logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Pomagamy na miejscu

Niedziela, 1 kwietnia 2018 (22:38)

Rozmowa z ks. prof. Waldemarem Cisłą, dyrektorem polskiej sekcji Stowarzyszenia Pomoc Kościołowi w Potrzebie

 

Wrócił Ksiądz Dyrektor właśnie ze stolicy Syrii. Jak wygląda tam obecnie sytuacja?

– Sprawa jest dużo gorsza w Damaszku, niż było to rok czy dwa lata temu, ponieważ bomby spadają nieustannie, a nie tak jak wcześniej tylko wieczorem lub rano. W katedrze melchickiej, gdzie byliśmy, zniszczony jest dach. Bomby spadały również na dziedziniec, gdzie było spotkanie Jana Pawła II z młodzieżą. Także dom sióstr został uszkodzony. Panuje duży niepokój wśród ludzi. To, że wojska rządowe zaatakowały Gutę, było wymuszone przez mieszkańców Damaszku, którzy przez kilka lat znosili ostrzały przez rebeliantów. Tylko w ostatnich tygodniach w szpitalu św. Ludwika siostry przyjęły 270 osób w różnym stopniu rannych. Oczywiście my mamy informacje jednostronne. Nie chcę stawać po żadnej stronie konfliktu, ale musimy mówić prawdę. Chrześcijanie pytali nas, gdzie była ONZ, kiedy myśmy ginęli pod bombami i rakietami wystrzeliwanymi z Guty. Cierpią obydwie strony i Damaszek jest naprawę umęczony.

Jakie aktualnie programy pomocowe realizuje Pomoc Kościołowi w Potrzebie w Syrii?

– Cały czas jest potrzebna pomoc medyczna, którą dzięki wsparciu polskiego rządu mogliśmy zrealizować, a która powinna być kontynuowana. Właściwie jesteśmy jedyną organizacją, która nadal pomaga. W tej chwili przekazujemy to, co jest najbardziej potrzebne. Przede wszystkim paczki żywnościowe wartości 40-50 euro. Jedna wystarcza, żeby rodzina pięcioosobowa przeżyła około miesiąca. Są także paczki higieniczne zawierające mydło, proszek do prania, wszystko, co jest potrzebne do bieżącej higieny. Jesteśmy przygotowani na udzielenie 1200 rodzinom pomocy natychmiastowej, jeśli będzie taka sytuacja.

 

Pojawiły się apele o wsparcie dla mieszkańców północnych prowincji Syrii.

– Za względu na te walki, które się toczyły, pomoc była tam utrudniona. Te rejony były praktycznie odcięte. Wiadomo Aleppo, Holms, Damaszek – to są miasta, o których się mówi, ale są rejony na północy Syrii, gdzie np. przez te wszystkie lata wojny udzielono pomocy tylko na 40 tys. euro. Współpracujemy tam z jezuitami. O pomoc dla tych biednych rejonów apeluje nuncjusz apostolski w Syrii kard. Mario Zenari. Będziemy podejmować działania, żeby dotrzeć tam z pomocą humanitarną. Skierowaliśmy prośbę do rządu polskiego, żeby takie działania zechciał sfinansować. Jesteśmy pełni dobrych nadziei, że to nastąpi.

Jakie konkretnie potrzeby są w tych rejonach?

– Przede wszystkim żywność i jedzenie oraz środki higieny. Siła nabywcza pieniądza w Syrii spadła 12-krotnie. Bezrobocie jest bardzo duże i sięga 80 proc., a w niektórych miejscach więcej. A nawet jak ktoś zarabia, to płace są bardzo niskie. Ponadto Syryjczycy bardzo nas proszą o doposażenie szpitali w sprzęt medyczny i o kontynuowanie dopłat do pomocy medycznej.

Kościół w Potrzebie jest też głównym realizatorem programu Powrót do Korzeni skierowanego do chrześcijan, którzy uciekli do irackiego Kurdystanu z okolic Mosulu.

– W 2014 r. Państwo Islamskie wypędziło chrześcijan z okolic Mosulu i okolicznych miast, tzw. doliny Niniwy. W tej chwili funkcjonuje projekt dla uchodźców z obozów w Irbilu i innych. To jest potężny plan międzynarodowy. Watykan próbuje zorganizować środki, ponieważ to przekracza możliwości jednej organizacji. Potrzebnych jest 250 mln na odbudowę tych miast. Z sondażu przeprowadzonego wśród chrześcijańskich uchodźców początkowo wynikało, że tylko 4 proc. chce wracać do swoich domów. Ale jak się dowiedzieli o tym, że otrzymają pomoc na odbudowę, np. od rządu Węgier, to odsetek chętnych do powrotu zwiększył się do ponad 40 proc. Na przykład w obozie w Waikala przebywało ok. 700 osób, obecnie jest on już zlikwidowany, ponieważ w ciągu tych kilku lat uchodźcy znaleźli pracę, mieszkania. Osiągnęliśmy to, co było naszym celem, czyli pozostanie chrześcijan w Iraku. Na miejscu współpracujemy ściśle z Kościołem Chaldejskim.

