzchnich w Warszawie. Gdy dopytywał się o pieniądze na uruchomienie zakładu, usłyszał: "Ratujcie się, jak chcecie, i czekajcie".

W szponach UB

Kolejno podawane daty uruchomienia produkcji w Łęgnowie były coraz bardziej odległe. To spowodowało, że latem 1947 r. sprawą zainteresował się Urząd Bezpieczeństwa, który rozpoczął inwigilację pracowników zakładu. Na początku sierpnia 1947 r. bezpieka zatrzymała pierwsze osoby. 13 sierpnia, około godziny 19.00 bydgoscy milicjanci aresztowali Eugeniusza Smolińskiego i przekazali go najpierw do dyspozycji Komisji Specjalnej do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym, a potem decyzją prokuratora Urzędowi Bezpieczeństwa. Zarzucano mu celowe sabotowanie produkcji trotylu w Łęgnowie, co było oczywistym absurdem, zważywszy na pasję, z jaką od młodości zajmował się produkcją materiałów wybuchowych.

W czasie śledztwa początkowo przebywał w areszcie Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Bydgoszczy, potem kolejno przerzucano go do więzień w Koronowie, w Bydgoszczy przy Wałach Jagiellońskich, a nawet przez kilka miesięcy na Rakowiecką w Warszawie.

Po trwającym ponad rok śledztwie Smoliński wraz z grupą najbliższych pracowników stanął przed sądem wojskowym. Funkcjonariusze aparatu bezpieczeństwa postawili mu sfingowane zarzuty niegospodarności i działania na szkodę zakładu, oskarżając go m.in. o zakupy na wolnym rynku (!).

Kuriozalne zarzuty, które świadczyły o odpowiedzialności inż. Smolińskiego za powierzony sobie zakład, zostałyby z pewnością oddalone przez niezawisły sąd. W sowieckim protektoracie wymiar sprawiedliwości działał jednak na polityczne zamówienie.

13 października 1948 r. Wojskowy Sąd Rejonowy w Bydgoszczy skazał Eugeniusza Smolińskiego na karę śmierci. Prezes NSW dr Władysław Garmowski uznał, że na łaskę nie zasługuje. Z prośbą o ułaskawienie wystąpiła najbliższa rodzina skazanego: żona Pelagia i ojciec Julian Smoliński, oraz prof. Tadeusz Urbański, dziekan Wydziału Chemicznego Politechniki Warszawskiej. Pisał m.in.: "O ile mi wiadomo, na pierwszy zew radiowy PKWN stawił się do pracy i dzięki tym wysiłkom uratował poniemiecką recepturę produkcji materiałów wybuchowych dużej wartości, udostępniając ją przemysłowi państwa polskiego. Tytuł moralny do niniejszej prośby daje mi głębokie przekonanie, że inżyniera Smolińskiego można zresocjalizować bez sięgania do kary eksterminacji i że mógłby on być jeszcze jednostką społecznie pożyteczną". Prezydenta Bieruta ta argumentacja nie przekonała i 19 marca 1949 r. odmówił skorzystania z prawa łaski.

Dr Alicja Paczoska-Hauke, Delegatura IPN w Bydgoszczy

Nasz Dziennik