logo
logo

Zdjęcie: Jakub Parys/ Nasz Dziennik

Wybierajcie życie, abyście żyli 1

Sobota, 22 kwietnia 2017 (02:27)

Konferencja ks. kard. Roberta Saraha, wygłoszona na zaproszenie Fundacji im. Jérôme’a Lejeune’a 25 marca 2017, kościół św. Augustyna, Paryż.

Drodzy Przyjaciele!

Nie miałem ani przywileju, ani radości spotkać się z Profesorem Jérôme’em Lejeune’em. Natomiast kilka lat temu, z okazji kongresu zorganizowanego przez francuskie Stowarzyszenie im. Raoula Follereau, ucieszyłem się spotkaniem z Panią Lejeune, obecną tutaj małżonką Profesora. Była tak dobra, że podarowała mi wizerunek Profesora; na jego odwrocie znajdowała się „Modlitwa o uzyskanie łask za wstawiennictwem Sługi Bożego Jérôme’a Lejeune’a”.

Niech mi będzie wolno zacząć tę krótką konferencję od słów Profesora Jérôme’a Lejeune’a:

„Aby naprawdę zaatakować Syna Człowieczego, Jezusa Chrystusa, jest tylko jeden sposób – zaatakować synów człowiecznych. Chrześcijaństwo jest jedyną religią, która mówi: ’wzorem dla was jest dziecko’, Dziecko z Betlejem. Kiedy wpoją wam pogardę względem dziecka, nie będzie już chrześcijaństwa w tym kraju”.

Decydująca bitwa

Można powiedzieć, że walka Profesora Jérôme’a Lejeune’a, który za jedyną broń miał prawdę i miłość, walka prowadzona gołymi rękami, wpisuje się w końcową bitwę opisaną w Apokalipsie św. Jana, bitwę między Bogiem i szatanem. Wobec arogancji Goliata finansowych i medialnych potęg, ciężko uzbrojonego i chronionego pancerzem fałszywych pewników i nowych ustaw przeciwko życiu, Kościół katolicki XXI wieku, przynajmniej na Zachodzie, przypomina małą Resztę, o której mówi Pismo Święte. Kościół katolicki, tak jak Dawid, ma bowiem do dyspozycji tylko kamyk Ewangelii Życia i Prawdy, a przecież ugodzi olbrzyma w czoło i powali go na ziemię. Dobrze bowiem wiemy – a całe życie Profesora Lejeune’a daje nam wymowne tego świadectwo – że jest to bitwa bardzo zacięta i zarazem decydująca, która będzie długa i wiąże się z bitwą czasów ostatecznych, opisanych w ostatniej księdze biblijnej. Chodzi bowiem o przetrwanie ludzkości. Piekielny „Smok barwy ognia, mający siedem głów”, prototyp kultury śmierci piętnowanej przez św. Jana Pawła II w jego nauczaniu, staje przed brzemienną Niewiastą, gotów pożreć Dziecię zaraz po narodzeniu, i pożreć również „nas” (por. Ap 12,4). Miejmy świadomość, że po raz kolejny, jak to często bywało w jego długiej, dwutysiącletniej historii, Kościół stanowi ostatni szaniec przeciwko barbarzyństwu: to już nie Attyla i jego Hunowie, których św. Genowefa zatrzymała przed Paryżem w roku 451, ani walka papieży XX wieku – od Piusa XI do św. Jana Pawła II – z różnymi totalitaryzmami, które utopiły we krwi Europę i resztę świata. Teraz mamy do czynienia z aseptycznym, straszliwie skutecznym barbarzyństwem w laboratorium. Opinia publiczna praktycznie go nie dostrzega, gdyż jest usypiana przez Goliatów finansowych i medialnych potęg. Tak, jest to walka… na życie i śmierć: gdyby tak nie było, czy władze we Francji usiłowałyby teraz uciszać strony internetowe tzw. pro-life, wymyślając „przestępstwo utrudniania aborcji za pośrednictwem internetu”? Podczas dyskusji nad niedorzecznym projektem ustawy we francuskim parlamencie obrońcy życia zostali poddani słownemu linczowi za to, że ośmielili się przypomnieć, iż aborcja nie jest prawem, ale zbrodnią, największym dramatem naszych czasów…