Po eksodusie chrześcijan rząd polski pośpieszył im z konkretną pomocą.

– Nasza pomoc poprzez finansowanie tych obozów dla uchodźców w postaci kontenerów, żywności, leków była ważna. Dzięki pomocy Kościoła w Potrzebie wybudowano np. sześć szkół kontenerowych i uchroniono dzieci od kilkuletniej przerwy w edukacji. Obecnie, po tych kilku latach niektóre obozy są zlikwidowane, ponieważ uchodźcy znaleźli pracę w Irbilu i przenieśli się do mieszkań. Czasami trzeba było pomóc im w dopłatach do czynszu. Dla nich było ważne, że ktoś ich wspierał, że nie zostawiono ich samym sobie. Mając tę świadomość pomocy, stali się bardziej otwarci, bardziej chętni do poszukiwania pracy itp. Ta forma wsparcia dla uchodźców na miejscu sprawdziła się. Ponad 40 proc. uchodźców pozostało w Iraku, chce wracać do miejsc, gdzie dawniej mieszkali. To było naszym celem, bo wiemy, że liczba chrześcijan dramatycznie spada, w 2003 r. było ich 1,5 mln, a teraz mamy ich raptem 300 tys.

Jak jeszcze temu przeciwdziałać?

– Nie wszystkie opcje są możliwe. Nie jesteśmy w stanie zmusić kogoś do pozostania w swojej ojczyźnie, jeśli on tego nie chce. Są ludzie, którzy stracili bliskich, byli świadkami niezwykle traumatycznych przeżyć, oni nie mogą tam dalej żyć, nie są w stanie tego wytrzymać. I ich na siłę nie zatrzymamy. Natomiast robimy wszystko, o co prosił Benedykt XVI w Libanie, kiedy wskazywał, że Bliski Wschód bez chrześcijan lub z niewielką ich liczbą nie będzie Bliskim Wschodem. Sami muzułmanie proszą o to, żeby chrześcijanie pozostali, ponieważ wnoszą tę inną kulturę, są bardziej otwarci, bardziej tolerancyjni. Pokazują, że religia nie musi być powodem, żeby się zabijać. Dlatego to jest niezmiernie istotne. Poza tym tamtejsi biskupi proszą, żeby tym, którzy chcą pozostać, umożliwić to.

Czy inne rządy pomagają w takiej skali jak polski?

– Nie. Jest tak, jak mówił łaciński biskup Aleppo Georges Abou Khazen podczas wizyty we Wrocławiu: rząd polski jest jedynym, który w taki sposób się zaangażował, mając kontakty przez nas z miejscowymi biskupami, i nie oczekuje niczego w zamian. W Damaszku mówi się, że sto kilkadziesiąt firm amerykańskich czeka w Libanie na to, żeby jak wojna się skończy, wejść z interesami do Syrii. Natomiast rząd polski pomaga tamtym mieszkańcom, kierując się współczuciem i ze względu na potrzeby humanitarne, które są ewidentne.

Zupełnie inne podejście.

– Należy podkreślić, że my nie wpłacamy żadnych funduszy na jakieś enigmatyczne przedsięwzięcia, a które to fundusze gdzieś tam potem giną po drodze i nie docierają do potrzebujących ludzi. Dzięki tej polskiej pomocy rządowej 6 tys. osób w Syrii zostało wyleczonych. A dzięki temu, że rząd odciążył w pomocy inne organizacje, to następnych 6 tys. było wyleczonych z wykorzystaniem tych zaoszczędzonych środków. W sposób bezpośredni i pośredni ta pomoc rządowa pozwoliła wyleczyć prawie 13 tys. osób.

W wielu miejscach Syrii brakuje pieniędzy na leczenie, ponieważ wszystkie organizacje wykorzystały już swoje środki na ten cel, a Polska jest jedynym krajem, do którego mogą się one zwrócić o pomoc. Podczas wizyty w Syrii w klasztorze Ojców Franciszkanów poznałem małżeństwo z babcią, którzy przywieźli 3-letniego chłopca chorego na raka. Będzie miał wlewy dwa razy w miesiącu. Każdy taki wlew kosztuje 250 euro, a oni zarabiają w sumie 150 euro miesięcznie. Gdyby nie nasza pomoc, to dziecko byłoby skazane na śmierć. To są sytuacje obrazujące, jak bardzo potrzebna jest ta pomoc.

 

Dziękuję za rozmowę.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Zenon Baranowski

Nasz Dziennik