logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Wszystkie czasy są dobre

Piątek, 2 listopada 2018 (21:14)

Rozmowa z ks. bp. Józefem Zawitkowskim z Łowicza

To wielka radość widzieć Księdza Biskupa powracającego do zdrowia po tym, jak znalazł się na progu śmierci. Modlitwa naprawdę uprasza cuda.

– Choroba spadła na mnie znienacka. Pojechałem do szpitala na wyznaczoną wizytę i przy wejściu zemdlałem, urwała się świadomość. Potem trzy tygodnie śpiączki. Zdaję sobie sprawę, że właściwie mnie już nie było, a teraz po raz drugi Pan Bóg dał mi życie. Wszystkim życzliwym i dobrym, którzy modlili się za mnie, pielęgnowali, wybudzili ze snu, do końca życia powinienem dziękować. Wierzę, że Pan Bóg przywrócił mi życie nie dla mojej zasługi, ale przez zasługę innych dobrych ludzi. Takie rekolekcje są potrzebne każdemu księdzu.

Doświadczył Ksiądz Biskup, że choroba ogołaca, pozbawia wszelkich ludzkich zabezpieczeń?

– Odpłynęły, odleciały dymy kadzielne biskupa, wszystkie szatki święte, został człowiek – bezradny, nagi. Taki jestem, taki stanę przed Panem Bogiem. Najbardziej mnie krępowało to, że chłop ważący sto kilo, w pampersach przewijany jest przez troskliwe panie. Bardzo to upokarza, a zarazem zobowiązuje.

Natomiast razem ze zdrowiem Pan Bóg przywraca radość. Kiedy mogłem stanąć przy chodziku i zrobić pierwszy krok, cieszyłem się jak dziecko, że jeszcze będę chodził.

Zaśpiewał Ksiądz Biskup „Magnificat”?

– Tak, bardzo lubię tę modlitwę Matki Bożej i często się nią modlę.

Myślę, że Maryja jest tajemnicą życia Ekscelencji. Te wszystkie przepiękne akty strzeliste do Matki Bożej Zielnej, Zagrzewnej, Jagodnej, kwiaty zanoszone do kapliczek świadczą, że Matka Boża wychowała Księdza Biskupa do kapłaństwa.

– Zaczęło się od pogrzebu mamy, kiedy tata nas wszystkich zebrał i zaprowadził pod obraz Matki Bożej w naszym domu i powiedział: „Teraz Ona będzie wam matką”. Tata był i matczyny, i ojcowy. A potem siostry nazaretanki tak czule się mną opiekowały. Miałem cudownych profesorów. Najpierw moja nauczycielka w szkole podstawowej w Żdżarach, pani Pietrzakowa. Potem Gostyń i pani Trawińska, która została karmelitanką. W seminarium ks. Jan Twardowski. Dziękuję za nich wszystkich Panu Bogu i o nich pamiętam w pacierzach.

Należy Ksiądz Biskup do pokolenia kapłanów, które formował Prymas Stefan Wyszyński.

– Wiele można wspominać. Kiedy Ksiądz Prymas wrócił z więzienia w październiku 1956 roku, parę dni wcześniej byliśmy z pielgrzymką na Jasnej Górze, prawie 40 kleryków. Czuć już było zbliżającą się odwilż. Na pierwszym spotkaniu z Księdzem Prymasem w seminarium na powitanie mówiłem wiersz „Semen”, to znaczy ziarno. Potem było wiele miłych spotkań. Kiedy zacząłem coś tam pisać i Prymas dostał moje listy do dzieci, powiedział do Ani Rastawickiej [z Instytutu Prymasowskiego – wyj. red.]: „Patrz, Aniu, jak ten Twardowski potrafi ładnie pisać”. A Ania na to: „To nie Twardowski, tylko nasz Józio”. Tak to się zaczęło. Gdy byłem w Gołąbkach proboszczem, ks. Bronek Piasecki poprosił: „Przyjedź z dziećmi do Prymasa na wigilię, zaśpiewacie coś”. Pojechaliśmy, ucieszył się Prymas. Na końcu widzieliśmy, że jest zmęczony. Jedna z dziewczynek poprosiła o błogosławieństwo. Uklękły wszystkie dzieci i Prymas też. Ksiądz Bronek mówi: „Ojcze, nie trzeba”. Prymas odpowiedział: „Jak dzieci klęczą, ojciec też musi klęczeć”. Malutka rzecz, ale taką się pamięta.