Apostoł życia

Tytułem wstępu chciałem Państwu przypomnieć faktograficzny i mistyczny kontekst walki o życie prowadzonej przez Profesora Lejeune’a, by wyraźniej ukazać jej głęboki sens w świetle Ewangelii. Przyjrzyjmy się wspólnie jego życiu: można stwierdzić, nie ryzykując błędu, że zamiast popaść w tchórzliwe kompromisy, Profesor Lejeune zrezygnował z zaszczytów i dobrobytu, przyjmując upokorzenie i nawet wygnanie, co najmniej wygnanie wewnętrzne. Jérôme Lejeune wbrew wszystkiemu pozostał wierny Chrystusowi i Ewangelii, dlatego dla każdego z nas stanowi godny podziwu przykład męstwa w wierze i poświęcenia w miłości. Jak bowiem Państwu wiadomo, śmierć „in odium fidei”, w nienawiści do wiary, nie jest udziałem „wielkiego tłumu mężczyzn i kobiet, którzy przychodzą z wielkiego ucisku i obmyli swoje szaty i wybielili je we Krwi Baranka, i stoją przed Tronem Bożym i przed Barankiem, i służą mu dniem i nocą w Jego Świątyni” z wizji Apokalipsy (por. Ap 7,9). Taka śmierć, gdy świadek Chrystusa przelewa krew, nie jest jedyną drogą męczeństwa, gdyż prawdą jest, że życie chrześcijańskiego męczennika to także takie życie, w którym człowiek ofiarowuje Bogu wszystko włącznie ze swoim życiem, swoją rodziną, reputacją i honorem, jeśli zostaną one zdeptane przez pogan; to życie, w którym człowiek wyrzeka się wszystkiego dla Miłości Boga1. Podczas długiej choroby Profesora Lejeune’a, która przedwcześnie wyrwała go spośród kochających go bliskich, widzieliśmy, jak umiera chrześcijanin u zarania Paschy. Święty Papież Jan Paweł II, wielki przyjaciel Profesora, nie pomylił się w tym względzie, stwierdzając w liście do kardynała Lustigera w Poniedziałek Wielkanocny 1994 roku, nazajutrz po powrocie Pana Lejeune’a do Domu Ojca:

„Zmartwychwstanie Chrystusa stanowi wielkie świadectwo złożone Życiu, które jest silniejsze niż śmierć. Taka śmierć, śmierć Jérôme’a Lejeune’a, składa jeszcze mocniejsze świadectwo Życiu, do którego powołany jest człowiek w Jezusie Chrystusie. Przez całe życie naszego brata Jérôme’a powołanie to było bowiem linią wiodącą… Stajemy wobec śmierci wielkiego chrześcijanina XX wieku, człowieka, dla którego obrona życia stała się apostolatem, i pragniemy dzisiaj dziękować Bogu, Twórcy życia, za wszystko, czym był dla nas Profesor Lejeune, za wszystko, co uczynił, by bronić godności ludzkiego życia i by tę godność wspierać”.

Oblicze Chrystusa

W ramach zawodu lekarza i naukowca, zawodu będącego prawdziwym powołaniem, życie Profesora Lejeune’a dzieliło się między dwie dziedziny, które warto rozróżnić, żeby je lepiej połączyć: z jednej strony działalność naukowa, a zatem przynależność do tego, co zwykło się nazywać „społecznością naukową”, która przecież jeśli go nie odrzuciła, to przynajmniej zmarginalizowała z powodu jego poglądów na kluczową kwestię poszanowania życia, uznanych za nazbyt sztywne czy wręcz skrajne. Z drugiej strony, jego służba przy chorych i ich rodzinach, na czele zespołu, który można nazwać braterskim, a który kierował się jedynie troską o wyleczenie lub przynajmniej o ulżenie cierpieniom fizycznym i duchowym spowodowanym przez chorobę i upośledzenie. Miłość ożywiająca Profesora Lejeune’a łączyła dwa aspekty jego powołania w służbie choremu; teologalna cnota miłości była traktem królewskim, na który Jérôme Lejeune wszedł odważnie i z determinacją, by utorować sobie przejście wśród ciernistego świata ku kontemplacji Boga żywego, Świętej Trójcy Miłości. Swoją codzienną służbą, pokorną i ufającą w Opatrzność, Profesor Lejeune nadawał określone oblicze miłości Chrystusa, który przyszedł między nas. Prawdą jest, że nikt nie zapomniał jego jasnego, promiennego uśmiechu i błękitnego spojrzenia, pełnego miłości bliźniego, emanującego z duszy, w której Jezus, przyjmowany w eucharystycznej Komunii Świętej, uczynił swe mieszkanie: „Jeśli Mnie kto miłuje – mówi Jezus – będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego, i mieszkanie u niego uczynimy” (J 14,23).

