logo
logo

Dziś w
„Naszym
Dzienniku”

Zdjęcie: Ewa Sądej/ Nasz Dziennik

Wybudziłem setki pacjentów

Sobota, 1 kwietnia 2017 (02:17)

Aktualizacja: 1 kwietnia 2017 (11:40)

Z prof. Janem Talarem, wybitnym specjalistą w dziedzinie wybudzania chorych ze śpiączki mózgowej, rozmawia Ewa Sądej

Czy któryś z Pana pacjentów zrobił dzisiaj krok naprzód?

– Każdy pacjent zrobił jakiś postęp (uśmiech). Do pomocy mam kadrę kształcących się fizjoterapeutów, których także cieszy każdy krok postępu swoich podopiecznych. Wszyscy widzą, że przyjeżdżają do nas chorzy w śpiączce, a za tydzień, dwa siadają, za dwa, trzy tygodnie chodzą i rozmawiają. Personel zasmakował uczuć szczęścia powrotu chorych do życia i to dodaje wszystkim wiele sił do pracy.

Od kiedy Pan pracuje w „Gołębim Dworze”?

– Trafiłem tu pod koniec 2015 r. Wybrałem „Gołębi Dwór”, ponieważ jest wspaniale położony, nad jeziorem. Początkowo był to Dom Seniora. Kiedy zacząłem tu pracować, powstało nowe zadanie – usprawniania chorych będących w śpiączce mózgowej i stanach pośpiączkowych.

Dlaczego zajął się Pan chorymi w śpiączce mózgowej?

– Zawsze jest jakiś czynnik sprawczy. Skończyłem Wojskową Akademię Medyczną i chciałem być pediatrą. Okazało się jednak, że w wojsku nie mogłem specjalizować się w pediatrii, dlatego wybrałem chirurgię. Później zrobiłem jeszcze specjalizację z rehabilitacji, obroniłem doktorat, następnie habilitowałem się. Jako chirurg spotkałem się z młodym pacjentem po ciężkim urazie głowy, który po wykonanej trepanacji czaszki nie odzyskał przytomności i wszystko wskazywało na to, że ma uszkodzony pień mózgu. Nie wybudził się ze śpiączki po wykonanej operacji, nie wybudził się też w następnych dniach, więc według aktualnej w tamtych czasach wiedzy lekarskiej powinien umrzeć. Ale stało się coś odwrotnego. Po pięćdziesięciu dniach odzyskał świadomość i sprawność psychofizyczną. To skłoniło mnie do wyjaśnienia tego wielkiego problemu, a z tym wiązała się zmiana miejsca pracy, specjalizacji, miejsca zamieszkania i – jak się okazało – bardzo ważnych dla takich chorych działań medycznych.

Co jeszcze zaważyło na tym, że poświęcił się Pan wybudzaniu pacjentów ze śpiączki?

– Ważnym czynnikiem, jeszcze bardziej wymagającym zastanowienia się w pracy lekarza, było także spotkanie z ojcem licealistki w świeżo otwartej Klinice Rehabilitacji Akademii Medycznej w Bydgoszczy. Był niezwykle zdesperowany i wyizolowany ze świata. Trudno było się z nim porozumieć, ponieważ były to już godziny nocne. Nie potrafił odpowiedzieć na żadne pytanie, nawet nie wiedział, po co przyszedł, czekał na coś wiele godzin. Po wielu próbach udało mi się dowiedzieć, że jego córka leży w innym szpitalu. Skontaktowałem się z lekarzem dyżurnym oddziału intensywnej terapii z tamtej placówki i dowiedziałem się, że 17-letnia córka tego pana, Wioletta, nie żyje. Rodzice mają jutro o godz. 8.00 podpisać zgodę na pobranie od niej narządów, co miało nastąpić godzinę później. Nie wiedziałem, o co chodzi. Zapytałem ojca, po co do mnie przyszedł, skoro wie, że jego córka umarła. Zaczął głośno płakać i powiedział: „Ale ona żyje”. Powiedziałem wtedy, że jeśli pan przekona mnie, że córka żyje, to zrobię wszystko, aby jej pomóc. Ojciec ciężko westchnął i na jednym oddechu wyrecytował: „Bo jej serce bije i jest ciepła”. Tymi słowami przekonał mnie, że Wioletta żyje, ale jak to pogodzić z opinią lekarzy klinicystów? Czy bezrobotny rolnik wiedział więcej niż pracujący specjaliści medycyny?

Na moją prośbę następnego dnia o godzinie 8.00 rano przywieziono Wiolettę do kliniki. Po dwóch miesiącach odzyskała świadomość, zaczęła mówić i wykonywać ruchy kończynami. Przebywała w klinice wiele miesięcy, w tym czasie zorganizowałem dla niej grono nauczycieli i jako pierwsza w naszym ośrodku zdała maturę. To mnie uskrzydliło.

Wówczas zaczął Pan Profesor pracę z chorymi w śpiączce?

– Leczenie chorych w śpiączce mózgowej, rozpoczęte w 1975 roku, kontynuowałem w 10. Wojskowym Szpitalu Klinicznym w Bydgoszczy.

Przedstawione wyjątkowe zdarzenie w mojej pracy zawodowej jeszcze bardziej skłoniło mnie do podejmowania leczenia chorych w każdym stanie, nawet w stanach krytycznych wymagających stosowania respiratorów. Od tamtego momentu do kliniki przyjmowałem przede wszystkim pacjentów, których uważano za pozbawionych szans życia, bez żadnych pozytywnych rokowań. Prawie dwójkami byli przywożeni chorzy z uszkodzeniami mózgu. Sam kupowałem łóżka, ponieważ nie było na to pieniędzy. Z 30 miejsc leżących zrobiło się ponad 40.

Drogi Czytelniku,

cały artykuł jest dostępny w wersji elektronicznej „Naszego Dziennika”.

Zapraszamy do zakupu w sklepie elektronicznym

Nasz Dziennik