Świętość przełożonych „ciągnie” w górę innych ludzi?

– Wielka to łaska być przy takich wielkich ludziach. Tak dużo bym chciał powiedzieć o Janie Pawle II. Kiedy jeszcze nie był Papieżem, koronował razem z ks. Prymasem Wyszyńskim obraz Matki Bożej w Lewiczynie. Grałem wtedy w naszej orkiestrze parafialnej. Na koniec ks. kard. Karol Wojtyła poprosił: „A zagracie mi krakowiaka?”. Wstyd, bo nie mieliśmy nut do krakowiaka, ale dyrygent przyznał się: „Nie mamy krakowiaka, ale mamy poloneza”. I kardynał mówi: „Kraków to też polonez”.

Drugie radosne spotkanie z Ojcem Świętym – pojechałem po ekstrakcji zęba, spuchłem niesamowicie. Ojciec Święty słodko zapytał: „Józek, czemu się tak nierówno poprawiasz?”. To był rachunek sumienia, pieszczota i zarazem coś takiego wielkiego.

A największą radość miałem wtedy, jak śpiewali „Panie, dobry jak chleb” na placu Defilad. Wręczyłem Ojcu Świętemu słowa i nuty. Serdecznie podziękował, a potem dowiedziałem się, że jak wrócił do Watykanu, to sobie nucił „Panie, dobry jak chleb”.

Ma Ksiądz Biskup swoich ulubionych świętych, takich niezawodnych we wszelkich potrzebach?

– Najbliżsi są mi ziomkowie z mojej parafii w Żdżarach: s. Maria Franciszka Siedliska od Dobrego Pasterza, założycielka nazaretanek, ojciec Florian Stępniak, kapucyn, męczennik zamordowany w Dachau. Śnił się swojemu rodzeństwu, że przyjechał na żniwa, ale był w komży. Nie wiedzieli, co to znaczy. Prawdopodobnie tego dnia zginął w obozie.

Z innych moich umiłowanych świętych bardzo lubię św. Wiktorię, patronkę Łowicza, 19-letnią męczennicę, Rzymiankę. Bardzo dzielna dziewczyna. Bardzo lubię św. Karolinkę Kózkównę – taka prosta, a taka święta i wielka. Modlę się do niej często.

To święci wyniesieni na ołtarze. A ci, których imiona zna tylko Pan Bóg?

– W dzień Wszystkich Świętych chodzę sobie przy grobach – oni chyba wszyscy są święci, tyle modlitwy jest za nich. Co do niektórych nie mam wątpliwości, że są w Niebie. Taki mój Stasio, kościelny, nie potrafił czytać ani pisać, ale od dziecka aż do starości, a dożył 89 lat, służył przy ołtarzu. Ksiądz Prymas Glemp odznaczył go Krzyżem św. Wiktorii, Stasio nie mógł już chodzić, nieśli go na fotelu. Z płaczem powiedział: „Żeby tak mamusia widziała”. Stary chłop taką miał tęsknotę, żeby mama się ucieszyła. I takich świętych mam wielu. Moja babcia Pikulska z Zabstowa, która nie wiedziała, ile razy chodziła na Jasną Górę, ale co roku mówiła: „Róbta sobie, co chceta, ja idę na pielgrzymkę”, zostawiała wszystko i szła. A miała tyle zdrowia, tyle werwy, że jeszcze wyprzedzała młodych.

Szukanie Boga w codzienności jest łatwą czy trudną drogą do świętości?

– Wiadomo, że wielkich Piotrów, Pawłów trudno naśladować. Ksiądz abp Stanisław Wielgus powiedział kiedyś, że łatwiejsze jest męczeństwo jednorazowe niż być męczennikiem całe życie. Jest w tym coś. Czasem człowiek jest umęczony całe życie, a czasem Pan Bóg daje łaskę męczeństwa, że to się dzieje krótko.

Bóg ma różne drogi do świętości, najłatwiej idzie się do Nieba przez rodzinę. Nie zapomnę, jak dziadek, umęczony po żniwach, wyciągał ręce i modlił się: „Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”. To są szkoły świętych. Ale czasem są takie drogi, że człowiek nie zasługuje na świętość, jak św. Paweł – łotr, który mordował chrześcijan. Tyle miał na sumieniu śmierci, cieszył się, jak kamienowano Szczepana, a potem został wielkim świętym. To Pan Bóg daje specjalną łaskę i wybiera, ale świętość trzeba wypracować.