Skoro jest mi dane mówić o życiu duchowym Profesora Lejeune’a, ośmielę się stwierdzić, odwołując się do nauczania Soboru Watykańskiego II o powszechnym powołaniu do świętości (por. Lumen gentium, rozdział 5), a zwłaszcza o szczególnym charakterze świętości wiernych świeckich2 (por. dekret Apostolicam actuositatem, nr 4), że całe życie tego wielkiego przyjaciela chorych dzieci wspaniale odzwierciedla obecność Pana Jezusa w naszym świecie; jest więc jakby przedłużeniem Wcielenia i życia Syna Bożego na ziemi. Wyjaśnię to: cóż bardziej namacalnego niż opieka świadczona chorym przez lekarza, chirurga, pielęgniarkę, pomoc medyczną, siostrę miłosierdzia czy brata z zakonu bonifratrów – Profesor Lejeune czynił to przez długie lata – cóż bardziej konkretnego niż codzienna i wytrwała obecność przy rodzinach tych chorych, a także ciężka praca naukowca, gorliwie zwalczającego chorobę jak nieulękły rycerz, przepasany prawdą i dzierżący ognisty miecz Słowa Bożego i nauczania Kościoła Świętego3, z niezmiernym poszanowaniem praw życia, wpisanych przez Stwórcę w tkanki każdej istoty ludzkiej…?


1 Świętej Teresie od Dzieciątka Jezus, Doktorowi Kościoła, zawdzięczamy wezwanie do złożenia ofiary z siebie Miłości miłosiernej zamiast męczeństwa; to właśnie ją na początku XX wieku święty Papież Pius X nazwał „największą świętą współczesności”. W jednym z listów do ks. Bellière’a Teresa rzeczywiście pisze o „męczeństwie serca”, które jest nie mniej płodne niż „przelanie krwi”. W Akcie ofiarowania się Miłości miłosiernej woła: „Pragnąc, aby całe moje życie było aktem doskonałej Miłości, poświęcam siebie na ofiarę całopalną Twojej Miłosiernej Miłości, błagając, byś mnie wyniszczał nieustannie, przelewając w mą duszę strumienie nieskończonej czułości, ukryte w Tobie, bym w ten sposób, o mój Boże, stała się Męczennicą Twej Miłości!” (tłum. Karmelitanki Bose, w: Pisma mniejsze, Wydawnictwo Karmelitów Bosych, Kraków 2004, s. 215).

2 Dekret o apostolstwie świeckich „Apostolicam actuositatem” podkreśla, że „owocność apostolstwa świeckich zależy od ich żywotnego zjednoczenia z Chrystusem” (nr 4).

3 Zgodnie ze Słowem Bożym u św. Pawła, który opisuje duchowe wyposażenie człowieka ochrzczonego: „Stańcie więc [do walki], przepasawszy biodra wasze prawdą i przyoblókłszy pancerz, którym jest sprawiedliwość, a obuwszy nogi w gotowość [głoszenia] dobrej nowiny o pokoju. W każdym położeniu bierzcie wiarę jako tarczę, dzięki której zdołacie zgasić wszystkie rozżarzone pociski Złego. Weźcie też hełm zbawienia i miecz Ducha, to jest Słowo Boże” (Ef 6,14-17).

Tłum. Agnieszka Kuryś

Nasz Dziennik