Wiemy, że wszyscy jesteśmy powołani do świętości, ale proza życia przysłania mistyczne wzloty.

– Mówię w pacierzu: „Święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje” i to mi idzie łatwo. Powinienem zatrzymać się i zastanowić, gdy mówię: „Bądź wola Twoja”. Świętość Pana Jezusa polegała na doskonałym wypełnieniu woli Ojca. Świętość człowieka polega na doskonałym wypełnieniu woli Bożej. To jest czasem trudne, bo chciałbym koniecznie po swojemu. Myślę, że pierwszym znakiem świętości jest to, że człowiek swoje życie czyni modlitwą. Nigdy nie mogłem pojąć, jak to jest, że mamy się modlić i nigdy nie przestawać. To znaczy bez przerwy mówić „Zdrowaś Maryjo”, „Ojcze nasz”? Nie, wszystko uczynić modlitwą.

Pracę też? Domowe zajęcia?

– I radość, i zabawę, wtedy człowiek jest naprawdę zanurzony w modlitwie.

Czyli przez wszystko możemy oddawać chwałę Bogu?

– Ad maiorem Dei gloriam, tak jak mówili średniowieczni wielcy.

Ideolodzy usuwają dziś Pana Boga z horyzontu człowieka, który ma żyć wyłącznie wedle ciała.

– Ci krzyczący kiedyś odejdą, stracą swoje siły i powiedzą, że się pomylili. Myślę, że losy ludzkości się odmienią. Tak bardzo szukamy proroctw i oparcia, że Polska w tym wszystkim ocaleje. Nie wiem, może tak. Jaki będzie Kościół? Przyjdą nowe czasy, nowi ludzie, będzie wszystko inaczej. Czy bardziej po Bożemu? Mam nadzieję. Ale przejście do tej nowości będzie kosztowało męczeństwo i wiele ofiar.

 

Postawił Ksiądz Biskup ważne pytanie, jaki będzie Kościół. Czy czeka nas zapowiadana przez św. Jana Pawła II „wiosna Kościoła”?

– Kościół w przyszłości będzie piękny. Będą ludzie święci, będą ludzie uczeni i będą ludzie prości wielką pobożnością, ci, którzy wrócą do pierwszej gorliwości, że klęka się na polu i dziękuje Bogu za to, że chleb rozmnożył. Wszystkie osiągnięcia cywilizacji będą człowiekowi niepotrzebne albo będą mu przeszkadzać. Człowiek będzie chciał jeść chleb – owoc ziemi i pracy rąk swoich. Ten Kościół nie będzie aż tak liczny, ale bardzo gorliwy, jak pierwsi chrześcijanie. I liczba ich będzie stale wzrastała, a za nimi będą szły cuda, które Pan Bóg czyni. Ja już tego nie dożyję, ale państwu życzę, żeby doczekali tych szczęśliwych dni Kościoła.

Nie martwi Księdza Biskupa, że wieś, która do tej pory była największym źródłem powołań, przestaje dawać Kościołowi kapłanów?

– Bo na wsi nie ma młodych rodzin, a jeśli jest jedno, dwoje dzieci, to żadne z nich nie wybiera się do seminarium. To nieprawda, że jest kryzys powołań, uważam, że mamy kryzys rodziny. W moich rocznikach jak w seminarium trafił się jeden kleryk z Warszawy, to oglądaliśmy go ze wszystkich stron. A teraz jest odwrotnie, ze wsi mało kto się trafia, najwięcej kleryków pochodzi z miast.

Jak to wpłynie na ewangelizację?

– Boję się, żeby młodzi księża nie czepiali się ersatzów, ale naprawdę głosili Ewangelię. Ewangelia jest piękna, nie tylko wpada w uszy, ale też głęboko sięga w dusze. To jest kwas chlebowy, który przemienia człowieka, aż nas, zjadaczy chleba, w aniołów przerobi. Lecz czy znajdziemy takich gorliwców, szaleńców wiary? Boję się, że przyjdzie do nas oziębłość Zachodu. Tam księża nie spowiadają, parafia jest urzędem – załatwiam pogrzeb, ślub, i to wszystko. Ale trzeba więcej. Myślę, że Pan Bóg da świętych ludzi, tak jak dał nam wielkich proroków, jak Papież Jan Paweł II, Prymas Wyszyński. I pójdzie świat nowym torem.

W czasach zamętu i prześladowań Kościoła chyba trudniej jest księżom rozeznać, jak pełnić swoją posługę, żeby słowo Ewangelii owocowało w sercach?

– Podziwiam te wszystkie inicjatywy, jak Msze św. na stadionach, rekolekcje, wszystko to jest piękne, potrzebne. Ale ja, gdyby mi Pan Bóg wrócił lata i pozwolił być proboszczem w Łowiczu czy gdzieś indziej, to bym obszedł wszystkich po kolędzie. Chodziłbym od domu do domu, tam, gdzie wszystko jest dobre, uczesane, poszedłbym dalej. Ale tam, gdzie mają pogmatwane życie, wróciłbym jeszcze raz, drugi, nawet piąty. Ewangelizacja to jest prostowanie drogi do Pana Boga. Nie przeszkadzać ludziom zbawić się, tylko pomóc im w tym, żeby mogli znaleźć swoją drogę. Czasem ktoś ją zgubił. Gdyby nie miał problemów, toby nie przyszedł do kancelarii. A że przyszedł, to trzeba mu pomóc, subtelnie, delikatnie, żeby nie czuł, że rozdrapuję jego ból, ale odszedł mocniejszy.

Druga rzecz – siedziałbym w konfesjonale. To nic, że nikogo nie ma. Przyjdzie któregoś dnia taki, kto po iluś latach będzie potrzebował spowiedzi.

I trzecia rzecz – kontakt z parafianami. Kancelaria to nie urząd, tylko wielkie duszpasterstwo ludzi. Tam przychodzą pobożni i dają na Msze św., tam przychodzą narzeczeni, jedni święci, drudzy łajdacy, i proszą o ślub. Tam przychodzą z płaczem prosić o pogrzeb. Płaczcie z płaczącymi, radujcie się z tymi, którzy się weselą. Wtedy człowiek wie, po co jest kapłanem.

Bez Kościoła nie ma Polski, gdy on niedomaga, tracimy ducha, wewnętrzną wolność.

– Chciałbym wierzyć, że wszystko, co złe, nas ominie. Polska naprawdę będzie teraz przedmurzem chrześcijaństwa między rachityczną, zgniłą kulturą Zachodu a jeszcze potężnym Wschodem. Czy zostaniemy wierni Chrystusowi, Ewangelii, Krzyżowi, do czego nas wzywał Prymas Wyszyński? Nie wiem, może zostanie ta reszta Izraela, która będzie tak mocna, że przeciwstawi się naporowi świeckości i bezbożnictwa. I może stanie się tak, że uchodźcy i inni będą prosili o chrzest tak jak plemiona Wizygotów. Chciałbym widzieć Polskę, która będzie bogata wiarą, mądra mądrością i bogata chlebem.

Jednak destrukcyjne prądy ze Wschodu i Zachodu sieją zniszczenie, bo są zamaskowane zwodniczymi hasłami.

– One przeminą, moda jest raz na to, raz na coś innego. Ale pokoleniom współczesnym będzie ciężko, trzeba stawać się mocnym, bo trzcina chwiejąca się na wietrze to nieciekawy naród. Najgorsze jest zatracenie poprawnego rozumienia słów. Co znaczy dzisiaj „tolerancja”? Mogę ci na głowę sprowadzić pioruny, a ty nie możesz nic powiedzieć, bo jesteś nietolerancyjny. Taka moralność Kalego, siła przed prawem. Ale to nic, wszystkie czasy są dobre.

Bo jest Bóg, a my w Nim. Księże Biskupie, jak będzie w Niebie?

– Święty Paweł usiłował opisać i skończył na zdaniu: „ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują”. W „Chłopach” Reymont opisał po swojemu, po chłopsku, jak dusza Kubowa szła do Pana Jezusa. Coś pięknego, łzy wyciska.

Nawet nie wiem, gdzie jest Niebo, czy to jest miejsce, czy stan. Dzieciakom pierwszokomunijnym mówię, że Niebo jest tam, gdzie jest Pan Bóg, jak w twoim serduszku jest Pan Bóg, to tam jest Niebo. Będzie nowa ziemia i będzie nowe Niebo. Myślę, że czasami na ziemi widać kawałek Nieba, że chciałoby się powiedzieć: chwilo, wiecznie trwaj. Ale to jest tylko chwila. Wiem jedno, że w Niebie Matka Boża będzie bramą niebieską, święci wyjdą na spotkanie.

Dziękuję za rozmowę.

Małgorzata Rutkowska

Nasz Dziennik